Paweł Szajda
Piotr Redliński
Z USA do Polski

Paweł Szajda. Taki zwykły chłopak

Ten rok należy do niego! Polak urodzony w Stanach nawet nie śmiał marzyć o roli u Andrzeja Wajdy. Propozycja przyszła sama. W filmie „Tatarak” partneruje Krystynie Jandzie i zgodnie ze słowami reżysera robi to brawurowo. Czy ta rola zmieniła jego życie?

Delikatne rysy i błękitne oczy. Do tego jeszcze słowiańska dusza. Jego rodzice są Polakami, ale on urodził i wychował się w Stanach Zjednoczonych. Świetnie jednak mówi po polsku i za Polską tęskni. Podziwialiśmy go, gdy przed paroma laty zagrał młodego polskiego robotnika u boku Diane Lane w „Pod słońcem Toskanii”. Kto wie, może Paweł Szajda będzie miał szansę częściej teraz tu bywać. Rolą w „Tataraku” Andrzeja Wajdy otworzył sobie drzwi do polskich produkcji. Tak więc Polska czy Hollywood?

– Andrzej Wajda powiedział, że przypominasz mu młodego Zbyszka Cybulskiego i że masz ogromne możliwości.
Paweł Szajda: Tak powiedział o mnie Andrzej Wajda! Nieprawdopodobne!

– Ale prawdziwe. Jak to się stało, że zagrałeś w polskim filmie?
Paweł Szajda:
Zawsze tego chciałem, ale nigdy nawet przez chwilę nie marzyłem, że zagram u pana Andrzeja. Myślałem, że może uda mi się pójść na spotkanie z jego udziałem, podyskutować o jego filmach, ale nigdy nie przeszło mi przez myśl, że zaprosi mnie do współpracy. Pierwszy polski film i od razu u Wajdy. Chłopak z Connecticut...

– Amerykanin z Connecticut czy Polak z Connecticut? Twoi pradziadkowie i dziadkowie nie mogli się zdecydować, gdzie chcą mieszkać: w Polsce czy w Ameryce.
Paweł Szajda:
W Stanach nie czuję się tak do końca Amerykaninem, a kiedy jestem w Polsce, nie czuję się do końca Polakiem. Nie znam tego kraju, nigdy tam nie mieszkałem. A poza tym ludzie w Polsce traktują mnie jak obcokrajowca.

– Jak na obcokrajowca mówisz świetnie po polsku...
Paweł Szajda:
Rodzice kazali mi chodzić do polskiej szkoły, na co, szczerze mówiąc, w ogóle nie miałem ochoty. Wyobraź sobie: sobota rano, wszyscy moi koledzy grają w piłkę, a ja muszę siedzieć w szkole. No i oczywiście w domu mówiliśmy po polsku. Moi rodzice i dziadkowie podtrzymywali polskie tradycje, obchodziliśmy po polsku wszystkie święta, byłem też w polskim harcerstwie.

– To jak doszło do tego, że urodziłeś się w Stanach?
Paweł Szajda:
Najpierw do Stanów przyjechał mój pradziadek. Dwa lata przed pierwszą wojną. Zawsze marzył, żeby mieć swoje gospodarstwo w Polsce. I jak zarobił trochę w Chicago, wrócił i kupił to gospodarstwo.

– Gdzie?
Paweł Szajda:
Tam teraz jest Ukraina. Długo nie nacieszył się swoją ziemią, bo wybuchła druga wojna. Po wojnie do Stanów wrócił mój dziadek. Miał problemy z komunistami, nie chciał wstąpić do partii. To był rok ’64. Zabrał rodzinę i przyjechał. Moja mama zaczęła tutaj studia, ale wróciła do Polski, żeby wyjść za mąż za tatę, którego znała od dzieciństwa. W Polsce skończyła medycynę i w tym czasie urodziła dwóch moich starszych braci. Potem jeszcze przez rok rodzice mieszkali w Opolu, gdzie urodziła się siostra, ale tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego zdecydowali się na emigrację do Stanów. Przyjechali do Connecticut, do rodziców mamy. Ponieważ mama znała język, nie miała  problemu z nostryfikacją dyplomu. A ja urodziłem się w 1982.

