Patricia Kazadi
R.S.
Szczere wyznania

Patricia Kazadi: "Chcę się odkochać"

Patricia Kazadi przez ostatnie dwa lata krążyła między Warszawą a Los Angeles, gdzie mieszka „jej Amerykanin”. Ale czy to był związek, czy fatalne zauroczenie?

– Kim jest tajemniczy Amerykanin, z którym Cię niedawno widywano?
Patricia Kazadi:
Z moim chłopakiem poznaliśmy się ponad dwa lata temu. Mam słabość do wysokich mężczyzn, on ma 198 centymetrów. Pracowałam przy płycie „Poland… Why Not”. W Warszawie i Filadelfii nagrywałam piosenki z producentem Jimem Beanzem. Mój Amerykanin był jego pomocnikiem. Też pisze piosenki, też chce śpiewać, marzy mu się kariera. Ma 31 lat i cały czas czeka na swój moment. On mnie zobaczył i powiedział, że zakochał się od pierwszego wejrzenia.

– Piorun z nieba?
Patricia Kazadi:
Mnie to się spodobało, bo moi rodzice tak się poznali. Oboje studiowali na tej samej uczelni. Tata zobaczył moją mamę w akademiku i zakochał się od razu. Ale musiał ją przekonywać do tego uczucia. Mój chłopak też musiał mnie przekonać i to trwało długą chwilę. Miałam 21 lat, moja kariera nabierała tempa, skończyła się mistrzowska edycja „Jak oni śpiewają” i dostałam propozycję od „Tańca z gwiazdami”. Chłopak był mi potrzebny jak dziura w moście. Poza tym nigdy wcześniej nie byłam fanką miłości i związków.

– Poważnie?
Patricia Kazadi:
Mnie to w ogóle nie interesowało. Chłopcy mi się podobali, miałam jakieś krótkie relacje typu wyjście do kina. Ale następnego dnia już wolałam skupić się na pracy. A tutaj po raz pierwszy było inaczej, nie chciałam robić nic innego, niż spędzać z nim czas. Przez pierwsze pół roku mieliśmy związek na Skypie. Trzymałam go na dystans, bo chciałam zobaczyć, czy będzie walczył. Przez pół roku obiecywał, że przyjedzie na „Taniec z gwiazdami”. Co tydzień czekałam, ale nie przyjechał. W końcu powiedziałam mu, że tak dalej nie może być, wtedy przyleciał jak na skrzydłach. W ciągu dwóch tygodni zrobił się najbliższą osobą w moim życiu. Jeździł ze mną na castingi do „You Can Dance”, polecieliśmy z programem na obóz, na Teneryfę. Wielokrotnie był w Polsce.

– Zakochałaś się?
Patricia Kazadi:
Zakochałam się bez pamięci. Byliśmy w związku na odległość przez dwa lata. Bardzo ciężko.

– A to w ogóle możliwe?
Patricia Kazadi:
Widywaliśmy się raz w miesiącu. Albo ja jechałam do niego, albo on przyjeżdżał do mnie. I spędzaliśmy razem 10 dni. W zeszłym roku przeprowadził się z Filadelfii do Los Angeles, bo naszym marzeniem było tam mieszkać, założyć rodzinę.

– Plany na życie?
Patricia Kazadi:
Były bardzo duże. Gdyby wszystko było poukładane tak, jak trzeba, to następnego dnia bym wyjechała za ocean. Tylko że on tam nie miał mieszkania, nie zarabiał. Nie zawsze było go stać na przelot do Polski. A ja wszystkie zaoszczędzone pieniądze wydawałam na lot do niego albo na wakacje dla nas. A im częściej wyjeżdżałam, tym bardziej zaniedbywałam swoje obowiązki. Wiele fajnych propozycji mnie ominęło. Zapomniałam, że mam swoją pasję. Żyłam tu jak zwiędły liść, ciągle czekając na jego telefon. Przyjaciele mieli mnie dość, bo nawet jak byłam z nimi, to ciągle sprawdzałam komórkę, wysyłałam esemesy, obliczałam różnicę czasu. On i nasz związek stał się całym moim światem. Chciałam się na nim skupić, chciałam mu pomagać, żeby mógł się rozwijać i spełniać swoje marzenia. Na początku tego roku coś zaczęło się u niego rozkręcać. Natomiast między nami coś się zaczęło psuć.

– Koniec?
Patricia Kazadi:
Rozstaliśmy się w marcu, tydzień przed moimi urodzinami. I przez chwilę myślałam, że straciłam wszystko. To było jak cios kilofem. Przez dwa miesiące nie wychodziłam z domu. Nie miałam siły, patrzyłam tylko w ścianę. Schudłam z 10 kilo.

– A co z Twoimi zobowiązaniami?
Patricia Kazadi:
Wszystko odwołałam. I jeszcze bardziej się dołowałam, że zawodzę. Opóźniły się prace nad płytą, nie odbierałam telefonów, nie autoryzowałam wywiadów. Nikt nie wiedział, co się dzieje, rozeszło się, że mi odbiło, że gwiazdorzę. Więc wzięłam się w garść. W „Dzień Dobry TVN” pokazałam się w wypchanej sukience, żeby mnie trochę pogrubiła. U Szymona Majewskiego udawałam, że wszystko jest świetnie. A serce pękało. Najgorsze, że wtedy wszystkie gazety podłapały temat i pisały, że szczęśliwa, że kwitnie, a ja wręcz przeciwnie. To był już moment rozstania. Wszystkie moje plany były związane z nami. I nagle okazało się, że nie wiem, co dalej. Co ja mam robić? Jeżeli jego nie ma, to jaki to ma sens?

– Dziewczyno, ale Ty masz dopiero 24 lata. Skąd taka tragedia?
Patricia Kazadi:
To była pierwsza miłość. Pierwsza taka prawdziwa i chyba nie wiedziałam, gdzie zastopować. Weszłam w to za głęboko. Wyobrażałam sobie, że oto znalazłam człowieka na całe życie. Pamiętaj też, że mam afrykańskie geny. Tam 16-latki wychodzą za mąż, a 18-latki rodzą dzieci. W Afryce byłabym już starą panną.

– Powiedz to polskim rówieśnikom.
Patricia Kazadi:
Wiem, wśród moich znajomych tylko jeden przyjaciel ma żonę. Wszyscy unikają poważniejszych zobowiązań. Ale ja pochodzę z konserwatywnego domu. Mama miała tyle lat co ja, kiedy zakochała się pierwszą wielką miłością w moim ojcu. Są razem już 30 lat. Czasami czuję, że nie pasuję do naszych czasów. Lepiej byłoby mi w latach 60. zeszłego wieku, kiedy mężczyźni byli szarmanccy i opiekuńczy. I myślę, że trudno mi będzie kogoś takiego znaleźć.

– Ale co właściwie się stało? Skąd koniec miłości?
Patricia Kazadi:
Nie wydarzyło się nic strasznego. W życiu są priorytety i wybory. Ja pracuję, odkąd byłam małą dziewczynką. Miałam trzy latka, gdy zaczęłam występować na scenie. I jedyna rzecz, jakiej mi brakowało, to ciepła, kogoś bliskiego. Byłam bardzo samotna. A on odwrotnie. Miał miłość, ale ciągle brakowało mu spełnienia zawodowego. A teraz poczuł, że może coś się ruszy w jego karierze, i dokonał wyboru. Powiedziałam mu: „Jak już wiesz, teraz będę miała »You Can Dance«, więc nie mogę tak często przylatywać. Teraz twoja kolej”. A on: „Wiesz, chyba nie dam rady, muszę się teraz skupić na pracy, bo to moja szansa – teraz albo nigdy”. Więc on wybrał pracę, a ja miłość. I tu troszkę się rozminęliśmy. Złamał mi serce.

– Nie chciał tego związku?
Patricia Kazadi:
Myślę, że chciał, ale po prostu nie jest gotowy. Cały czas jesteśmy w kontakcie. On do niego dąży. Pisze maile, esemesy. Walczy o mój powrót. Gdy byłam ostatnio w Los Angeles, przyjechał z kwiatami pod hotel. Wtedy się pogodziliśmy. Ale gdy wróciłam do Polski, znów zobaczyłam bezsens tego związku. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy cztery razy się schodziliśmy i rozstawaliśmy. On chce, żeby było jak dawniej, żebym wyluzowała. A ja już nie mogę. Za bardzo się zakochałam po prostu.

– I chcesz poważnego związku?
Patricia Kazadi:
Na początku taki układ mi pasował. On tam, ja tu, każde ma swoje życie. Świetnie, oddalenie tylko wzmagało tęsknotę. Ale potem rozłąka za bardzo mnie bolała. Chciałam go mieć na co dzień. Przytulić się, kiedy jest mi źle. Cieszyć się wspólnie, kiedy działo się coś fajnego. Zakochałam się bardzo romantycznie. Związek na odległość to masakra. Szczerze mówiąc, już wcześniej wiele razy mówiłam „koniec”. Ale 10 minut później wszystko odkręcałam. Nie potrafiłam odejść. Nawet teraz myśl, że nie spędzę z tym człowiekiem reszty życia, że nie będzie tak, jak sobie wymyśliłam, przeraża mnie.

– Uzależniłaś się?
Patricia Kazadi:
Odstawiam go powoli, jak nikotynę. Wczoraj miałam podwodną sesję fotograficzną, pierwszy raz w życiu nurkowałam. Wiedziałam, że wieczorem zadzwonię, opowiem wszystko. Ale już nie zastanawiałam się cały dzień, co on robi, czy się odezwie. W mojej sytuacji to zwycięstwo. Zaczynam wierzyć ludziom, że to mija. Że się odkocham. Modlę się o to. Bo takie życie, że wstajesz rano i pierwsza myśl o nim i o tym, że jest daleko, to koszmar. Chcę się już obudzić.

– Jutro wylatujesz do Los Angeles. Nie boisz się, że wszystko zacznie się od początku?
Patricia Kazadi:
On wie, że tam będę. Nie mogę obiecać, że się nie spotkamy. Ale nie chcę kusić losu. Przede wszystkim chcę zrobić sobie długie wakacje. Odwiedzę też Nowy Jork, pozwiedzam. Potrzebuję czasu dla siebie. Wzięłam książki, chcę pojechać z moimi przyjaciółkami na pustynię, w góry. Odetchnąć, pomedytować, odnaleźć poczucie własnej wartości. Dokładnie w momencie, kiedy się rozstaliśmy, dostałam nominację do Wiktora. To był dla mnie znak. Wierzę w znaki, energię, w Boga, w to, że on mi mówi, co mam robić. I ta nominacja była takim przypomnieniem: „Patricio, tutaj jest twoje życie! Masz pasję, rób to, co kochasz!”.

– A co mama na Twoje dramaty?
Patricia Kazadi:
Widziała, że powolutku tracę radość z tego, co robię i tak zwaną radość życia. Ciągle w poczuciu rozłąki, na telefonie. Poza tym nie chciała, żebym wyfrunęła do Stanów – więc w sumie trochę się ucieszyła. Ta sytuacja nas zbliżyła, wcześniej się jej nie zwierzałam. Ale kiedy zaczęłam chudnąć, kiedy nie spałam, oczy miałam podkrążone, traciłam energię – poszłam i do niej. I odkryłam zaskoczona, jak jesteśmy do siebie podobne. Bo wcześniej myślałam, że mam więcej z ojca. Że mam męski charakter i jestem na maksa konkretna. Jednak w głębi serca jestem bardzo wrażliwą osobą. Jak ona. Porozmawiałyśmy i mama wiele rzeczy mi wyjaśniła. Patrz, jak to rodzice często mają rację… jednak (śmiech).

– Wasze historie są bardzo podobne. Ona też wybrała trudny związek.
Patricia Kazadi:
No tak, związała się z mężczyzną z innego kontynentu. Mówiła mi, że najbardziej bała się powiedzieć rodzicom, że chce wyjść za mojego tatę. Oswajała moich dziadków powoli, najpierw przyprowadzała go do domu jako kolegę. Pochodzi z małego miasta, ale nigdy nie miała tam przykrości z powodu mieszanego małżeństwa. Poza tym była tak zakochana i tak pewna ich uczucia, że myślę, iż walczyła bez strachu o tę miłość.

– Podejrzewam, że to silna kobieta.
Patricia Kazadi:
I silna, i wrażliwa. Mam to po niej. Dużo się nauczyłam – dzięki tej relacji wiem, że chcę mieć rodzinę. Chcę mieć dziecko. Chcę być żoną. Odkryłam, że potrzebuję mężczyzny. Poczucia bezpieczeństwa. Powiedziałam o tym mamie – rozpłakała się. Zobaczyła we mnie siebie samą sprzed lat.

– Dziecko nie przeszkadza w karierze?
Patricia Kazadi:
Ach, takie dylematy miałam, zanim się zakochałam. Teraz wiem, że gdybym musiała wybierać pomiędzy miłością, domem i dziećmi a karierą, to wybieram miłość i dzieci, bez wątpliwości. Oczywiście, chcę robić dalej to, co robię. Znów czerpię z tego ogromną radość. Ale wiem, że jak nie ma miłości, to nic nie ma znaczenia. Ani pieniądze, ani sława. Show-biznes jest bardzo samotny. Mój były jeszcze o tym nie wie. Musi przekonać się sam. Pracuję od dziecka i zawsze na 300 procent. Jestem pracoholikiem i kocham swoją pracę. Jeżdżę po świecie i poznaję mnóstwo ciekawych miejsc, ludzi. Zawsze jest pozytywna energia i przygoda. Ale gdy kończę pracę, to każdy wraca do domu, do rodziny, a ja idę do hotelu. Otwieram drzwi i jest cisza. Wpadam do dziury. Więc zaczynam obdzwaniać znajomych na Skypie.

– Żeby zapchać dziurę?
Patricia Kazadi:
Jedni zapychają ją alkoholem, drudzy narkotykami. Ja zapychałam ją miłością (śmiech). Lubię od czasu do czasu napić się wina, ale nie na smutno. Nie upijam się, nie ćpam, nie mam nałogów. To dzięki rodzicom. W domu panował wielki rygor. Musiałam dobrze się uczyć i wracać wcześnie do domu. Wtedy się buntowałam. Ale teraz jestem wdzięczna. Dzięki konserwatywnemu wychowaniu uniknęłam pułapek mojego zawodu.

– Nosiłaś irokeza na głowie i glany, żeby odpędzić chętnych?
Patricia Kazadi:
Miałam 14 lat i dostałam się do Voltu, grupy tanecznej Agustina Egurroli. Zaczęłam występować w telewizji. Byłam tak zwanym tłem dla gwiazd. Treningi były wyniszczające, psychicznie czułam się średnio. Agustin potrafił nas skatować, ludzie wokół nakręceni niezdrowo na sukces. Miałam do wyboru – poddać się albo się zmienić. Więc ubrałam maskę, ścięłam włosy, zrobiłam irokeza. Zaczęłam chodzić w czarnych ubraniach z ćwiekami. Rówieśnicy w gimnazjum nie mogli mnie poznać, bo zawsze taka wystrojona w sukienusie, cichutka dziewczynka, butki pod kolor kokardek i nagle zmieniłam się w pirata. Zrozumiałam, że życie, moja praca to pole walki. Wiedziałam, że jeżeli będę silna, to ludzie nie będą mną pomiatać i mnie dołować.

– Czy to miało coś wspólnego z tym, że masz inny kolor skóry?
Patricia Kazadi:
Nie, żadnego rasizmu nie odczułam nigdy w życiu.

– I nikt nigdy na ulicy nie krzyknął za Tobą?
Patricia Kazadi:
Asfalt? Słyszałam to miliard razy, jak byłam dzieckiem. Ale rodzice nauczyli mnie, żeby nie przejmować się tym. Moim kompleksem była bardziej moja nieśmiałość. I to, że pozwalam sobą pomiatać. Że nie byłam wystarczająco charakterna.

– I stałaś się wojownikiem?
Patricia Kazadi:
Poszłam z jednej skrajności w drugą. A nie ma nic gorszego, niż udawać kogoś, kim się nie jest. Żyłam trochę w swoim świecie, nie do końca szczęśliwym. Gdy miałam 11–16 lat, tworzyłam strasznie depresyjną muzę. I w ogóle jakaś taka byłam zdołowana. Gdy dziś słucham wtedy napisanych piosenek, łzy mi ciekną. To był okres samych porażek, jeśli chodzi o moją pasję, prace. Tysiące nieudanych przesłuchań, castingów. Hormony buzowały, a w dodatku w domu pojawiły się dzieci. Czułam się niewidzialna.

– Młodsze rodzeństwo?
Patricia Kazadi:
Przez 11 lat byłam jedynaczką. I nagle rok po roku pojawili się brat i siostra. Na początku było fajnie, stałam za drzwiami porodówki, gdy mama rodziła. Gdy usłyszałam płacz brata, weszłam. Nagle zobaczyłam kogoś, kto jest mną, tylko w innym wcieleniu, to niesamowite. Ale codzienność nie była tak cudowna. Płacze, wrzaski, mama wiecznie zmęczona, zirytowana i zabiegana. Nie miała czasu ze mną porozmawiać, a taty ciągle nie było w domu. Czułam się fatalnie. Stąd te smutne piosenki.

– Dzisiaj piszesz wesołe?
Patricia Kazadi:
Oczywiście. Moja debiutancka płyta „Globetrotter” jest pełna dobrej energii. Nazwałam ją tak, bo uwielbiam podróże. Poza tym pracowałam nad płytą z ludźmi z wielu stron świata. My, Polacy, mamy kompleks Zachodu. Chciałam pokazać, że mnóstwo młodych ludzi z zagranicy chciałoby pracować z nami.

– Ale gdzie ta płyta? Na swojej stronie zapowiadałaś ją już na marzec.
Patricia Kazadi:
To moja wina. Płyta była już gotowa, ale na Twitterze napisało do mnie dwóch chłopaków ze Szwecji. Okazało się, że siedzą w domu i robią takie produkcje, że szczęka opada. Gdy puściłam je ludziom w wytwórni, powiedzieli: „Jutro lecisz do Szwecji”. I poleciałam na trzy dni nagrać dwie piosenki. Potem na Twitterze poznałam brytyjskiego producenta, Magnusa, który jest głównym gitarzystą Shakiry. Z nim nagrywałam w Los Angeles. I wszystko się przeciąga. Ale płyta będzie – obiecuję! Jesienią 2012!

– Wróciłaś do siebie? Do własnego życia?
Patricia Kazadi:
Myślę, że powolutku wracam. Zrozumiałam, że nie można nikogo stawiać na pierwszym miejscu. Ja i moje potrzeby też się liczą. Skrzywdziłam siebie. Teraz widzę, jaką radość daje mi moja praca, spędzanie czasu z rodziną, bliskimi. Nareszcie mam spokój. Jestem ja, moi przyjaciele, piękna pogoda. Coraz bliżej poczucia, że jestem szczęśliwa. A dawno nie byłam.

Rozmawiał Roman Praszyński
Zdjęcia R.S.
Makijaż i fryzury Meghan McClain/Next Artists
Stylizacja Rose Vasilj
Produkcja Jason Stafford /Shoot It Productions
Koordynacja Elżbieta Czaja

Patricia Kazadi
Aldona Karczmarczyk/AF PHOTO
Newsy
Patricia Kazadi: "Nigdy nie czułam się czarna"
Skąd ona się wzięła? Z kim się utożsamia – ojcem Kongijczykiem czy matką Polką? Gdzie przynależy? Kiedy zdała sobie sprawę z tego, że jest inna? Czy spotkała się z dyskryminacją?

– Myślisz o sobie: jestem biała czy jestem czarna? Patricia Kazadi: Nigdy nie czułam się czarna, bo utożsamiałam się ze swoim otoczeniem. Moi wszyscy koledzy byli i są biali, moja mama jest biała, moja babcia jest biała, mój wujek jest biały, drugi wujek jest biały. W domu było biało. Przyszłam do szkoły – biało. Idę ulicą – biało i nagle ktoś mówi do mnie: „Murzynka”. A ja na to: „Że co? Ano tak, rzeczywiście”. (Śmiech). – Kiedy Cię pierwszy raz zobaczyłam, pomyślałam: skąd ona się wzięła? Patricia Kazadi: Jak to skąd? Z ojca mego i matki mojej. – Ich miłość to podobno niezwykle romantyczna historia? Patricia Kazadi: Tata jest z Demokratycznej Republiki Konga. Przyjechał do Polski na stypendium na studia. Pierwszy rok spędził w Lublinie, ucząc się języka polskiego. Tam poznał mamę. Zobaczył ją na schodach akademika i powiedział, że zakochał się od pierwszego wejrzenia. Mama początkowo nie wykazywała zainteresowania. – A może przeraził ją kolor skóry? Patricia Kazadi: To akurat mamie nie przeszkadzało. Jest dość odważna i dla miłości jest w stanie skoczyć w ogień, ale wtedy nie chciała może z nikim się wiązać? Więc mój tata, nie myśląc zbyt długo, zaczął adorować jej współlokatorkę z akademika. – Z premedytacją? Patricia Kazadi: Z premedytacją. Przynosił jej kwiaty, niemieckie czekoladki i winylowe płyty. Cel osiągnął. Mama zaczęła robić się zazdrosna. Pewnego dnia tata zapukał do drzwi, mama mówi, że niestety koleżanki nie ma, a on na to: „Przyszedłem do ciebie. Wpuścisz mnie?”. Otworzyła drzwi, tata włączył płytę, utwór Marvina Gaye’a „Lets Get It On” i… oświadczył się ze słownikiem w ręku. – Patricia, to nie mogło być takie proste....

Viva z Patricią Kazadi
Viva!
Newsy
Patricia Kazadi wraca do korzeni! Odwiedziła kraj swoich przodków w Afryce
"Czuję, że wreszcie poznałam samą siebie".

Samolot zbliża się do lotniska w Kinszasie, ląduje. Schodzisz po trapie, rozglądasz się. Jesteś w Kongu. Marzyłaś o tym tyle lat. Wielkie wzruszenie? Patricia Kazadi: I ogromna radość, podniecenie, niecierpliwość. Tyle uczuć w głowie, że do końca nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie ogarniam tego. A kiedy dotykam stopami kongijskiej ziemi, płaczę. Nie mogę nad tym płaczem zapanować. Cieszę się jak mała dziewczynka. Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to uczucie. Marzenie, które właśnie się spełnia. Wiele lat czekałam na tę podróż. Dlaczego więc do tej pory tam nie pojechałaś? Bałaś się tej podróży? Odkrywania swoich korzeni? Ich obcości? Patricia Kazadi: Nie bałam się. Ja tej podróży pragnęłam całe życie. Odkąd jako mała dziewczynka dowiedziałam się, skąd pochodzi moja rodzina ze strony ojca, ciągnęło mnie, żeby zobaczyć kraj przodków. Prosiłam rodziców: "Jedźmy tam, jedźmy". Ale oni odpowiadali, że to bardzo droga wyprawa, że teraz nie mogą sobie pozwolić na taki wyjazd całą rodziną. A poza tym w latach 90. w Kongu nie było bezpiecznie. Później, gdy dorosłam, co roku planowałam, że na wakacje wybiorę się do Konga już sama. I ciągle coś stawało na przeszkodzie. A czas mijał. Może po prostu nie interesowałaś się krajem przodków na tyle, by wszystko zostawić dla tej podróży? Patricia Kazadi: Od dziecka fakt, że pochodzę również stamtąd, wzbudzał we mnie emocje. Chciałam poznać swoje korzenie, zrozumieć je. Miałam przecież świadomość, że mój tata jest z Afryki, mama – z Polski. Poznali się na studiach. Chciałam zobaczyć, jak wygląda moje kuzynostwo, mój dziadek. Czułam zew krwi, z którego nie zdawałam sobie wtedy sprawy. Moje reakcje na przykład na muzykę etniczną, nie tylko afrykańską, były bardzo żywiołowe, spontaniczne. Kiedy ją słyszałam, bezwiednie zaczynałam tańczyć, śpiewać. Wypełniała mnie...

Patricia Kaas
Robert Wolański
Newsy
Patricia Kaas: "Jesteśmy jak motyle..."
O dzieciństwie, śmierci rodziców, samotności i niezrealizowanym pragnieniu macierzyństwa opowiada Magdzie Banach.

Patricia Kaas zamawia kawę. Tłumaczy kelnerce, że nie chce espresso, ale filiżankę lekkiej kawy. „Taką, jaką pije się na śniadanie”, dodaje. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zbliża się 13.00 i żadna Francuzka o tej porze nie zamówiłaby czegoś podobnego. „To niemiecka strona mojego charakteru”, wyjaśnia. „Niemcy uwielbiają popijać taką kawę przez cały dzień, a ja przecież wychowałam się na granicy tych dwóch kultur”. Siedzimy w Lobby Bar hotelu Pavillon Des Lettres, w 8. dzielnicy Paryża. O tej porze dnia jest tu cicho. Atmosfera skłania do rozmowy. Pytam o udział w gali zorganizowanej przez Fashion TV w Warszawie w trakcie mistrzostw Europy w piłce nożnej. „Było cudownie”, wyznaje z uśmiechem. „Uwielbiam spontaniczność słowiańskiej publiczności”. Patricia wróciła z Polski wczoraj. O tym, że mam z nią przeprowadzić wywiad, dowiedziałam się dwa dni wcześniej. To, że udało się wszystko zorganizować, było zasługą jej menedżera Cyrila. Zanim zdążyłam o cokolwiek poprosić, miałam już ostatnią płytę Patrici, kilka piosenek z jej najnowszego albumu „Kaas chante Piaf”, który ukaże się w listopadzie, i jej autobiografię „L’Ombre de ma voix”. Książka wydana rok temu wzbudziła emocje. Cały nakład wykupiony został przez fanów piosenkarki, a także przez tysiące kobiet, które odnalazły się w historii dziewczyny z Forbach, której życie dało poważnie w kość. Dzieciństwo w wielodzietnej francusko-niemieckiej rodzinie z Lotaryngii, skradziona młodość, śmierć rodziców, samotność, rozczarowania miłosne, aborcja… Czytając jej autobiografię, odkryłam inne oblicze artystki. Zamiast piosenkarki, która sprzedała 16 milionów płyt, zobaczyłam spragnioną uczucia kobietę. Każda jej piosenka to...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner