- Czyli nikt Pani nie wierzy, że jest szczęśliwa?
Nie tyle nie wierzą, że jestem szczęśliwa – niektórzy zauważają, że nie mam stresu na twarzy. Nie wierzą mi, że nie tęsknię, że mi się Dwójka nie śni po nocach, że nie patrzę, ilu tam widzów ubyło i z jakiego programu.

– Nie cieszy się Pani spadającą oglądalnością Dwójki, nie wbija szpileczek w  kukiełkę voodoo?
Mam taką cechę charakteru, że przeszłość zostawiam za sobą, interesuje mnie dzisiaj i jutro.

– A kiedy Pani miała okazję ćwiczyć tę cechę charakteru? Przecież siedziała Pani w Dwójce tyle lat...
Chciał pan powiedzieć, że siedziałam w niej całe życie, to niech pan powie, natomiast proszę mi nie wyliczać, ile lat.

– I nie miała Pani kiedy nauczyć się zostawiania przeszłości za sobą.
Delikatnie przypomnę, że w życiu kończy się nie tylko jakaś praca, ale też miłość, przyjaźń. I jak się kończą, to się kończą. I wtedy się dopiero zaczyna.

– Co się zaczyna?
Co najmniej jedna ze stron nie może tego przeżyć, śni się jej ta druga osoba, śledzi jej życie. Zostawianie tego, co było, za sobą to męska cecha charakteru. A widzę, że pan jako facet w ogóle mnie nie rozumie.

– Doskonale rozumiem i dlatego, mając przed sobą kobietę, nie bardzo chce mi się w to łagodne rozstanie wierzyć.
Jak czegoś nie ma, no to nie ma. W Dwójce nie oceniam ani swoich następców, ani swoich poprzedników. Publiczność ich ocenia, ona ma pilota, mnie to już w ogóle nie obchodzi. Oczywiście cieszy, że te wszystkie moje dzieci, od „Szansy na sukces”, po „M jak miłość” wciąż się podobają. Ale mnie teraz obchodzi to, co jest i będzie w Polsacie.

– Wysłała Pani dyrektorowi Dwójki kartkę na święta Wielkanocne i życzyła mu Pani udanego zmartwychwstania?
Jest pan potworem, a mieliśmy rozmawiać elegancko i uprzejmie.

– Elegancko rozmawiamy, w duchu wartości chrześcijańskich.
Nie wysłałam kartki, bo kartek w ogóle nie wysyłam.

– Czyli nie ma Pani w swoim gabinecie, w Polsacie, makiety legendarnego korytarza Dwójki, z tym charakterystycznym zapachem?
Nie, ale nie pozwolę o tym mówić z tym charakterystycznym, ohydnym przekąsem. A mój nowy gabinet przeniósł mnie w inny świat, pierwszy raz w życiu mam całą ścianę szklaną i to na 15. piętrze. Ten widok jest czymś niemożebnie odprężającym.

– Przez ostatnie 10 lat patrzyła Pani na parking.
Teraz widzę bezkres.

– Nie brakuje Pani tych „dwójkowych” emocji wokół siebie, że jedni nienawidzą, drudzy uwielbiają, jedni pogardzają, ale wprost tego nie powiedzą, a inni przyklękają na widok?
Zawsze starałam się nawet o tym nie wiedzieć. Kiedyś ktoś mi powiedział zarazem głupie i mądre zdanie, że wszystkim to się podoba tylko dolar, natomiast ludzie mediów budzą emocje. Pierwszą rzeczą, która powinna towarzyszyć człowiekowi mediów, to są emocje. Pan by chciał, żeby wszyscy pana kochali?

– Tak.
Ja też bym chciała, ale tak nie ma. Tak naprawdę te emocje to są jednak pozory, bo naprawdę liczy się widz. Pisarz może pisać do szuflady i myśleć, że za 20 lat społeczeństwo będzie mądrzejsze i pozna się na jego pisaniu. Malarz może umierać z głodu, ale maluje, chowa płótna, a potem rodzina żyje długo i szczęśliwie. Natomiast telewizja jest takim medium, że dziś pokazujesz i dziś jest ostateczna ocena. Nikt nie wymyślił telewizji bez widzów.

– Pani decydowała, kto będzie miał taką szansę natychmiastowej oceny, a kto nie.
Mimo wszystko dla mnie to był program, a nie emocje. Dlatego dla kogoś tam sukces ma moją twarz, a dla kogoś klęska ma moją twarz. Jest ktoś taki, jak Maciek Kozłowski. Mieszkał na Dworcu Centralnym, bo przyjechał podbić jako aktor Warszawę, ale nie bardzo mu to wychodziło. I ze scenariuszem w ręku z tego dworca się u mnie pojawił. Ktoś mu powiedział, żeby spróbował przyjść do mnie. Chciał zrobić bardzo awangardowy teatr, ja jeszcze wtedy byłam bardziej awangardowa, sforsował moje drzwi i po prostu wydał mi się kimś tak niezwykłym i kimś, kto tak bardzo czegoś chce, że skierowałam ten teatr do Studia Teatralnego Dwójki. Potem się zaprzyjaźniliśmy. Po wielu latach Maciej był na „Bezludnej Wyspie” i zaczyna mi opowiadać, jak podbijał Warszawę: był już na dnie, czyli na tym dworcu, i ktoś wyciągnął do niego rękę. Pytam: „Czy możesz powiedzieć, kto?” A on się zaczyna śmiać: „To ty byłaś, nic nie pamiętasz?” Ale są też takie osoby, które przyniosły mi zapewne to, co miały najlepszego do zaproponowania, a ja to przeczytałam i powiedziałam „nie”. No i te osoby myślą sobie, że się nie znam, że jestem głupia, że pewnie to zrobiłam dla czegoś, bo coś...

– Ma Pani poczucie, że popełniła Pani jakąś kolosalną pomyłkę w tych wyborach?
Po pierwsze, odrzuciłam kiedyś program „Jaka to melodia” – nie poznałam się. Nie wzięłam „Ananasów z naszej klasy”, bo myślałam sobie tak: „Kogo obchodzą jego koledzy z klasy?” Pewnie popełniłam jeszcze tysiąc innych pomyłek.

– Jest w Pani takie ludzkie podejrzenie, że kogoś zniszczyła w ten sposób?
Nikogo nie zniszczyłam. Jeżeli ja nie dałam mu szansy, to jego szanse były jeszcze wszędzie na świecie. Nie jestem, nie byłam Bogiem, tylko jednym kanałem telewizji.

– Może bezwiednie jest pani Bogiem?
Nie poznałam się na przykład na zespole Blue Cafe. Teraz bardzo lubię Pawła Sokala i śmiejemy się z tego, że kiedy przyszedł do mnie z pierwszym demo, to ja uznałam, że to jest nic nie warte. Nie poznałam się na Brathankach, ale poznałam się na przykład na Jacku Wójcickim, na Januszu Radku, na Michale Wiśniewskim, na Muńku Staszczyku, na Justynie Steczkowskiej. Kiedy usłyszałam, jak tym swoim głosem to dziecię wykrzyczało „Buenos Aires”… Właściwie nikomu się nie podobało, a my z Wojtkiem Mannem do siebie mrugnęliśmy, że ta mała musi być. Świat się na szczęście nie składa tylko ze mnie. Tym, na których ja się nie poznaję, też świetnie dziś idzie. Jak ktoś chce być kimś, to musi drapać pazurami. Może spotkać na swojej drodze babę, która się na nim nie pozna, ale musi walczyć dalej, bo ona nie jest całym światem.

– A dlaczego baba uważa, że się na tym zna?
Jeżeli pracujesz w szpitalu i przez twoje ręce przeszło iks przypadków, to stajesz się coraz lepszym diagnostą.

– Polsat jest stacją prywatną, ma prywatnego właściciela. Czym ten ostatni różni się od prezesów TVP,  których Pani przeżyła?
Prywatna stacja oznacza bardzo prostą ścieżkę decyzyjną, i to jest fantastyczne. Rozmawiamy z Zygmuntem Solorzem 10 minut i w tej rozmowie „tak” znaczy „tak”, „nie” znaczy „nie”. Jeżeli tak, to rusza cała machina, jeżeli nie – nie zawracam sobie tym głowy. Po prostu pan Solorz jest biznesmenem. Kiedyś pytałam innego biznesmena, jak to jest, że pieniądze robią pieniądze, że wszystko wychodzi? Usłyszałam wtedy, że o sukcesie decyduje szybkość decyzji, że człowiek, który wchodzi do biznesu z ogromnym bagażem doświadczenia i każdą decyzję chce niezwykle głęboko przeanalizować, kiedy już to zrobi, ta możliwość odjedzie.

– Nie łapie się Pani na tym, że teraz, mówiąc gdzieś publicznie o programie Polsatu, znowu chce Pani wypowiedzieć te – wdrukowane już chyba w głowę – zdania o misji telewizji?
Nie, bo jak sobie przypomnę tę hipokryzję o misji, to mi się flaki w brzuchu przewracają.

– Odchodząc z Dwójki bała się Pani, że to może być koniec Niny Terentiew?
Nie, ja mam poczucie własnej wartości.

– Ale to mogła być wartość, której nikt już nie kupi, mówię o takim strachu.
Nie, nie miałam go, ponieważ już sobie wymyśliłam, co będę robiła. Założyłam już agencję medialną, żeby nie czekać na propozycje, nie mieć tego strachu, że nagle siedzę na kanapie i nikt mnie nie chce.

– Agencję, która co miała robić?
Najróżniejsze eventy, okolicznościowe wydarzenia. Kiedy przyszła propozycja z Polsatu, mój syn i mój eks-mąż, z którymi podejmuję najważniejsze decyzje życiowe, pytali mnie, w kontekście agencji: „Czy jesteś pewna, nawet jeżeli ci się to uda, że będziesz szczęśliwa?”

– Spełniona?
Tak. „I czy ci się nie będą po nocach śniły wielkie sylwestry i wielkie koncerty Rubika w wielkim kościele?” I właściwie myślę, że moi bliscy lepiej mnie znali niż ja sama.

– Czy widzowie Dwójki i Polsatu są inni?
Takie rozróżnienia to jakieś bzdury.

– Dlaczego? Polacy są różni, jedni są głupsi, drudzy mądrzejsi.
Tak, ale i głupsi, i mądrzejsi wchodzą do tych samych sklepów, a jak mają ochotę, oglądają telewizję. I głupsi, i mądrzejsi mają pilota i bywają zmęczeni. Jedni lubią kryminały, a dla drugich jest zawsze za mało sportu. Jedni chcą rozrywki, a reszta kocha brutalne kino lub kreskówki. Żaden wybór nie jest przylepiony do konkretnego widza na zawsze. Miałam kiedyś na to bardzo zabawny dowód. Robiliśmy festiwal romski i niezwykle poważne kobiety, polityczki mieszkające w hotelu sejmowym, mówiły mi: „Słuchaj, zrób nam kasetę z tą muzyką, bo jak tak po całym dniu jesteśmy wykończone, to dla nas cudowny relaks”. Były też badania, które pokazały, że rozrywkę oglądają najczęściej ludzie wykształceni i zmęczeni, oni to traktują jak gumę do żucia dla oka. Bo czymże jest telewizja? Po co została w Ameryce wymyślona? Nie po to, żeby misjonarzy edukować.

– Żeby zająć ludzi, żeby nie zamartwiali się swoim losem, żeby nie zajmowali się patrzeniem władzy na ręce, może po to jest telewizja?
Może i tak, ale także po to, żeby zarabiała pieniądze, żeby była maszynką do kręcenia reklam, żeby informowała, ale przede wszystkim po to, żeby była miła i dawała relaks.

– Pani jest telewizyjnie nieśmiertelna?
Nie mam poczucia, że jestem nieśmiertelna, ale mam takie poczucie, że rynek mnie zweryfikował i to jest dla mnie bardzo ważne, po prostu – wolny rynek. I już nikt nie napisze, że byłam w Dwójce, bo ten mnie poparł, a ten do mnie mrugnął okiem. To jest tak, jakby pan całe życie pisał w jednej gazecie i  panu by się wydawało, że jest pan dzieckiem tej gazety, że tylko w tej gazecie będzie ceniony, szanowany, że tylko w tej gazecie będzie rewolwerowcem. Potem się okazało, że może pan pisać we wszystkich gazetach, że może być szefem w tych gazetach, że może być w gazetach kompletnie innych od tej gazety. To by pana zweryfikowało: umiem pisać o tym i o tamtym, lekko i strasznie, smutno i wesoło. A ja umiem robić telewizję komercyjną i publiczną. To nie jest nieśmiertelność. To jest mój zawód.

– Odbiera pani takie telefony z Dwójki: „Nina, zabierz mnie stąd, tu jest strasznie?”
Odbieram, ale tak naprawdę to ja nawet gdybym mogła zabrać, to nie chcę, żeby Polsat był drugą Dwójką. On ma swój rytm.

– Panuje przekonanie, że ludzie z telewizji publicznej nie są w stanie zaadaptować się gdzie indziej, że żyjąc w tamtej korporacji...
To prawda.

– …już tylko tam mogą żyć.
Powiem więcej. Myślę, że mój nowy szef do końca nie miał pewności, czy ja umiem żyć w tym świecie. Myślę, że pokierował się intuicją, ale nie był pewien do końca, bo jest tak, jak pan mówi. Dlatego dziś, jeżeli ktoś prosi: „Nina, zabierz mnie”, to ja wiem, kogo mogę zabrać. To jest też tak, że ja czasami sobie myślę „zabiorę go”, a potem sobie zadaję pytanie, ale co będzie robił, do czego będzie potrzebny, czy będzie przydatny?

– A jaką radę by miała Pani dla tych, którzy tam zostali i nie za bardzo nadają się do życia na wolności?
To są takie ptaki w klatce, które właściwie chciałyby wylecieć.

– Ale się strasznie boją.
Po pierwsze się boją, a po drugie głównie myślą o tym, że te inne ptaki by je zadziobały. Nie wiem, co im radzić.

– Ich główna umiejętność oprócz zawodowych, telewizyjnych, to jednak umiejętność przetrwania kolejnych prezesów.
Nie lubię takiego gadania, bo to nieprawda. Tam zostało wielu świetnych fachowców. Przetrwanie jest dodatkiem, a nie odwrotnie, z umiejętności przetrwania nie narodzi się program. Mogę im poradzić to, co zawsze sobie mówiłam, kiedy było mi źle, tekstem Młynarskiego: „Róbmy swoje i niejedną paranoję, trzeba przetrwać jeszcze nam”.

– Może nie będzie tak źle, bo nowy prezes telewizji polskiej nazywany jest Niną Terentiew w spodniach.
Nowy prezes telewizji jest kimś naprawdę bardzo, bardzo fajnym.Ja myślę, że jest po prostu człowiekiem kochającym życie i ludzi, jest intelektualistą. Znam nowego prezesa telewizji od bardzo dawna i właściwie każde określenie do niego pasuje. Poza jednym: politruk.

– Nie doczekała Pani tego fajnego nowego prezesa, może trzeba było przeczekać Bronisława Wildsteina? Uciekła Pani z TVP i trafiła do telewizji biznesmena znanego z tego, że o wszystkim chce sam decydować, że trzeba mieć na wszystko jego zgodę, bo on wie najlepiej.
Ta telewizja jest jego, to jest zasadnicza różnica. On nie odpowiada przed parlamentem, rządem, przez płacącymi abonament. On odpowiada przed sobą. Więc ma prawo decydować i wiedzieć. Mnie to nie oburza, to jest normalne. W zarządzaniu, podobnie jak w sztuce, nie ma demokracji. Nie każdy może zagrać Hamleta i nie każdy powinien. Co więcej, reżyser ma prawo się pomylić i obsadzić tego Hamleta fatalnie. A właściciel chce wiedzieć i ma do tego prawo. To jest pierwsza rzecz, którą sobie uświadomiłam, że to wszystko należy do kogoś. Ten ktoś nazywa się Zygmunt Solorz. A jak sobie uświadomię, że już nigdy nikomu nie muszę się tłumaczyć z tego, jak wydaję pieniądze podatnika, to jestem strasznie szczęśliwa.

– Spotyka się Pani z pytaniem, czy śni jej się Dwójka?
Nie, pytają mnie raczej, czy nie tęsknię.

– Sny się zmieniły wraz ze zmianą pracodawcy?
Mnie się nic nie śni. Jestem zmęczona, padam na pysk, idę na Pola Mokotowskie, biegam z psem.

– Zweryfikowana przez rynek kobieta biega z psem, nie śniąc snów?
I to uwielbiam. Ktoś powiedział, że Nina tak naprawdę to kocha tylko zwierzęta. Nina kocha ludzi, dobrych ludzi, a złych mniej, ale jest w tym coś, że zwierzęta są dla mnie strasznie ważne. Każdy chce mieć prawdziwą miłość, taką na zawsze, bezgraniczną, i to może dlatego. A ja kocham psy, szczególnie jamniki. Ulubiony sposób spędzania wolnego czasu kobiety zweryfikowanej przez rynek to rzeczywiście spacery z psem. Podczas tych spacerów spotykam wyjątkowych ludzi, to swoisty klan. O ósmej rano na Polach Mokotowskich są zawsze te same osoby. Nie mówią o polityce, nie narzekają, nie obmawiają nikogo. Rozmawia się o rzeczach miłych, dobrych, przyjaznych. Na koniec mam radę dla pozostawionych w TVP: róbcie swoje, bo tak naprawdę na końcu liczy się tylko praca, tylko ona się obroni. I mówiłam to ja, kobieta pozytywnie zweryfikowana przez rynek.

Rozmawiał PIOTR NAJSZTUB
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Photo-Shop.pl
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Karolina Gruszecka
Makijaż Kamila Wiedeńska-Strzelczyk
Fryzury Sylwia Habdaś/Metaluna
Scenografia Ewa Iwańczuk
Modele: Jakub/Rebel Models, Sergiusz G., Michał Z., Paweł S./Mango Models
Produkcja sesji Paweł Walicki

Więcej na temat Nina Terentiew