Wojciech Kurtyka o Tomasza Mackiewiczu Tomasz Mackiewicz Tomasz Mackiewicz zdobył szczyt Nanga Parbat. Himalaisty nie udało się uratować Tomasz Mackiewicz w Dzień dobry TVN
Wojciech Kurtyka o Tomasza Mackiewiczu
Znało go niewiele osób, jeszcze mniej rozumiało jego wybory
1/4
Wojciech Kurtyka o Tomasza Mackiewiczu

 

Znało go niewiele osób, jeszcze mniej rozumiało jego wybory. Ale dziś, kilkanaście dni po tym, jak Tomasz Mackiewicz zginął na zboczu Nanga Parbat, tysiące ludzi go ocenia i pyta, dlaczego mąż i ojciec trojga dzieci poświęcił życie, by zdobyć górę. No właśnie: dlaczego?

 

Niemal wszyscy znani himalaiści przygodę ze wspinaczką zaczynali w szkole średniej albo na początku studiów. Kiedy Tomasz Mackiewicz był w tym wieku, o chodzeniu po górach nawet nie myślał. Jego głowę zaprzątało wtedy tylko jedno – jak zdobyć pieniądze na kolejną działkę narkotyków. Zaczął ćpać niedługo po tym, jak mając 15 lat, przeprowadził się z rodzinnych Działoszyc do Częstochowy. Nie znał w tym mieście nikogo, czuł się samotny, szukał towarzystwa. W tym, które znalazł, nie było pasjonatów gór, którzy pomogliby mu odkryć to, co wiele lat później stało się największą pasją jego życia. Byli za to tacy, którzy podsunęli mu heroinę.

 

Zobacz: Elizabeth Revol w poruszającym wywiadzie w TVN24 o rozstaniu z Mackiewiczem na Nanga Parbat: “Okłamałam go”

 

Narkotyki zabrały mu pięć lat z życia. Najpierw przez trzy lata brał, nie tylko heroinę, która była droga, lecz także kompot, polski wynalazek robiony z maku. Potem przez dwa lata wychodził z uzależnienia w ośrodku Monaru. Później jeszcze przez kilka lat szukał swojego miejsca w świecie i celu w życiu – podróżował, opiekował się dziećmi w ośrodku dla trędowatych, studiował, a gdy brakowało pieniędzy, wyjechał do pracy do Irlandii. To właśnie tam poznał Marka Klonowskiego, podróżnika, zdobywcę Elbrusa (5642 m n.p.m.) i Denali (6194 m n.p.m.). Mackiewicz bardziej niż to, gdzie Marek już był, ciekawiło, gdzie dopiero zamierzał być. A Marek planował właśnie przejść po lodowcach Alaski i wspiąć się na górę Logan (5959 m n.p.m.). Brzmiało ciekawie, więc Tomek postanowił się przyłączyć. 

2/4
Tomasz Mackiewicz
Facebook

 

Szalony Czapkins

„Ta wyprawa to była megaprzygoda. Mieliśmy kupę szczęścia, bo robiliśmy tam masę głupich i ryzykownych rzeczy. Żywcowanie, czyli wspinaczka bez asekuracji. Przeskakiwanie przez szczeliny wydawało nam się zabawne i dziwnie pociągające. Obaj mieliśmy daleko posuniętą skłonność do ryzyka. Dlatego się tak znakomicie rozumieliśmy” - wspominał po latach w „Polityce” Klonowski.

Wyprawa na Logan wiosną 2008 roku zajęła im ponad miesiąc, przeszli wtedy w trudnych warunkach ponad 250 kilometrów, kilka razy otarli się o śmierć. Ale Mackiewicz był zachwycony. Poczuł, że znalazł największą pasję życia, ale poczuł też, jak wiele czasu zmarnował. Miał 33 lata, prawie zerowe doświadczenie, nikłą wiedzę o chodzeniu po najwyższych górach świata, ale z dnia na dzień rosło w nim pragnienie dokonania czegoś, co zapewni mu miejsce w historii himalaizmu. Wyboru nie miał wielkiego. Żeby zdobyć uznanie, musiał zrobić to, czego nie dokonał żaden himalaista, czyli wspiąć się na jeden z dwóch niezdobytych zimą ośmiotysięczników – K2 lub Nanga Parbat. Wybór padł na tę drugą górę, bo jest niższa, łatwiejsza, a wyprawa na nią kosztowała mniej. Zanim zaczął długoletnie i – jak się okazało – tragiczne w skutkach zmagania z tym szczytem, wspiął się jeszcze samotnie na leżącą w Tienszanie Chan Tengri (7010 m n.p.m.). Potem liczyła się już Naga Góra.

3/4
Tomasz Mackiewicz zdobył szczyt Nanga Parbat. Himalaisty nie udało się uratować
Facebook

 

Inaczej niż wszyscy

Po górach wspinał się tak, jak żył – według własnych reguł. Ci, co go znali, nie byli tym zaskoczeni, bo Mackiewicz już wcześniej pokazał, że cele osiąga dzięki determinacji i uporowi, a nie dzięki przestrzeganiu powszechnie szanowanych reguł. Pokazał to już, kiedy przez pewien czas zakochał się w żeglarstwie.

O pływaniu zaczął marzyć, kiedy leczył się w ośrodku Monaru na Mazurach. Często widywał wtedy sunące po jeziorach jachty i zazdrościł tym, którzy na nich pływają. Dlatego, gdy skończył terapię, został w Krainie Wielkich Jezior, żeby nauczyć się żeglowania. Nie poszedł jednak na kurs, nie poprosił nikogo o poradę. Sam zbudował małą łódkę, a potem całymi dniami zmagał się na niej z wiatrem, aż się nauczył. Patentu żeglarskiego nie wyrobił nigdy, bo jak mówił, do pływania potrzebne są umiejętności, a nie papier. Wcześniej po swojemu chciał też wyjść z nałogu. Początkowo był wdzięczny swojej siostrze, która niemal siłą zaciągnęła go do Monaru, ale już po trzech miesiącach postanowił opuścić ośrodek. Był przekonany, że jest wyleczony i dalej poradzi sobie sam.

„Wszyscy naokoło przekonywali mnie, żebym nie wychodził, ale ja wyczuwałem w tym podstęp, to towarzystwo zalatywało mi jakąś sektą, więc się uparłem i w końcu mnie wypuścili” - opowiadał po latach.

Szybko się przekonał, że przecenił swoje siły. Gdy wrócił do Częstochowy, natychmiast wciągnęło go dawne towarzystwo i znów wpadł w nałóg. Ale tym razem nie dał się pokonać narkotykom. Sam zgłosił się do Monaru, wybłagał, żeby pozwolili mu wrócić, i przeszedł pełną terapię. 

4/4
Tomasz Mackiewicz w Dzień dobry TVN
East News

 

Egoista i samobójca?

Ta historia nauczyła go, że nie można uparcie trwać przy swoim i za wszelką cenę realizować wyznaczonego celu. Trzymał się tego także w górach. Wbrew temu, co pisze o nim w swoich komentarzach wielu internautów, Mackiewicz nie był szaleńcem, który nie bał się śmierci i parł na szczyt, nie bacząc na ryzyko. Owszem, wspinał się odważnie, wręcz brawurowo, ale zawsze szacował ryzyko i umiał się wycofać, gdy widział, że nie da rady. Dowodem na to jest choćby fakt, że ta tragiczna w skutkach wyprawa na Nanga Parbat była jego siódmą próbą zdobycia tej góry. Gdyby, jak twierdzą niektórzy, był wariatem gotowym wejść na ten szczyt za wszelką cenę, zginąłby tam dużo wcześniej.

Tomek odpuszczał, gdy ryzyko było za duże, nie tylko ze względu na doświadczenia z terapii. Umiał się wycofać przede wszystkim dlatego, że miał dla kogo żyć. Znajomi Tomka mówią, że największa pasja, czyli góry, nie była silniejsza niż miłość do żony i dzieci. Cenił rodzinne ciepło, bo dobrze wiedział, jak łatwo je stracić. Z pierwszą żoną, z którą miał dwóch synów bliźniaków Xawerego i Maksa oraz córkę Tonię, rozstał się po bolesnej stracie.

„Nie byliśmy idealnie dobrani, a w tym wszystkim zdarzyła nam się traumatyczna historia. Zmarło nam dziecko. Po czymś takim trudno się otrząsnąć, a to, co popękane – posklejać” - wyznał.

Paczuszkę z prochami zmarłego Xawerego w 2009 roku zabrał na Chan Tengri i złożył ją na szczycie.

Po rozwodzie ułożył sobie życie z poznaną w Irlandii Anną Solską. Wychowywał z nią jej syna, potem urodziła im się córeczka Zoja. Od kilku lat Tomek zwierzał się przyjaciołom, że ma dwa wielkie marzenia – zdobyć Nangę oraz zabrać swoją żonę i dzieci do Nepalu, by pokazać im piękno Himalajów. To pierwsze mu się udało. Drugiego marzenia, niestety, już nie spełni. 

 

Tekst pochodzi z magazynu "Party"

Więcej na temat Tomasz Mackiewicz