Mandaryna
Voyo Bakiewicz
Wywiady Krystyny Pytlakowskiej

Marta Wiśniewska: Niezwykła historia miłosna

Mandaryna
Voyo Bakiewicz

– Latem przyleciałaś do Kołobrzegu prywatnym helikopterem. To prawda?


Mandaryna: Prawda. Nie tylko do Kołobrzegu, ale także do innych miejscowości, gdzie promowałam swoją nową płytę. Ten helikopter to był prezent.

– Kto daje takie prezenty?


Mandaryna: Jedyny człowiek na świecie. Nikt inny nie zdobyłby się na to, by pożyczyć mi helikopter tylko dlatego, żeby trasa mnie nie zmęczyła. Postanowiłam nawet nauczyć się latania. Kobieta pilot helikoptera to dopiero wyczyn! A ja chcę Gila zaskakiwać.

– Gil to Twoja nowa miłość?


Mandaryna: To mój przyjaciel. Wspaniały człowiek o nienagannych manierach i wielkim sercu. Pochodzi z francuskiej arystokracji, ale pracuje w Ameryce przy produkcji filmów jako drugi reżyser. Kręci też wideoklipy muzyczne. Poznałam go niecały rok temu w Los Angeles przez mojego menedżera Marka Śledziewskiego.

– Jak wtedy rozmawiałyśmy, mówiłaś, że całymi dniami ćwiczysz śpiew, że czujesz się zmęczona...


Mandaryna: Po wielu godzinach ćwiczeń byłam trochę zmęczona. Dlatego  początkowo nie zwróciłam uwagi na mężczyznę, który pojawił się w drzwiach. Dopiero gdy usłyszałam jego głos – niezwykle ciepły, męski – spojrzałam w tamtą stronę. „Hi, Mark”, powiedział, a mnie zabiło serce: „Skąd wziął się tutaj taki facet? To aktor? Gwiazdor?”. Marek poklepał go po ramieniu: „Już kończymy, chodź, poznaj Martę”.

– Zapamiętałaś wszystkie szczegóły?


Mandaryna: Mam je wciąż w głowie. Tamtego popołudnia byłam smutna i nagle jakby wstąpiła we mnie nowa energia. Gil spojrzał na mnie z wielką uwagą. Nie jak mężczyzna, tylko jak człowiek. Wiesz, co chcę powiedzieć? Nie było w nim takiej samczej pożądliwości, łóżka w podtekście. Nie zaglądał mi w dekolt. Przytrzymał moją chłodną rękę w swojej. Tak gorącej, że aż parzyła. „Wonderfull”, powiedział. „Your song is great. Tylko dlaczego jesteś taka smutna?”.

– Czemu byłaś taka smutna?


Mandaryna: Miałam zły dzień, pełen zwątpień i czarnych myśli. Bałam się, że w życiu nic mnie już nie czeka. Nic się nie uda. Że może powinnam wycofać się  ze śpiewania. Nagrywanie płyty wiele mnie kosztowało. Po tym wszystkim, co się zdarzyło kilka lat temu, chciałam  udowodnić, że umiem śpiewać. Że nie jestem taka beznadziejna. To  było wielkie wyzwanie. A ja czułam się zmęczona. Przypomniał mi się sopocki festiwal z 2005 roku i całe to pasmo niepowodzeń.

– Nie chciałaś dotąd mówić o Sopocie...


