Marcin Prokop, Szymon Hołownia
Piotr Porębski/Metaluna
W rozmowie, jakiej nie było

Marcin Prokop i Szymon Hołownia - Bosko utalentowani

Marcin Prokop, Szymon Hołownia
Piotr Porębski/Metaluna

– Jaki macie talent, Panowie?
Marcin Prokop:
Paszczowy. Potrafimy gadać do ludzi. Czasami po to, żeby ich rozerwać, czasem, by powiedzieć im coś naszym zdaniem ważnego.
Szymon Hołownia: Ja wciąż uczę się telewizji. Prowadzenie tak dużego programu na żywo to jazda bez trzymanki. Ale – wbrew temu, co można by sądzić – jestem tam z powodów pozareligijnych.

– Po co Wam „Mam talent!”?
Marcin Prokop:
A po co motorniczemu tramwaj? To moja praca, chociaż nie jedyna. Szymon wierzy w życie pozagrobowe. Ja wierzę w życie pozatelewizyjne. Zresztą nigdy nie traktowałem tego medium do końca serio. Może dlatego, że trafiłem do niego dość przypadkowo.

– Przechodziłeś akurat ulicą i pomyślałeś: A, wstąpię…
Marcin Prokop:
Trochę tak. Weźmy choćby „Mam talent!”. Przechodziłem akurat koło stacji matki, kiedy zadzwonił Szymon z informacją, że dyrektor Miszczak chce się z nami za pół godziny zobaczyć. Spotkaliśmy się w jego gabinecie, niczego nie podejrzewając. Okazało się, że za trzy dni zaczynają się zdjęcia do „Mam talent!”.

– Wyróżnienie?
Marcin Prokop:
Pewnie tak. Ale też powód do cynicznej konkluzji, że skoro ktoś proponuje nam tę robotę tuż przed rozpoczęciem produkcji, to znaczy, że nie byliśmy pierwszym wyborem. Wyobrażam sobie, że pewnie poprzedni kandydaci się nie sprawdzili, więc w ostatniej chwili, rozpaczliwym rzutem na taśmę, wykonano telefon do nas. W sumie nie jesteśmy drodzy i mamy wolne terminy, więc co tam…
Szymon Hołownia: Zaskoczenie było totalne, a my nie wiedzieliśmy, czy to akt rozpaczy, czy geniuszu. Przeczuwałem jednak, że może być z tego coś fajnego, bo wiedziałem, jaką mamy relację ekranową. Ćwiczyliśmy ją co czwartek w „Dzień dobry TVN”.

– Uprzejma złośliwość?
Marcin Prokop:
Szorstka przyjaźń.
Szymon Hołownia: Chemia, która kazała nam się „droczyć”. A ponieważ to fajnie „żarło”, szefostwo wpadło na pomysł, że powtórzą model brytyjskiej edycji. I zrobią nas polskim Antem i Dekiem. Gdy jednak obejrzałem ich nagrania, załamałem się. Są tak śliczni, mówią tak piękną składnią, mają tak wypieszczone dowcipy, że nigdy temu nie dorównam. Więc zająłem swoje skromne miejsce kopciuszka przy stole, który zastawił Wielki Książę telewizji.

– Czyli pogodziłeś się z tym, że nie przeskoczysz Prokopa za Boga?
Szymon Hołownia:
Z pokorą uznaję, że każdy z nas ma swoje rewiry, a on jest mistrzem świata akurat w tej dziedzinie. Na telewizji Marcin zjadł zęby. Nowe wstawił sobie ładne i drogie. Ja najlepiej się czuję, gdy mogę skontrować coś, co Marcin powiedział.
Marcin Prokop: Wkłada patyk w szprychy moich błyskotliwych oralnych parad.
Szymon Hołownia: To kocham robić od dzieciństwa (tu małe zamieszanie, Szymon sięga po ciastko leżące na stole).
Marcin Prokop: Hej, wpieprzasz mojego pischingera!
Szymon Hołownia: On jest dobry. Nie odmówisz. Jesteś przecież chrześcijaninem.
Marcin Prokop: Mógłbyś chociaż zapytać…

– Marcin, po co Ci Szymon? Żeby błyszczeć?
Marcin Prokop:
Błyszczeć? Daj spokój. Cała idea gwiazdorstwa mnie śmieszy. Jeśli ktoś z ludzi telewizji serio traktuje siebie jako idola, to szczerze mu współczuję. Ja się tą konwencją teatru próżności przede wszystkim dobrze bawię. Czasami przyjmuję rolę marionetki, którą sam steruję.