– I kiedy pierwszy raz pojechałeś do Polski?
Paweł Szajda:
W 1994. Miałem 12 lat.

– Podobało Ci się?
Paweł Szajda:
Super! Naprawdę super! Mam dużą rodzinę tutaj, w Stanach: braci, siostry, kuzynów. Ale w Polsce to mam... no po prostu masę rodziny! W całej Polsce. Było dla mnie trochę szokujące, że mogłem jeździć od miasta do miasta i wszędzie miałem bliskich. Poczułem, że jestem – dosłownie – w rodzinnym kraju. Spędziłem wtedy w Polsce dwa tygodnie i tak mi się spodobało, że rok później przyjechałem na całe lato. Po dwóch miesiącach czułem się już zupełnie jak u siebie, o wiele lepiej mówiłem po polsku.

– Twoim pierwszym językiem był jednak angielski. Tutaj skończyłeś podstawówkę i liceum. A potem studia. Powiedz, co studiowałeś?
Paweł Szajda:
Zacząłem od aktorstwa i stosunków międzynarodowych. A potem przyjechałem do Nowego Jorku. Spotkałem się z kilkoma agentami, a oni przede wszystkim chcieli, żebym się przeprowadził do Nowego Jorku na stałe. Zgodziłem się. Przy okazji zmieniłem też kierunek: z aktorstwa na literaturę i ekonomię.

– A skąd taka decyzja, skoro już wiedziałeś, że chcesz być aktorem? Wolałeś mieć zabezpieczenie na wypadek, gdyby kariera aktorska nie wypaliła?
Paweł Szajda:
Może trochę tak. Chociaż myślałem raczej, że pomoże mi to w życiu, a nie zawodowo – mam na myśli ekonomię.

– Kiedy zacząłeś myśleć poważnie o aktorstwie? Ile miałeś lat?
Paweł Szajda:
Gdy miałem 16 lat i byłem w ostatniej klasie liceum, brałem udział w sztuce, która nazywała się „The Foreigner”. To był drugi weekend grania tego spektaklu, piątek. Po pierwszym akcie czekałem za kurtynami, nie... jak to będzie?

– Za kulisami.
Paweł Szajda:
Za kulisami, nowe słowo. Czekałem za kulisami, myślałem o swojej scenie, powtarzałem ją, przygotowywałem się do wyjścia i nagle pomyślałem sobie: Przecież ja to uwielbiam! Wszystko. Że to właśnie chciałbym robić w życiu. To było wtedy tylko marzenie, ale pomyślałem: Dlaczego nie. Muszę chociaż spróbować, bo nie chcę potem, w wieku 50 lat, pomyśleć, że zmarnowałem szansę zrealizowania swoich marzeń.

– I zrealizowałeś. Zagrałeś jedną z głównych ról w dużej hollywoodzkiej produkcji „Pod słońcem Toskanii”. Jak Ci się to udało?
Paweł Szajda:
A wiesz, że to był pierwszy filmowy scenariusz, który dostałem? Wcześniej przychodziły propozycje grania w reklamach albo jakichś innych mniejszych projektach. Mieszkałem wtedy w Bostonie, chodziłem na letnie kursy aktorstwa komediowego na Harvardzie. Któregoś dnia mój agent powiedział, że muszę wysłać próbne nagranie, bo potrzebują kogoś do roli. A trwały akurat egzaminy. Sesja letnia. Nie miałem kogo poprosić o pomoc. Za to miałem kamerę! Poszedłem do piwnicy budynku, w którym mieszkałem, ustawiłem na stole drugi mniejszy, wlazłem na tę konstrukcję, ustawiłem i włączyłem kamerę. Szybko poleciałem na drugą stronę i zagrałem trzy wskazane sceny. Dosyć to komicznie wyglądało. Prowadziłem dialogi z osobami, których obok mnie nie było. To znaczy mówiłem swoją kwestię, potem niby słuchałem odpowiedzi i znów mówiłem.