Mandaryna: Dziwisz się? To wspomnienie  było jak czarna plama, którą starałam się wymazać z życiorysu, wyprzeć. Ale czasami powraca do mnie w snach. Stoję na estradzie, nie mogę wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Wszyscy kpią, śmieją się, a ja uciekam, chowam się. Po takich snach budziłam się na poduszce mokrej od łez. Bo wiesz, ciężko pracowałam, żeby zaśpiewać na tamtym festiwalu. Przygotowywałam się kilka miesięcy, zbierałam zespół profesjonalistów – takich chórzystek i takich dźwiękowców, którzy zrobią wszystko profesjonalnie. Na dwa miesiące zamknęliśmy się na Mazurach z ekipą niemieckich producentów i pracowaliśmy dzień i noc. Balet, muzycy, chór. Gdybym wiedziała, że nie dam rady, złamałabym nogę przed wyjściem na scenę. Naprawdę! Ale na próbach wypadłam na tyle dobrze, że przesunięto mnie na koniec, jako asa w rękawie. Uznałam to za dobry znak. Czuliśmy się pewnie, bo zrobiliśmy prawdziwy wielki show. Komuś widocznie zależało na tym, żebym poniosła klęskę.

– Nie przesadzasz?


Mandaryna: Wiadomo, jak usadza się konkurencję. A ja dałam się podpuścić. Przed występem w moich kostiumach ktoś wypruł suwaki, choć garderoba była zamknięta na klucz. Moja siostra przybiegła: „Marta, popruto kostiumy, szukam agrafki!”. Na trzy minuty przed naszym wyjściem na scenę wyrzucono moich akustyków. Pozamieniano partie muzyczne. Kiedy zaczęłam śpiewać, okazało się, że odsłuch jest wyłączony. Nie sądzę, żeby ktokolwiek zaśpiewał na scenie czysto bez odsłuchu. Dziś powiedziałabym: „Bardzo państwa przepraszam, muszę przerwać występ”. Ale dostałam zaćmienia i ciągnęłam tę farsę.

– A potem uciekłaś z płaczem. Przyjaciele obawiali się, że możesz sobie zrobić coś złego.


Mandaryna: Chciałam uciec na koniec świata. Nie odbierałam telefonów, zamknęłam się przed ludźmi. Przy życiu trzymały mnie tylko dzieci. Jeszcze w Sopocie otrzymałam informację od menedżerki, że mój mąż złożył pozew o rozwód. Wiedziała wcześniej, ale czekała na odpowiednią chwilę, żeby mnie jeszcze bardziej pognębić.

– Nieszczęścia chodzą seriami?


Mandaryna: Tak sądzę. Moja choroba, rozwód, porażka na festiwalu – wszystko zdarzyło się w jednym czasie. Rok później wystąpiłam w Sopocie i wszystko poszło dobrze. Ale to nie wymazało tamtej porażki. Porażkę się pamięta, sukcesu – nie.

– Gil pojawił się w Twoim życiu, gdy znowu byłaś na rozdrożu. Rozstałaś się z narzeczonym, wcześniej z menedżerką...


Mandaryna: To był rok rozstań. Z moim poprzednim facetem, „Majkelem”, rozeszliśmy się trochę wcześniej, zanim poznałam Gila. On nie chciał żyć w moim świecie. Jest sportowcem, pływa na „kajtach”, chce zarażać innych swoją pasją. A ja nie umiem oddzielić mojego życia od tańca, od muzyki. A może to nie była prawdziwa miłość? W każdym razie w dniu, gdy poznałam Gila, czułam, jakbym była sama na całym świecie, choć było przy mnie tyle życzliwych osób. Gil powiedział mi, że wydałam mu się smutnym aniołem. I że zapragnął otoczyć mnie opieką. Zaciekawiłam go, chociaż tamtego wieczoru nie wyglądałam dobrze. Bolała mnie głowa i chciałam iść do hotelu przespać problemy.

– Ale nie poszłaś?


Mandaryna: Nie. Gil zaprosił nas na kolację. Namawiał do skosztowania różnych potraw. Jadłam, uśmiechałam się i w końcu zły nastrój minął.

– Wszystko ma swój sens, bo może spełniona i szczęśliwa nie zwróciłabyś na niego uwagi?