– Nie wierzę w te gadki popularnych ludzi, że oni w ogóle nie lubią być w centrum zainteresowania.
Szymon Hołownia:
Nie zamierzam wzbudzać w tobie tej wiary, takie jednak są fakty – ja już dawno przekroczyłem optymalny dla mnie poziom tak zwanej popularności. Gdybyś był na moim miejscu, nie dostrzegałbyś tylko zysków z tej sytuacji, poczułbyś też smak bardzo realnych strat.
Marcin Prokop: Zależy mi na utrzymaniu zainteresowania widza wyłącznie w granicach mojej telewizyjnej roli. Po zejściu z ekranu naprawdę nie lubię skupiać na sobie uwagi.

– To porozmawiajmy o wpadkach.
Marcin Prokop:
Nad takim programem jak „Mam talent!” czuwa cała armia ludzi odpowiedzialnych za to, żeby wpadki wyeliminować. To są megazawodowcy. Największym czynnikiem ryzyka jesteśmy my, bo nas nie można kontrolować. Większość tego, co mówimy na antenie, nie jest z nikim uzgadniana, a wszelkie próby zmuszenia nas do uległej współpracy kończą się ostentacyjnym buntem. 

– Twój dowcip o tym, żeby Szymon pokazał, co ma pod sutanną, był przygotowany?
Marcin Prokop:
To był humor sytuacyjny, a vista. Nawet Szymon nie był na niego przygotowany, więc po prostu się „zgotował” i schował za kamerę. Dla takich momentów, według mnie, warto robić telewizję. To tak, jak w seksie – największy fun jest w pójściu na żywioł.
Szymon Hołownia: Mnie zaskoczył członek ekipy prawie-że-striptizerów. Chłopcy pokazywali, co im Pan Bóg dał najlepszego, a jeden z nich biegał z różańcem na szyi. Ostrzyłem sobie na niego zęby. Wyobrażałem sobie, jak będę go wdeptywał w ziemię. Jak będzie płonął święty ogień. W końcu pytam: „Chłopcze, ty jesteś do tańca i różańca? Co to za plastik masz na szyi?”. A on mi mówi, że to pamiątka po świętej pamięci rodzicach.

– Wypalił z grubej rury. Zatkało Cię?
Szymon Hołownia:
Zatkało. Ale pomyślałem: OK. Może ten różaniec jest powodem, dla którego zostanie wpuszczony do nieba. Bo kochał rodziców. Cieszę się, że to tak się skończyło. Ten program bywa zaskoczeniem, bo opiera się na ludziach. Nigdy nie przewidzisz, jak się zachowają. Poszedłem tam, bo mogę intensywniej, barwniej, z nową energią spotkać się z ludźmi, których gdzie indziej bym nie spotkał. To jest ważne. A nie popularność.

– Dlaczego zapisaliście swoje rozmowy w książce „Bóg, kasa i rock’n’roll”?
Marcin Prokop:
  Po pierwsze dlatego, że przez wiele lat znajomości toczyliśmy podobne dyskusje. W czasie spotkań ze znajomymi albo na zapleczu „Mam talent!”.

– Tam rozmawiacie o tym, czy jest Bóg?
Marcin Prokop:
Tak. Albo czy pieniądze są ważne, czy ważniejsze.
Szymon Hołownia: Albo o co chodzi z tym show-biznesem? Dlaczego niejaka Lady Gaga, dziwna panienka spowita w dziurawy lateks, jest bardziej znana niż znaczna większość świętych?