– Czyli zagrałeś też swoje reakcje na to, co mówią te nieistniejące osoby.
Paweł Szajda:
Oczywiście. A były dwie osoby, więc musiałem się odwracać to w jedną, to w drugą stronę, odpowiednio ustawiać twarz i ciało. Potem troszkę tę taśmę podmontowałem, wysłałem do Nowego Jorku, oni przesłali do Kalifornii i trzy dni później dostaję telefon: „Słuchaj, Paweł, chcą się z tobą spotkać”. Szok. Ale super! Kiedy mam się zjawić w Nowym Jorku? To będzie w Kalifornii? Ale ja jestem w Bostonie, sześć godzin lotu. Nie martw się, bilet będzie czekał na lotnisku, polecisz w niedzielę rano, spędzisz tam jeden dzień i wrócisz! Pojechałem na lotnisko, nie wierząc, że ten bilet będzie. Ale był. Wieczorem zameldowałem się w hotelu, który mi zarezerwowali, i następnego dnia casting. Była pani reżyser, producenci, sześć czy siedem osób. Porozmawialiśmy może z dziesięć minut. Zagrałem te same trzy sceny, potem zrobiliśmy parę improwizacji. Myślałem, że mi dobrze poszło, wszyscy zadowoleni, gratulują, dziękują, ale nic nie mówią konkretnego. Pojechałem na lotnisko, miałem cztery godziny do odlotu. Poszedłem coś zjeść, wypiłem kawę i jak byłem w kawiarni – dzwoni telefon. Patrzę – numer z Kalifornii. „Halo? Paweł, chcemy z tobą pracować. Nie obcinaj włosów, widzimy się za miesiąc we Włoszech. Cześć, pa”. Tyle. Miałem rolę.

– I zagrałeś u boku Diane Lane.
Paweł Szajda:
Grałem młodego Polaka, który pracuje we Włoszech na budowie.

– Taka dość stereotypowa wizja naszych rodaków za granicą.
Paweł Szajda:
Niestety tak. Ale również prawdziwa. Mój ojciec, jak przyjechaliśmy do Stanów, też na początku miał firmę budowlaną. To znaczy, z wykształcenia jest inżynierem, ale pracował na budowie.

– Co się działo po „Pod słońcem Toskanii”? Skończyłeś zdjęcia i...
Paweł Szajda:
I myślałem, że już będzie z górki... Ale skąd. Pojechałem do Kalifornii, spotykałem się z różnymi agentami... W rezultacie podpisałem kontrakt z dużą znaną agencją, która ma biura i w Los Angeles, i w Nowym Jorku. Dużo się wtedy nauczyłem. Zrobiłem pierwszy film, był to od razu dosyć poważny film, i nagle wszyscy zaczęli mnie zasypywać obietnicami, przekonywać, że teraz już zostanę gwiazdą. A ja nie wiedziałem, że to tylko słowa. Wierzyłem im na sto procent. Myślałem: Super, teraz będę przebierać w scenariuszach. Oczywiście nic nie znalazłem, ale myślę: Wrócę na studia, będę chodził na castingi, na pewno coś się znajdzie. Skończyłem semestr i nic. Przyszło lato – dalej nic. Wróciłem do Kalifornii, codziennie rozmawiałem z agentami, z producentami, a pracy wciąż nie było.

– Aż zadzwonił telefon z Polski...
Paweł Szajda:
Mój agent przekazał mi mail od producentki „Tataraku” z Polski. No i, mówiąc szczerze, trochę zgłupiałem. Nie do końca wierzyłem, że to prawda, myślałem nawet, że ktoś sobie robi ze mnie żarty. To spadło jak grom z jasnego nieba. Taka propozycja!

– Większe przeżycie niż spotkania z hollywoodzkimi reżyserami?
Paweł Szajda:
Bez porównania! Bo o tym nawet nie marzyłem. Zawsze wydawało mi się, że praca w Polsce, i to z największym polskim reżyserem, leży poza zasięgiem moich możliwości. Urodziłem się w Stanach, więc Hollywood jest czymś dalekim, ale realnym. A współpraca z panem Andrzejem i panią Krystyną Jandą była jak sen.