Mandaryna: Na niego nie można nie zwrócić uwagi. Od razu widać, że to ktoś niepospolity. On nawet w dżinsach i zwykłym T-shircie wygląda i zachowuje się jak artystokrata. Obcy ludzie traktują go z wielkim szacunkiem. Początkowo miałam tremę. Myślałam o etykiecie i starałam się być niezwykle elegancka, z czasem nabrałam luzu. Sama mam szlacheckie korzenie. Moja babcia legitymuje się herbem Korczyc. Dziadkowie mieli ogromne połacie ziemi na Kresach, ale musieli stamtąd uciekać. Po wojnie ciężko im się żyło, byli bardzo biedni, ale mimo to babcia zawsze uczyła mnie dobrych manier, jak się zachować przy stole, jakiego noża użyć do masła. Kogo pierwszego przedstawiać. Kiedy spotkałam Gila, powrócił do mnie świat z jej opowieści.

– Kiedy trema Ci minęła?


Mandaryna: Bardzo szybko, bo on potrafi rozładować sytuację żartem, uśmiechem, serdecznością. Kiedy zaprosił mnie na plan filmowy amerykańskiej superprodukcji, przy której właśnie pracował, już byliśmy zaprzyjaźnieni. Myślałam: Marta, ty nie śnisz? To się dzieje naprawdę? Kiedy wracałam do Polski, obawiałam się, że nasza znajomość umrze śmiercią naturalną. Bo po co mu przyjaciółka, która mieszka tak daleko? Nie nosi futer, nie jeździ cadillakiem, jest rozwiedziona i ma dwoje dzieci. Gil jednak był uparty. Gdy wylądowałam, włączyłam komórkę, a w niej już czekał na mnie SMS: „Czy zapięłaś pasy?”. Potem tych SMS-ów było mnóstwo, 20 każdego dnia. Dzięki niemu poznałam facetów z innej strony, tej nieegoistycznej. Nie był zajęty tylko sobą. Interesowało go, co ja robię, jak się czuję, jakie mam plany.

– Jest żonaty?


Mandaryna: Nie ożenił się, bo – jak twierdzi – nie miał czasu. A może nie spotkał kobiety, którą by chciał poślubić? W każdym razie z czystym sumieniem może poświęcać mi dużo czasu. Zresztą nasza znajomość rozwijała się powolutku. Żadnych gwałtownych ruchów, rzucania się na szyję i tak dalej. Pragnął pokazać mi, że można żyć inaczej, niż dotąd żyłam. Radość sprawiało mu wprowadzanie mnie w jego świat.

– Jaki to świat?


Mandaryna: Pełen uśmiechu. Klasy, elegancji. Ja już taki świat poznałam, gdy byłam żoną Michała. Z nim też podróżowaliśmy po całym świecie, bywaliśmy w renomowanych lokalach i na modnych plażach. Lataliśmy wynajętymi przez niego samolotami i zatrzymywaliśmy się w najlepszych hotelach. Gilowi podobało się, że tyle miejsc już znam. Ale teraz dojrzałam. Z wiekiem zaczyna się cenić coś innego.

– Nawet inaczej się ubierasz?


Mandaryna: Tak. Już dorosłam do tego, żeby zdjąć z siebie kolorowe piórka. Teraz podobają mi się stonowane kolory. Gil zabiera mnie do słynnych galerii, pokazuje wspaniałe obrazy i opowiada o nich. Czytamy te same książki, oglądamy mnóstwo filmów. Jego ulubiony: „Miasto Aniołów” z Nicolasem Cage’em i Meg Ryan, obejrzeliśmy kilka razy.

– W jakim języku z nim rozmawiasz?


Mandaryna: Po niemiecku, który dobrze znam – moja mama jest germanistką. Po angielsku. Uczę się francuskiego. On zna pięć czy sześć języków. Nie mamy problemu z porozumieniem się. Poza tym Gil zaczął uczyć się polskiego.

– Przyznałaś mu się, że jesteś chora?


Mandaryna: Tak. Powiedział: „Marto, musimy znaleźć ratunek. Nie możesz żyć pod presją choroby”. Szuka najnowszych metod leczenia. Studiuje informacje o przeszczepach trzustki. Mówi, że mnie uratuje. I ja mu wierzę. W ogóle wierzę w niego.

– Poznałaś jego rodzinę?


Mandaryna: Nie. Chociaż byłam kilka razy w jego rezydencjach, nigdy nie spotkałam nikogo z rodziny. Myślę, że oni mają mu za złe, że pracuje. A mógłby żyć z rodzinnych majątków i nic nie robić. Ale to by go zabiło. On musi przebywać wśród ludzi.

– Odwiedził Cię w Polsce?


Mandaryna: Tak. Pojechaliśmy do Krakowa. Zabrałam go też do mojej rodzinnej Łodzi, chciałam pokazać mu miejsca, w których się wychowałam i które wiele dla mnie znaczą. Pokazałam mu ulicę Piotrkowską i szkołę, w której uczyłam się tańczyć.

– Marto, czy to tylko przyjaźń, jak twierdzisz?


Mandaryna: Co mam ci powiedzieć? Gdy wchodzi się na pewien poziom znajomości, nie wypada mówić wprost o uczuciach. One są bardzo ważne, ale nie należy szastać nimi na prawo i lewo, zwierzać się dziennikarzom. Wiem, że Gil to człowiek bardzo mi bliski i mam nadzieję, że ja jestem tak samo mu bliska. Wiem też, że zależy mu na tym, żebym miała w życiu łatwiej. I że mi w tym pomoże, jak z tym helikopterem.

– Dlaczego właśnie Ciebie wybrał na przyjaciółkę? Jak to tłumaczysz?


Mandaryna: Nieraz o tym rozmawialiśmy. Czuł się znudzony, wypalony. I wtedy spotkał mnie – dziewczynę z nieznanego mu kraju, która chce w życiu coś osiągnąć.

– Nie bierze narkotyków, nie upija się? Nie wchodzi facetom do łóżka?


Mandaryna: Której życie dało w kość, a ona się nie załamała. Mówi, że urzekła go moja historia, bo jestem bardzo dzielna. Wciąż próbuję się podnieść po życiowych i artystycznych porażkach. A ponieważ „jestem delikatna, muszę mieć piorunochron, mocnego faceta”.

– On jest mocnym facetem?


Mandaryna: Bardzo. Daje mi niesamowite oparcie psychiczne. Uwierzyłam dzięki niemu w swoją wartość. I nabrałam nadziei… Na co? Że będę długo żyć. Że pokonam chorobę. Że ludzie są dobrzy.

– To nieprawdopodobna historia. Ty mi opowiadasz jakiś film?


Mandaryna: Sama bym w nią nie uwierzyła, gdyby nie spotkała właśnie mnie. Nie wiem, co zdarzy się w przyszłości, jak to się potoczy. Ja nie będę niczego przyspieszać Może za pół roku, rok już pozostaniemy dla siebie tylko ładnym wspomnieniem? Gdyby tak się stało, nie będę mieć do losu pretensji. Jestem mu wdzięczna za to, co jest.

– Twoja płyta nosi tytuł „AOK” (all’s OK). Optymistyczny?


Mandaryna: To znaczy, że wszystko będzie dobrze. Śpiewam na niej po angielsku. Gil udzielał mi konsultacji. On chce, żeby ta płyta sprzedawała się też w Ameryce. Skontaktował mnie z odpowiednimi osobami. Chyba jest moim aniołem stróżem.

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Voyo Bakiewicz
Stylizacja Isabell Kristensen
Makijaż Serena Forgeas
Fryzury Gigi Coppola
Produkcja Elżbieta Czaja i Elżbieta Rath/Agencja Legends MA, Monaco

Przeładuj

Mikołaj z "Love Island" zdradził, że ma wiele propozycji od nieznajomych kobiet. Jak zareagowała Sylwia?

zobacz 01:27