– Zdarza mi się prowadzić podobne rozmowy na korytarzu w redakcji. Jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby to drukować.
Marcin Prokop:
A dlaczego nie? Ja z wielkim zainteresowaniem przeczytałbym, co tak naprawdę myślą o swoich bohaterach redaktorzy pisma o gwiazdach, kiedy nie są akurat zajęci tworzeniem oficjalnej mitologii na ich temat.
Szymon Hołownia: Ja namawiałem Marcina do tego szaleńczego pomysłu. Bo czułem, że choć z pewnością nie będzie to książka wybitna, może być użyteczna. O tym wszystkim mówi się w Polsce, ale w sposób powierzchowny. Chcieliśmy temat potraktować rzetelnie. Mam wrażenie też, że udało nam się pokazać bardzo ważną rzecz. Że można się różnić i pozostać przyjaciółmi. Mamy odmienne zdanie na podstawowe sprawy. Ale mimo tego nie chcemy się pozabijać.

– To rzadko zdarza się w naszym kochanym kraju.
Marcin Prokop:
Dobrze, że to zauważyłeś. Pojawienie się Palikota w wersji antyklerykalnej dodatkowo spolaryzowało ten spór. Zamiast z obopólną atencją i empatią rozmawiać o sprawach krzyża, wolimy się nim okładać po głowie, a wszelka dyskusja o Kościele sprowadza się do litanii wyświechtanych i prymitywnych argumentów.

– Ty, ateista, bronisz Kościoła?
Marcin Prokop:
Nie jestem ateistą. Ateista to ktoś, kto spędza czas na tropieniu dowodów na nieistnienie Boga. A ja jestem sceptykiem, który chciałby znaleźć przekonujące dowody na to, że Bóg jednak istnieje.

– I dlatego ustawiłeś się w rzędzie celebrytów piszących książki? To jakiś wirus…?
Szymon Hołownia:
Nie, zbieg okoliczności. Nie będziemy się tłumaczyć z tego, co zrobili inni. Choć przyznam, że rozważamy założenie w TVN oddziału Pen Clubu. Marcin będzie skarbnikiem, ja wystąpię z serią odczytów.
Marcin Prokop: Nie rozumiem tej logiki. No i co z tego, że pokazujemy nasze gęby w telewizji? A czy pytasz Andrzeja Wajdę, po co robi filmy, skoro Woody Allen zrobił kilka?

– Nie pytam. Ale ciekaw jestem, Marcinie, co pchnęło Cię, aby podzielić się ze światem swym bogatym wnętrzem?
Marcin Prokop:
Przede wszystkim chęć nakłonienia świata, żeby przestał skupiać się wyłącznie na nieistotnych głupotach. Chciałbym, żebyśmy przestali odczuwać jakąś dziwną, pełną zażenowania i krygowania się awersję do rozmawiania o rzeczach fundamentalnych, do szukania odpowiedzi na pytania najważniejsze. To naprawdę nie jest zadanie wyłącznie dla łysogłowych filozofów w powyciąganych swetrach. Jeśli ktoś myśli, że to pretensjonalne, chrzanić go. Pretensjonalne i głupie jest oczekiwanie, że pan z telewizji, tylko dlatego, że jest panem z telewizji, musi opowiadać wyłącznie o pierdołach – gdzie szyje garnitury, ile zarabia i kogo ostatnio wydupczył.

– Nazywasz swoje życie pierdołami?
Marcin Prokop:
Te rzeczy są istotne dla mnie, dla innych ludzi nie. Sycenie ich tym, jak rozwija się moje dziecko albo jak mi się układa z żoną, jest kompletnie bezcelowe. Chciałbym, aby zamiast tego ludzie czytający książkę zastanowili się nad tym, kim są, w co sami wierzą, jak poukładane są puzzle w ich własnym, a nie moim życiu.

– I mówisz to Ty, dziennikarz telewizji śniadaniowej?
Marcin Prokop:
Telewizja śniadaniowa jest pewną konwencją, w której pełnię rolę usługową, akceptując jednocześnie jej reguły. To nie jest mój autorski program. Nie możesz oczekiwać od szewca, żeby w swoim zakładzie jednocześnie piekł chleb.

– To po co siedzisz w telewizji śniadaniowej? Przenieś się do Szymona do religia.tv.
Marcin Prokop:
Oni mało płacą i nie ma tam Doroty Wellman.

– Tak, to wszystko tłumaczy…
Szymon Hołownia:
W głowie mi się nie mieści, że można mieć w sobie tyle pychy, by uważać, że ma się prawo zajmować cenny czas, którego jest tak mało, na opowieści o tym, gdzie się teraz leży i jakim samochodem jeździ. Wyhodowaliśmy chory świat, w którym nie umiemy już rozmawiać o czymś, a jedynie o kimś. Debatę wyparła plotka. To nie mój świat.

– Pięknie. Ale sam robisz w telewizji wywiady z ludźmi, z których wyciągasz najsekretniejsze tajemnice.
Szymon Hołownia:
Nie wyciągam. W „Ludziach na walizkach” proponuję im spotkanie i rozmowę o ich doświadczeniach. Ważne jest pytanie: „Po co?”. „Na jakich warunkach?”.

– Jak Kalemu buchnąć krowa, to źle, ale jak Kali buchnąć krowa, to dobrze?
Szymon Hołownia:
Ależ skąd. Ktoś mi kiedyś wytknął, że dotykając cierpienia, robię to samo, co brukowce. To bzdura. Po pierwsze, mnie nie interesuje krew, uważam, że człowiek, którego rany wciąż krwawią, powinien mieć prawo do ochrony przed naszą ciekawością. Rozmawiam z ludźmi, którzy mieli już siłę, by przemyśleć to, co się zdarzyło, podzielić się tą refleksją ze światem. Moi bohaterowie mają pełną kontrolę nad tym, co mówią, co ukaże się na antenie. Podczas nagrań zdarzało się, że ludzie płakali. Mnie też łzy więzły w gardle. Ale nigdy nie wyciągnąłem przed tłum człowieka broczącego krwią i nie mówiłem: „Oto naga prawda o świecie”.

– Poddaj refleksji swoją relację z Marcinem. To przyjaźń?
Szymon Hołownia:
Morze herbaty razem wypiliśmy. Przedyskutowaliśmy tysiące godzin. Wiem, że nawet gdy czasem mówi niesprawiedliwe rzeczy na temat Kościoła, to nic nie zmienia. Jeśli ja bluźnię na postaci, które on ceni, wie, że go nie atakuję. Tak, uważam, że się przyjaźnimy. Nie wiem, co Marcin na ten temat myśli, bo nie toczymy intymnych rozmów o naszym związku…
Marcin Prokop: …trzymając się za ręce i głaszcząc tę samą kozę.

– Być może dobra okazja, żeby to ustalić.
Szymon Hołownia:
Chciałbyś być akuszerem nowych zdarzeń między nami?

– Cenię męską przyjaźń.
Szymon Hołownia:
W jakim znaczeniu? Musimy to wiedzieć, zanim zaczniesz się z nami kolegować.

– W duchowym. Jeżeli wiesz, co to znaczy.
Marcin Prokop:
Używanie wielkich słów w wywiadzie do kolorowego pisma wygląda groteskowo, więc proponuję poprzestać na stwierdzeniu, że nasza relacja to nie tylko intelektualne porozumienie. Sprawdziliśmy ją w sytuacjach, o których nie będziemy ci opowiadać, gdyż są to sprawy intymne.

– A gdy gasną światła na scenie, dalej jesteście wobec siebie uszczypliwi?
Marcin Prokop:
Wciąż trwa sparing i ostrzenie narzędzi w czasie pokoju na wypadek wojny. Ja uwielbiam ludzi, z którymi mogę pozostawać w stanie konfrontacji, bo to mnie motywuje. Może i zgoda buduje, jak twierdzi nasz wąsaty prezydent, ale na pewno jest cholernie nudna.
Szymon Hołownia: Między nami trwa ciągła lekcja fechtunku. Mamy to dobrze przećwiczone, bawi nas to, traktujemy to jak żołnierze manewry. Ale umiemy też na pstryk wyłączyć. Jak jest żart, to żart. Jak poważnie, to poważnie. Nie wszyscy są w stanie nadążyć za naszym lotem. Gdy niemalże umierałem w szpitalu, do którego – co samo w sobie zabawne – trafiłem prostu z planu mojego nowego programu „Gotowi na śmierć?” – Marcin przychodził sprawdzać, czy już po mnie. Zaczęliśmy sobie żartować.
Marcin Prokop: Bawiąc się twoim elektrycznym łóżkiem.
Szymon Hołownia: On mnie składał na tym łóżku, a ja mu zapisywałem w testamencie felgi, które tak mu się podobają. Miałem ponad 40 stopni gorączki, ale bawiłem się świetnie.

– Miałeś wypadek?
Szymon Hołownia:
Toczyła mnie zła bakteria. Wiem, że gdy będę miał problem, to mogę spokojnie z nim pójść do Marcina. Jesteśmy partnerami w szermierce i w życiu.

– Jaki jest Marcin?
Szymon Hołownia:
Najbardziej w nim lubię to, że jest tak bardzo podobny do mnie.

– Chodzi o wzrost?
Szymon Hołownia:
Od czterech lat co najmniej dwa razy dziennie słyszę na ulicy to samo zdanie: „Ale pan jest wysoki”. Umieściliśmy w Internecie informację o naszym wzroście. Ale to wciąż za mało. Tu wyjaśnimy więc dodatkowo, że mamy o wiele więcej cech wspólnych. Refleksyjne podejście do świata. Samotnictwo, które w nim i we mnie jest.
Marcin Prokop: Najśmieszniejsze, że nikt, kto zna nas jedynie z publicznych występów, podczas których Szymon gra świątobliwego kleryka, a ja rozbrykanego trefnisia, w to podobieństwo nie wierzy. Ludziom się wydaje, że jesteśmy jak ogień i woda.

– A co cenisz w przyjacielu?
Szymon Hołownia:
Przemyślane zakorzenienie w świecie. On bardzo refleksyjnie próbuje dokonywać wyborów. Waży racje. I ma cechę, o którą go nie podejrzewałem – potrafi zmienić swój sąd, gdy widzi, że ktoś ma mocne argumenty. Nie jest dogmatyczny. Ale potrafi być upierdliwy. Wymęczył mnie przy tej książce okropnie. Czułem się jak stary kapeć ciągany przez rozbawionego owczarka z jednego kąta w drugi.

– A Ty, Marcinie, co lubisz u kolegi?
Marcin Prokop:
Poczucie humoru. Przenikliwą inteligencję. I bardzo rzadką w dzisiejszym świecie cechę – wierność zasadom. Szymon naprawdę stara się żyć zgodnie z tym, co głosi. W przeciwieństwie do większości osób, jakie znam, nie ma moralności kota śmietnikowego.

– Proszę?
Marcin Prokop:
Nie postępuje tak, żeby zawsze było mu wygodnie, wychodząc z założenia, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Szymonowi można ufać. Ostatnio rozmawialiśmy, co by było, gdybym znienacka zszedł. W wypadku samochodowym lub gdyby pilot Wrona nie wyrobił na pasie. Jak zabezpieczyć rodzinę? Stwierdziłem, że mógłbym z czystym sumieniem i bez obaw zdeponować u Szymona numery PIN do swoich kart, hasła do kont oraz wszelkie inne tajne informacje.

– Dałeś?
Marcin Prokop:
Jestem w procesie przekazywania.

– Chyba nie wcześniej jak z pokładu spadającego samolotu. Szymonie, Prokop rzeczywiście żałuje Ci każdego kawałka pischingera?
Marcin Prokop:
Przecież ja go kupiłem dla niego, do cholery! Nawet nie lubię słodyczy…

– Jest skąpy?
Marcin Prokop:
Powiedz mu, że nie.
Szymon Hołownia: Nie jest rozrzutny. Na pewno ma rzeczowy, przezorny stosunek do pieniędzy. I konkretny. Innymi słowy: to jest człowiek, który do czegoś dojdzie.

– Czy Szymon, jak każdy chrześcijanin, olewa pieniądze?
Marcin Prokop:
W chrześcijaństwie chyba nie chodzi o to, żeby olewać pieniądze, tylko o to, żeby suma dobra, jaką czynią, była większa, niż suma próżności, jaką generują. W tej kwestii wyjątkowo się zgadzamy. 
Szymon Hołownia: Dodałbym do tego jeszcze to, że – jak pisze święty Paweł – trzeba być zaprawionym do wszystkich warunków, umieć mieć i umieć nie mieć. Po napisaniu tej książki i całym sporze, jaki na ten temat w niej odbyliśmy, wpadliśmy z Marcinem na pomysł, że założymy fundację pod szyldem nas dwóch. W której spotkają się nasze dwa punkty widzenia. Ja – wydaje mi się – umiem ocenić sytuację, w której można komuś dać przysłowiową rybę. Marcin planuje strategicznie – wie, jak dać wędkę. Dogadamy się, bo wiemy, że pieniądze to narzędzie. Jeżdżę do Afryki i wiem, ile jest w stanie zmienić 50 złotych, które masz w kieszeni.

– Szymon umie obracać pieniędzmi?
Marcin Prokop:
Jak na prześladowanego katolika radzi sobie nieźle. Ale jest dychotomiczny. Potrafi wydać pieniądze na cztery nie najtańsze marynarki podczas jednych zakupów. Z drugiej strony jedzie do Afryki i kupuje dzieciom inkubator.

– Kto ma więcej garniturów?
Szymon Hołownia:
Nie ma żadnych wątpliwości kto. Marcin ma garderobę wielkości mojej biblioteki.
Marcin Prokop: Ale i tak nas obu wciąga nosem Krzysztof Ibisz.

– Po co jeździsz do Afryki?
Szymon Hołownia:
Bo to moje miejsce na ziemi. Odkryłem, wędrując po różnych częściach świata, że nigdzie nie jest mi tak dobrze. W Afryce czuję organiczne człowieczeństwo. Tam relacje między ludźmi nie dzieją się w pieniądzach, sukcesach ani nawet w tych telefonach komórkowych, które oni obsesyjnie kupują.
Marcin Prokop: Obierasz się tam z wszystkiego, co narzuciła nam cywilizacja.
Szymon Hołownia: Może dlatego, że oni wiedzą, że przed nimi krótsze życie. I śpieszą się z miłością i innymi rzeczami, które my odkładamy. Jeżdżę do Kasisi w Zambii, domu dziecka dla sierot – w sporej części z AIDS – prowadzonego przez polskie siostry służebniczki. Gdy stamtąd przyjeżdżam, płaczę i natychmiast chcę wracać. Nie dlatego, że jest mi tu źle. Tam czuję się w pełni sobą, nie opisuje mnie oglądalność. Mieszkam z pająkami i wężami. Obcuję z masą ludzkiego nieszczęścia, ale przede wszystkim mnóstwem najczystszego dobra. Staram się przydać. To nie jakieś charytatywne safari, to mój drugi dom. Jestem tam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

– Porzucisz „Mam talent!”?
Szymon Hołownia:
Z pewnością. Ale do Kasisi pewnie się nie przeprowadzę. Od czego jednak jest lotnisko Okęcie.

– Marcinie, z kim mieszka Hołownia?
Marcin Prokop:
Jego by trzeba zapytać.

– On mi prawdy nie powie.
Marcin Prokop:
Mieszka z dużą ilością ikon.
Szymon Hołownia: Książek i wszelkich dewocjonaliów. Moja narzeczona coraz częściej mówi, że jak nam w telewizji nie wyjdzie, będziemy mogli otworzyć filię Veritasu. Druga będzie w domu państwa Prokop – trafiły tam już dwie ikony, a ostatnio także Pismo Święte.

Rozmawiał Roman Praszyński
Zdjęcia Piotr Porębski/Metaluna
Stylizacja Ola Witkowska
Makijaż Beata Milczarek/Metaluna
Scenografia Piotr Czaja
Produkcja Ela Czaja

Więcej na temat Marcin Prokop Szymon Hołownia
Przeładuj

Ostatnie pożegnanie Pawła Królikowskiego. Zapamiętamy jego uśmiech i dobre serce!

zobacz 01:36