– Kiedy powiedzieli, że Cię biorą?
Paweł Szajda:
Od razu po zdjęciach próbnych. Następnego dnia zaczęliśmy.

– Czyli zdjęcia próbne to była tylko formalność? Z góry wiedzieli, że chcą właśnie Ciebie?
Paweł Szajda:
Nie wiem, ale ja pojechałem z myślą, że dostanę rolę. Że muszę ją dostać! I chyba takie właśnie trzeba mieć podejście.

– Jak pracowało się z Andrzejem Wajdą? Inaczej niż z amerykańskimi reżyserami?
Paweł Szajda:
Każdy reżyser pracuje inaczej. Ale ten film był pierwszym, w którym z reżyserem i aktorami przez tydzień robiliśmy próby, dyskutowaliśmy o postaciach, o scenariuszu. Przy innych produkcjach takie rozmowy trwały dwa, może trzy dni. A tu reżyser mnie pytał, jak widzę swoją rolę, poszczególne sceny. Wydaje mi się, że większość reżyserów ma filmy zrobione w głowie, zanim przystępuje do zdjęć, i rzadko chcą zmieniać swoją wizję, chyba że aktor rzeczywiście coś niesamowitego zrobi czy zaproponuje. A pan Andrzej dużo ode mnie wymagał, nie tylko w sensie wykonywania instrukcji czy poleceń, ale również mojego wkładu w rolę. Był ciekaw, jak sobie wyobrażam pewne rzeczy, słuchał, co mam do powiedzenia, chociaż jestem młodym aktorem z niewielkim doświadczeniem. I to było wspaniałe.

– Czuję, że za chwilę naprawdę będziesz gwiazdą!
Paweł Szajda:
Wcale mi na tym nie zależy.

– Aktorstwo to sława i kasa.
Paweł Szajda:
Mam szczęście, że zarabiam tyle, by się utrzymać. Ale dużo to, niestety, nie jest.

– Mieszkasz na Upper West Side!
Paweł Szajda:
Daj spokój. Nie sam, mam współlokatorów. Uwierz, że do dużych pieniędzy mi daleko.

– Masz dziewczynę?
Paweł Szajda:
Mam.

– I...
Paweł Szajda:
Jest naprawdę najwspanialszą i najciekawszą osobą, jaką w życiu spotkałem. Pod wieloma względami. Jesteśmy razem już pięć i pół roku.

– To gratulacje. Robi to samo, co Ty?
Paweł Szajda:
Nie, pracuje jako projektantka mody, w bardzo prestiżowej firmie.

– Jak w takim razie wygląda codzienne życie młodego, dobrze zapowiadającego się aktora, mieszkającego na Upper West Side? Chodzisz do siłowni? W „Tataraku” widziałem, że tak.
Paweł Szajda:
Chodzę do siłowni, nie codziennie, ale dość często. Lubię jeździć na rowerze, na desce. W ogóle lubię uprawiać sporty. A poza tym codziennie oglądam przynajmniej jeden film. Czasem dwa. Codziennie czytam też książki przez dwie, czasem więcej godzin. Poza tym czasopisma aktorskie, polityczne, kulturalne. Jeśli wiem, że dostanę jakąś rolę, przygotowuję się do niej, nie tylko czytając i powtarzając dialogi. Na przykład za parę miesięcy mam być pianistą. A ja – proszę pana – nie gram na pianinie. W ogóle! Więc się uczę.

– Adrien Brody za rolę w „Pianiście” dostał Oscara. A ty jakiego aktora najbardziej cenisz?
Paweł Szajda:
Pierwszym, który wzbudził mój podziw, był Marlon Brando. Jest taki moment... Końcowa scena „Ostatniego tanga w Paryżu”, kiedy już umiera – patrzy przez balkon na miasto i w ciągu 10 sekund widać na twarzy całe jego życie. To był dla mnie wielki wstrząs i jednocześnie wielka zagadka. Jak on zdołał to zrobić? Co myślał, grając tę scenę? Jak się przygotowywał? Ten moment stanowi dla mnie niedościgniony ideał aktorstwa. Gdyby udało mi się dojść choćby w pobliże tego ideału, byłbym bardzo szczęśliwy.

Rozmawiał Piotr Milewski
Zdjęcia Piotr Redliński

Newsy
Paweł Małaszyński: "Telefon może przestać dzwonić"
Jest najbardziej zapracowanym aktorem sezonu. VIVA! sprawdza, jak wygląda dzień i noc Pawła Małaszyńskiego. W czym gra? Kiedy śpi? Czy znajduje czas dla żony i dziecka?

- Paweł, kiedy Ty śpisz? To zależy, gdzie upadnę ze zmęczenia. Ostatnio zdarza mi się zasnąć na planie albo na 20 minut w teatrze na stole w garderobie. – Może przesadziłeś z pracą? Zagrałeś w trzech najgłośniejszych produkcjach jesieni: „Katyniu” Andrzeja Wajdy, serialach „Twarzą w twarz” i „Tajemnicy twierdzy szyfrów” na podstawie scenariusza Bogusława Wołoszańskiego. Wszystkie te projekty są emitowane w jednym czasie, ale to przecież nie zależało ode mnie. Z żadnej z tych produkcji nie chciałem zrezygnować. Nawet nie marzyłem, że poznam Andrzeja Wajdę, nie mówiąc już o pracy z nim. – Jak to się stało, że dostałeś u niego rolę? Któregoś dnia odebrałem telefon z produkcji filmu i zapytano mnie, czy byłbym zainteresowany rolą porucznika, który ginie w Katyniu. – Od razu powiedziałeś „tak”? No jasne. Potem zostałem zaproszony na spotkanie z panem Andrzejem. To było dla mnie niesamowite, że on przed rozpoczęciem zdjęć na godzinę, półtorej spotykał się z każdym z aktorów, rozmawiał z nim o roli, o tym, jak on sobie tę swoją postać wyobraża. Byłem bardzo przejęty tą rozmową. Chciałem mu za wszelką cenę udowodnić, że angażując mnie w ten projekt nie popełnił błędu, że to była dobra decyzja. I myślę, że podczas tej rozmowy trochę mnie poniosło, bo przez 20 minut scena po scenie mówiłem mu, jak chciałbym to zagrać. A Wajda słuchał mnie z wielką uwagę, a na koniec powiedział: „Panie Pawle, pan to powinien się zająć reżyserią, a nie aktorstwem”. Kompletnie mnie tym rozbroił. – Co Ci najbardziej odpowiadało w postaci, którą zagrałeś? Gram młodego pilota, który aż się pali do walki o wolność ojczyzny. I nagle w brutalny sposób ta wiara, młodość, chęć walki zostaje mu...

Newsy
Ivan Komarenko tęskni za Rosją, kocha taniec i snuje plany. "Kariera. Albo ona, albo miłość"
Młody, przystojny, pożądany przez kobiety i mężczyzn. Jego „Czarne oczy” nuciło pół Polski, teraz podbija serca, występując w „Tańcu z gwiazdami”. W Vivie! szczerze mówi o seksie z dużo starszą kobietą, pogłoskach na temat swojego homoseksualizmu i bezwzględnej drodze do kariery.

Krystyna Pytlakowska: O czym Pan rozmyśla w samotności?   Ivan Komarenko: Czemu pani o to pyta? – Bo wydaje mi się, że jest w Panu i jasność, i mroczność. Nie mam czarnych myśli. – Ale miewa Pan depresje? Kiedyś miałem. Ważne, żeby jasność i mroczność były w człowieku w odpowiednich proporcjach. Jak noc i dzień. – Ciągle Pana podejrzewają o to, że jest Pan gejem. Nie jestem. Piszą tak o mnie, zwłaszcza w Internecie, bo stałem się popularny. Wielu znanym osobom przykleja się taką etykietkę. Homoseksualiści osiągają często wielkie sukcesy i chcieliby widzieć u innych robiących karierę tę samą orientację seksualną. Na zasadzie: „On tak pięknie rozumie świat, więc musi być gejem”. Spotkałem się z czymś takim. Ja z homoseksualistami współpracuję w wielu dziedzinach, to bardzo wrażliwi ludzie. Bez gejów świat byłby straszliwie nudny. Ale sam gejem nie jestem. – Ze swoją delikatną urodą może się Pan podobać. Gdy ostatnio byłem w Egipcie, na ulicy co krok podrywali mnie Arabowie: „Może pan usiądzie?” „Może herbatki?” – I co Pan odpowiadał? „Dziękuję, bardzo smaczna herbatka, ale muszę już iść”. – Na pewno był Pan też narażony na zaczepki po ucieczce z domu, 10 lat temu. Taki młody, niedoświadczony chłopak to wspaniały cel ataków? Miałem wtedy 19 lat i rzeczywiście byłem często podrywany. Miałem twarz prawie dziewczęcą, dłuższe włosy. Gdy szedłem w Moskwie ulicą, co kwadrans zaczepiał mnie jakiś mężczyzna. – Nie miał Pan ochoty wykorzystać tego, żeby ustawić się w życiu? Mnie nigdy nie interesowało chodzenie na łatwiznę. Zawsze miałem w sobie taką dumę, że sam dużo zrobię, bez kupczenia ciałem. Gdybym kupczył, to pewnie wcześniej bym coś osiągnął. Ale sukces jest...

Borys Szyc i Paweł Małaszyński, VIVA! wrzesień 2013
Krzysztof Opaliński/Melon
Newsy
Borys Szyc: "Ale super! Nareszcie jestem ładny!". Paweł Małaszyński: "No, wariat! Ale fajny"
Najgorętsze nazwiska polskiego filmu. Wrogowie w „Oficerach” i „Tajemnicy twierdzy szyfrów”. Mogli zostać rywalami, stali się kumplami, choć dzieli ich naprawdę dużo.

Krążą plotki, że jesteście w konflikcie, że się nie lubicie, konkurujecie… Paweł: Tak? To może dlatego, że gramy antagonistów. Ale to nieprawda, że się nie lubimy. Do niedawna przecież nawet się nie znaliśmy. Zakumplowaliśmy się dopiero na planie „Tajemnicy twierdzy szyfrów”, czyli kilka miesięcy temu. Borys: Jak ja mogę z nim konkurować, skoro to on wygrał VIVA! Najpiękniejsi??? (Śmiech). A tak serio, to poznajemy się dopiero. Trochę sobie mówimy, ale o rzeczach prywatnych raczej półsłówkami. Nie wiem o życiu Pawła wszystkiego, ale szanuję to. To jest męskie, że faceci nie plotkują o wszystkim. Paweł: Raczej wyczuwamy swoje nastroje. Patrzę na minę Borysa i widzę, czy jest dobrze, czy coś nie gra. Borys: Obaj z Pawłem mamy na przykład tę samą pasję – kolekcjonujemy DVD z dodatkami, w których pokazywane są kulisy powstawania filmów. Dużo o tym rozmawiamy,  chcielibyśmy tak pracować, jak na Zachodzie. Paweł: Dziś omawialiśmy „Grę” Davida Finchera. Te rozmowy to nasze marzenia o profesjonalnej pracy. – Uważacie, że można naprawdę poznać się na planie filmowym? Czego dowiedzieliście się o sobie nawzajem? Borys: Paweł zaskoczył mnie pozytywnie tym, że jednak ma poczucie humoru (śmiech). Kiedyś myślałem, że nie ma go wcale. Tak się jakoś spinał na początku. Może przy mnie? (Śmiech, Paweł też się śmieje). – Jak wyglądało przełamanie lodów? Borys: Powiedzieć wprost? (Śmiech). No, jak zwykle, napiliśmy się. Paweł: (W przeciwieństwie do Borysa na poważnie). Pierwszego wieczoru na planie „Twierdzy” usiedliśmy razem i gadaliśmy do rana. To był pierwszy raz, kiedy omówiliśmy naszą pracę w „Oficerze”. Ale mówisz, że niby ścigamy się z Borysem? – Tak myślę. W drodze do podium z napisem...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner