Party Stories
Martyna Wojciechowska o dramatycznej diagnozie
Doda w zielonej marynarce
Agnieszka Woźniak Starak w białym t-shircie na konferencji Big Brothera
beata-kozidrak
„Hotel Paradise” Ata Postek rozstała się z partnerem, ale już ma nowego! Zdradziła, jak się poznali
Michał Kostrzewski i pozostali jurorzy You Can Dance
Justyna Steczkowska z fanami
Ida Nowakowska prowadzącą "You Can Dance"
Doda
Małgorzata Socha
Piotr Porębski/ Metaluna
Wywiady Piotra Najsztuba

Małgorzata Socha: "W lustro nie patrzę"

„Może czas coś zmienić?”, prowokuje Piotr Najsztub. „A co pan proponuje?”, pyta Małgorzata Socha, triumfatorka 9. edycji Plebiscytu VIVA! Najpiękniejsi.

- Pyta Pani czasem lustra: „Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie?”.
Małgorzata Socha:
Nie. Nie lubię się sobie przyglądać. Też w pracy zawodowej tego nie robię, żeby później analizować swoją grę.

– Nie ma samouwielbienia?
Małgorzata Socha:
To mi nie grozi. Chyba częściej są takie momenty, kiedy się sobie raczej nie podobam.

– Bo?
Małgorzata Socha:
Bo stawiam sobie na tyle wysoko poprzeczkę, że nie jestem w stanie jej dosięgnąć. A to mnie denerwuje.

– A wygląd też Panią denerwuje?
Małgorzata Socha:
Póki nie spojrzę w lustro, to nie. Ale bez przesady, nie dajmy się zwariować! Chociaż zawsze można powiedzieć: mogłabym schudnąć.

– A mieć inny nosek?
Małgorzata Socha:
To, że mam nosek podobny trochę do Miss Piggy, jest w porządku.

– Inny podbródek? Niczego nie sugeruję.
Małgorzata Socha:
Nie, jest w porządku. Jak mi kiedyś obwiśnie podbródek, to może zacznę grać inne role. Chyba więc jestem pogodzona ze sobą. Bardziej denerwuję się na siebie, że czegoś nie potrafię, nie wiem, niż moim wyglądem.

– Uważa Pani, że dobrze się dzieje, że zrobiliśmy z aktorów maskotki, którymi się bawimy, ich życiem, ich wyglądem, a mniej nas zajmuje, jak grają?
Małgorzata Socha:
To już jest chyba światowy trend, nie tylko w Polsce. Trudno.

– Choć Pani jest w kategorii maskotki mass mediów kiepska.
Małgorzata Socha:
Kiepska?

– Ten sam facet od lat, jest Pani szczęśliwa, ciągle go kocha, żadnych skandali. Może czas coś zmienić?
Małgorzata Socha:
Co pan proponuje?

– Jakoś publikę czymś zabawić.
Małgorzata Socha:
Zapraszam do Teatru 6. piętro. Tam się ludzie śmieją. Teraz u Żeni i u Michała mam już drugi spektakl. Choć to teatr komercyjny i ktoś może mi przyciąć, że jestem „komercyjna do bólu”.

– Więc jest Pani koleżanką z teatru Kuby Wojewódzkiego…
Małgorzata Socha:
A pan się koleguje z Kubą Wojewódzkim?

– Tylko jak robię z nim wywiad, poza nimi się nie widujemy, niestety.
Małgorzata Socha:
To więc mamy tego samego kolegę, a teraz, przy „Edukacji Rity”, jestem koleżanką z pracy Piotra Fronczewskiego.

– Ma Pani jakąś agentkę, agenta?
Małgorzata Socha:
Agenta.

– On nie podpowiada Pani, że trzeba by jakiś skandalik zrobić, żeby tak zafurczało wokół Pani?
Małgorzata Socha:
Nie mam interesu w tym, żeby sprzedawać siebie jako produkt.

– Słyszałem opowieści, że na castingach osoby, które decydują, biorą pod uwagę to, jak dalece głośno jest wokół aktora.
Małgorzata Socha:
To już się zmienia. Jeżeli chodzi o filmy, reżyserzy stronią od aktorów, którzy są okrzyczani, o których się pisze w gazetach i są w każdym tabloidzie i we wszystkich portalach. Są za bardzo utożsamiani sami ze sobą, a reżyserom chodzi o to, żeby widzowie uwierzyli w „tę” postać. To częściej producentom chodzi o to, żeby sprzedać film, a znane nazwisko może przyciągnąć widza.

– Ale to by się nie zgadzało z tym, co widzę na plakatach. Szyc, Karolak, Kot, Kot, Karolak, Szyc.
Małgorzata Socha:
Z facetami jest ogólnie w Polsce trudniej.

– Jest ich mniej?
Małgorzata Socha:
Jest ich mniej i jest mniej dobrych. Dużo więcej jest dobrych aktorek, dużo więcej jest fajnych kobiet niż facetów. Gdyby reżyserzy chcieli zrobić film tylko o kobietach, to wtedy by mogli zagrać sami dobrzy aktorzy.

– Jakiś casting w ostatnich latach Pani przegrała i bardzo to przeżywała?
Małgorzata Socha:
Większość castingów przegrałam. Ale nie przeżywam takich rzeczy. Jeśli nie miało być moje, to po co mam to przeżywać?

– „Nie miało…”. To nie Pan Bóg daje role, tylko komisja castingowa.
Małgorzata Socha:
To nie jest program „X Factor”, gdzie siedzą trzy osoby za pulpitem i wciskają guziki. Jest aktor, kamera, tekst w głowie, partner do pomocy przy scenie i kręcimy.

– Wchodzicie, robicie swoje, wychodzicie i żadnej opinii nie słyszycie?
Małgorzata Socha:
Nie.

– Potem tylko dzwoni telefon?
Małgorzata Socha:
Nie dzwoni albo dzwoni z propozycją: „Zapraszamy panią na kolejny etap”.

– Przed castingiem siedzi was tam kolejka?
Małgorzata Socha:
Albo siedzi nas kolejka, albo jesteśmy już umówieni na godzinę, to zależy, jak sobie ustawi to reżyser castingu.

– A jeśli siedzi kolejka, to jest trochę tak jak przed egzaminem maturalnym?
Małgorzata Socha:
Inaczej. Wszyscy pytają: „Co u ciebie?”, „Jak w domu?”, „Jak dzieci?”, „Jak mąż?”, „Muszę lecieć nianię zmienić”, a ktoś na to: „O, super, ty jesteś wolna, ty jeszcze nie masz dzieci”. Mówię: „No tak, fajnie, ale może kiedyś, jak Bóg da, to ja już idę, na razie, cześć, powodzenia”.

– Nie ma pytań: „A jak ty to zrobisz?”?
Małgorzata Socha:
O takie rzeczy się nie pyta.

– Można się modlić o wygranie castingu?
Małgorzata Socha:
Pewnie tak. Proponuję przed castingiem.

– Musi budzić lęk taki sposób uzależnienia swojej pracy od gustów innych ludzi, od ich: spodobało się, nie spodobało.
Małgorzata Socha:
Miałam takie lęki, ale w końcu przestałam o tym myśleć. Mój profesor Jarosław Gajewski zawsze powtarzał, że w naszym zawodzie  musimy żyć w niepewności, żebyśmy nie osiadali na laurach. I nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie „ten” moment, „ta” chwila. Mówi się, że kobiety mają mniej czasu, żeby zrobić karierę. Chociaż teraz dojrzałe kobiety są bardziej doceniane. Jak się na przykład patrzy na Agatę Kuleszę, która od dwóch lat rozkwita, chociaż wcześniej chodziła po tej ziemi, grała w Teatrze Dramatycznym, serialach, filmach  i nagle: Jest! Objawienie Agata Kulesza! Gratuluję spostrzegawczości.

– A ile czasu musiałaby Pani nie wygrać castingu, nie być obsadzona w teatrze, żeby sobie Pani dała spokój z aktorstwem?
Małgorzata Socha:
Już kiedyś o tym opowiadałam. Miałam już taki moment w życiu. Po zagraniu u Janusza Majewskiego w „Po sezonie” wydawało mi się, że jak się zagrało u „takiego” reżysera, w „takim” filmie, z „taką” obsadą, to bardzo proszę…

– Drzwi się otwierają.
Małgorzata Socha:
A tutaj nic. W teatrze Ateneum grałam drobne epizody. A każdy ma rachunki do płacenia. Ja wtedy wzięłam kredyt na mieszkanie i musiałam zacząć go spłacać, a nie było z czego. Poszłam więc do pracy w agencji nieruchomości.

– Dawała Pani radę?
Małgorzata Socha:
Tak, jedno mieszkanie sprzedałam, jedno wynajęłam i przyjęłam rolę agenta nieruchomości.

– Jakim była Pani agentem? Oczarowującym nieruchomością, którą ma sprzedać, czy raczej podkreślającym praktyczne walory lokalu?
Małgorzata Socha:
Jest takie powiedzenie agentów nieruchomości: dom z potencjałem. To zawsze można powiedzieć. Ale ja byłam takim agentem dobrodusznym. Peszyło mnie też, kiedy ludzie mnie rozpoznawali: „Czy my panią skądś nie znamy?”. Wstydziłam się przyznać, że jestem aktorką, która sobie dorabia, i mówiłam: „Nie, ale może jesteśmy sąsiadami, albo byliśmy?”. Po tych moich „sukcesach” w branży nieruchomości udało mi się mimo wszystko złapać rolę.

– Miała Pani wtedy poczucie żalu do świata: dlaczego ja muszę sprzedawać mieszkania?!
Małgorzata Socha:
Nie, nigdy się nie użalam nad sobą. Jestem tak wychowana, że jak coś się nie uda, to trzeba sobie zawsze poradzić. Moi rodzice są też tacy – nigdy nie siedzieli i nie czekali, aż ktoś coś im da, tylko sobie zawsze radzili sami.

– Rodzice czym się zajmowali?
Małgorzata Socha:
Mój tata był pilotem.

– Wojskowym czy cywilnym?
Małgorzata Socha:
Wojskowym, a moja mama zajmowała się szeroko pojętym handlem zagranicznym.

– Z tego pobieżnego opisu wynika, że była chyba Pani bananową młodzieżą?
Małgorzata Socha:
Nie byłam, byłam szczęśliwym dzieckiem. To nie było tak, że mieliśmy wszystko, po prostu pochodzę z normalnego domu.

– Żadnej patologii?
Małgorzata Socha:
Żadnej. Przyznam, że miałam kompleksy z tego powodu w szkole teatralnej. Tam większość miała złamane życiorysy, pochodziła z porozbijanych rodzin albo z trudną przeszłością, a ja byłam za normalna. I ta normalność mi chyba została.

– To może chociaż niech się Pani teraz stoczy.
Małgorzata Socha:
Mam na razie 31 lat.

– To już trzeba zacząć.
Małgorzata Socha:
Piję, ale herbatę.

– To zawód artystyczny, trzeba pocierpieć, żeby być prawdziwym artystą.
Małgorzata Socha:
Po to jest zawód aktor, żeby nie trzeba było wszystkiego samemu doświadczyć, tylko zagrać.

– Chociaż oszaleć ze szczęścia! Zdarzało się?
Małgorzata Socha:
Oczywiście, ale potem zawsze przychodzi zderzenie z rzeczywistością.

– Najsilniejsze?
Małgorzata Socha:
Koniec studiów. Zresztą coraz więcej mamy bezrobotnych młodych ludzi, są świetnie wykształceni, znają języki, a państwo im nie pomoże nawet w tym, żeby znaleźć pracę. I czują się rozgoryczeni. I ja się im nie dziwię.

– Młoda Socha była oburzona?
Małgorzata Socha:
Byłam rozczarowana, bo nie wiedziałam, co to znaczy się oburzyć. Nie pozwalano mi się w domu oburzać i stawiać.

– Bo to byłby bunt na pokładzie.
Małgorzata Socha:
Na pokładzie naszego samolotu domowego. Byłam zawiedziona, kiedy się nagle okazało, że moje koleżanki z roku podostawały się do teatrów. Nic o tym nie wiedziałam, że już wcześniej zaczęły chodzić i składać CV do teatrów. Ja dopiero ocknęłam się w maju i jak zaczęłam szukać, okazało się, że: „Pani koleżanki już tu były, trochę za późno…”. Nagle nikt mnie nie chce, kończę tę szkołę z bardzo dobrym dyplomem, a nie przyszedł żaden reżyser, dyrektor z żadnego teatru i mnie nie „odkrył”. Byłam bardzo zawiedziona.

– Wtedy nikt nie przyszedł i nie „odkrył”. A już dziś ma Pani poczucie, że ktoś ją „odkrył”?
Małgorzata Socha:
Nie.

– Nadal nie?!
Małgorzata Socha:
Ha, ha, ha…

– Jest Pani do odkrycia!
Małgorzata Socha:
Proszę pana… nie szydźmy. Myślę, że ja raczej nie pozwoliłam o sobie zapomnieć.

– Dobrze. Załóżmy, że ktoś teraz przyjdzie i odkryje. Co odkryje, czego jeszcze nie znamy?
Małgorzata Socha:
Tego jeszcze my sami o sobie nie wiemy.

– Ładne adzia-badzia…
Małgorzata Socha:
Ale ja tego nie wiem!

– Musi Pani przecież mieć przeczucie, że coś jest jeszcze do odkrycia!
Małgorzata Socha:
Pewnie, że jest, ale tak naprawdę sami siebie do końca nie znamy. Jak mamy wybitnego reżysera, to on zaczyna z nas wyciągać rzeczy, które nas samych zaskakują.

– I ostatnio co Pani tak odkryła?
Małgorzata Socha:
Że potrafię być śmieszna, śmieszyć ludzi. To się zdarzyło przy „BrzydUli”. Wojtek Smarzowski obsadził mnie w roli Wiolki, a ja do końca nie chciałam grać tej roli. Po pierwszym dniu zdjęciowym rozmawiał ze mną i mówił: „No to jak, naprawdę tego nie chcesz?”. Chciałam grać rolę, którą grała Maja Hirsch – dumnej, wyniosłej, zimnej, żądnej władzy Pauliny! A Wojtek widział mnie zupełnie inaczej, okiem mądrego reżysera. To była nauczka dla mnie. I teraz jeżeli dostaję pytanie: „Czy jest taka rola, którą chciałaby pani zagrać?”, mówię, że ja w życiu nie chciałabym siebie obsadzić, bo na pewno bym źle zrobiła.

– Pani archetyp mężczyzny to ojciec?
Małgorzata Socha:
Tak.

– Z elementem drylu wojskowego, szorstki w obejściu?
Małgorzata Socha:
Nie tylko, mój ojciec jest fantastycznym człowiekiem, który na tamte czasy, a nawet na te czasy, robił coś wyjątkowego. Pokazał, że można spełnić marzenia wbrew temu, z jakiego się domu pochodzi, a pochodził z małej bieszczadzkiej wsi. Jako chłopak w czasie wojny widział samoloty i upierał się, że też będzie latał. Moja babcia stukała się w głowę: „Juruś, Juruś, co ty mi tu za głupoty opowiadasz…”. A on dopiął swego. Im bardziej o nim myślę, tym bardziej doceniam to, kim był i jest, pomimo tego, że na pewno był surowym ojcem.

– Lał?
Małgorzata Socha:
Tak.

– Pasem?
Małgorzata Socha:
Nie. Ręką, ale ja wtedy mówiłam: „Bij, bij mnie, i tak nic nie boli”. I się śmiałam.

– Była Pani bulterierką, która nie czuje bólu?
Małgorzata Socha:
Nie, chyba taką mam przekorną naturę. Więc się wtedy śmiałam i to powodowało w moim ojcu pewną bezradność. Zastąpił więc lanie takimi pogadankami, wobec których z kolei ja byłam bezradna.

– Dziewczynka, która wychowuje się z tak silną osobowością męską, ojcem, jakiego potem mężczyzny szuka? Podobnego?
Małgorzata Socha:
Tak naprawdę nie wiem. Wydawało mi się, że mój Krzysiek jest zupełnie inny, ale im bardziej teraz na niego patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że ma coraz więcej wspólnego z moim ojcem.

– Czym się zajmuje „mój Krzysiek”?
Małgorzata Socha:
Mój Krzysiek jest inżynierem.

– Nie był i nie jest zaniepokojony tymi legendami erotycznymi, które krążą o show-biznesie?
Małgorzata Socha:
Oczywiście, że tak.

– Że żeby dostać rolę, to trzeba…
Małgorzata Socha:
Oczywiście, że tak.

– I co mu Pani mówiła na te niepokoje?
Małgorzata Socha:
Zawsze uważałam, że to stereotyp rozdmuchany przez media. Gdyby ktoś się zainteresował lekarzami czy prawnikami, to nie wiem, czy tam nie dzieją się ciekawsze rzeczy. A jeśli chodzi o aktorów, reżyserów, to media tak się tym interesują, że jakąkolwiek zdradę byłoby trudno utrzymać w tajemnicy, oni wszystko wyśledzą, wywiedzą się… Dużo dobrego dało nam to, że Krzysiek poznał moje środowisko i ma też w nim znajomych. Te dwa światy się przeniknęły i nie robimy imprez branżowych.

– Inżynierowie w piątek, a we środę aktorzy.
Małgorzata Socha:
Tak, tylko robimy jedną imprezę.

– Myśli Pani, że już tak nudno będzie w Pani życiu do końca?
Małgorzata Socha:
Nie zna pan nas. My się w domu nie nudzimy.

– Co robicie?
Małgorzata Socha:
Czytamy książki.

– Jedną czy każdy swoje?
Małgorzata Socha:
Każdy swoje. Słuchamy muzyki, chodzimy do kina często, nie nudzimy się.

– Dużo rozmawiacie ze sobą, mimo tylu już wspólnych lat?
Małgorzata Socha:
Oczywiście. Jesteśmy ludźmi cywilizowanymi.

– W trakcie seksu też?
Małgorzata Socha:
No tak. I jeszcze się śmiejemy.

– Już swoje życia sobie opowiedzieliście, czyli demo zostało zaprezentowane, więc o czym dalej rozmawiać?
Małgorzata Socha:
O naszym życiu teraz. Nie żyjemy osobno, tylko bardzo razem. Krzysiek się śmieje z tego, że on jest w łazience, myje zęby, to i ja w tym momencie przychodzę i zaczynam myć zęby, trochę chodzimy za sobą jak takie koty.

– Nie męczy Was to?
Małgorzata Socha:
Nie męczy, ale bawi. I nie mam takiej potrzeby, że muszę pobyć sama ze sobą, żeby odreagować role.

Rozmawiał Piotr Najsztub
Zdjęcia Piotr Porębski/ Metaluna
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Iza Wójcik/Van Dorsen Talents dla MAC
Fryzury Piotr Wasiński/Van Dorsen Talents
Scenografia Piotr Czaja
Produkcja Ela Czaja

Małgorzata Socha
Rickard Sund/IT’S MLP
Newsy
Małgorzata Socha - Wielka ucieczka
„Być superzapracowaną – i o to mi chodziło!”, mówiła w wywiadzie dla VIVY! I ma, co chciała. Niespodziewanie najbardziej pożądana polska aktorka, ulubienica reżyserów i publiczności, powiedziała „dość”.

Jest piękna, bardzo, bardzo zgrabna, seksowna. Jak wiele innych aktorek – chciałoby się powiedzieć. Co więc w niej takiego niezwykłego, że od ponad roku Małgorzata Socha jest najgorętszym nazwiskiem w polskim show-biznesie? Po pierwsze, prócz urody Małgosia ma talent. Po drugie, jest wiarygodna w każdej roli. I po trzecie – najważniejsze – ma to „coś”, za co kochają ją i reżyserzy, i publiczność. Zaczęło się od „BrzydUli”, gdzie pokazała swoje możliwości i zaprzeczyła image’owi słodkiej blondynki o jasnym, ufnym spojrzeniu. Mówiono nawet, że „ukradła” show głównej bohaterce. Sypnęły się propozycje. Wszyscy chcieli Małgorzatę Sochę. A ona żartowała w wywiadach, że zamiast swoich „pięciu” minut wolałaby „piętnaście”. No i ma, co chciała. W ubiegłym roku była pełną wdzięku stylistką w komedii romantycznej „Śniadanie do łóżka”. W tym – naiwną narzeczoną Piotra Adamczyka w „Och, Karol 2”. W serialu „Prosto w serce” (200 odcinków!) gra intrygantkę, czarny charakter skazany na klęskę, a w „Na Wspólnej” jej Zuza to miła, zrównoważona dziewczyna. W Teatrze 6. piętro w „Zagraj to jeszcze raz, Sam” partneruje Kubie Wojewódzkiemu – to prawdziwe aktorskie wyzwanie, bo gra kilka postaci naraz. Niedawno rozpoczęła próby do klasyki teatralnej sceny „Edukacji Rity”, gdzie wciela się w tytułową bohaterkę – zagra z Piotrem Fronczewskim. Tak więc od rana do nocy w biegu: z planu jednego serialu na drugi koniec Warszawy na plan drugiego, potem teatr. A czas na prywatność? Jej mąż – człowiek spoza „branży” –...

Aleksandra Kwaśniewska
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM
Newsy
Aleksandra Kwaśniewska - Mamma Mia!
Na co on ją namawia! Żeby podniosła rękę na własnego ojca, zerwała z „kwaśniewskizmem”, stała się szalona i dodała sobie erotycznego powabu. A wszystko to na chwilę przed jej ślubem z Kubą Badachem!

- Do końca życia zostanie Pani „córką prezydenta”. To budzi gniew? Aleksandra Kwaśniewska: Budzi. Staram się sama o sobie tak nie myśleć i ciągle naiwnie wierzę, że w końcu ludzie zaczną mnie traktować jako autonomiczną jednostkę. – Są na to sposoby. Na przykład mogłaby Pani... zabić swojego ojca. Aleksandra Kwaśniewska: Nie jest aż tak źle, żebym musiała się uciekać do tak drastycznych metod. – Ale to wtedy z córki prezydenta stałaby się Pani… Aleksandra Kwaśniewska: Tą słynną „morderczynią własnego ojca”. Nie, dziękuję. Radzę sobie mimo wszystko i mam to szczęście, że bardzo lubię swoich rodziców, więc bycie utożsamianą z nimi nie jest dla mnie, mimo wszystko, ujmą. Lecz zapewne do końca życia będę się tłumaczyć, że funkcjonuję w mediach „dzięki” ojcu. – A nie talentowi? Aleksandra Kwaśniewska: Chociażby. I z tego nieszczęsnego „Tańca z gwiazdami”, od którego wszystko się zaczęło, też do końca życia będę się tłumaczyła. A ja myślałam wtedy, że robię sobie tylko wakacje od psychologii i za chwilę wrócę do zawodu. – Wakacje trwają i Pani psychologiem już chyba nie będzie? Aleksandra Kwaśniewska: Nie wiem, ciągle mnie to korci. Mam dwa pomysły na doktoraty, ale to, co teraz robię, za bardzo mnie ekscytuje, żeby powiedzieć: nie będę tego robiła, bo większą wartość będzie miała kariera naukowa. – Nie tyle większą wartość, co może głębszy sens. Bo tak „robimy” w rozrywce. Aleksandra Kwaśniewska: Głębszy sens? A co by mi w praktyce dał doktorat z psychologii? – Okulary. Aleksandra Kwaśniewska: Zmarszczki… – I okulary. Fajne, modne albo oldskulowe można kupić. Zyskałaby Pani dodatkowy powab erotyczny. Aleksandra Kwaśniewska: Czyli z...

Halinka Mlynkova
Marlena Bielińska/Move
Newsy
Halina Mlynkova: "Ja się uwielbiam dołować!"
Na pytanie, czy na pewno się z mężem kochali i jak to jest, kiedy miłość mija, odpowiada: „Nie wiem”. Ale Piotr Najsztub nie daje się zbyć!

– Podobno nie możemy rozmawiać o Pani rozwodzie? Halina Mlynkova: Nie tyle nie możemy, tylko to jest pozamiatane, nudny temat. – Zazwyczaj rozwodząc się, ludzie się kłócą, płaczą, oskarżają… Halina Mlynkova: A my nie. – To rzeczywiście nuda. Ale skoro taki nudny ten rozwód, to może żeście się nigdy nie kochali? Halina Mlynkova: To nie tak. Mogę mówić tylko za siebie, a ja uważam, że nie może być czegoś takiego, że uczucie może jest, a może nie ma. – A gdzie takie polskie, właściwie peerelowskie „dziecko musi mieć ojca i matkę”? Halina Mlynkova: Przecież ma! Takie myślenie powoduje, że te następne pokolenia właśnie z tego powodu szybciej się rozstają, bo mówią: „Moja matka z ojcem się gryźli całe życie dla naszego dobra, a myśmy na to nie mogli patrzeć, więc teraz wolimy się rozstać, żeby nasze dzieci nie miały tego samego. I pokutują kolejne pokolenia. Zresztą powodów takiego myślenia jest więcej. Kilka lat temu jechałam w Krakowie taksówką i taksówkarz mówił cały czas, że już ma dosyć swojej żony. Ja mu na to: „To niech się pan rozwiedzie”. A on na to: „Nie stać mnie, 400 złotych to kosztuje, więc mieszkam z kochanką, żona z kochankiem, dalej w naszym mieszkaniu, tylko we czwórkę”. – Ludzie o stalowych nerwach. A jak mija miłość? Halina Mlynkova: Nie wiem. Mam wrażenie, że jakieś nagromadzenie sytuacji powoduje, że człowiek pewnego dnia się budzi i dalej nie może. Czytałam o takim przypadku w Chinach, gdzie jest chyba najwyższy na świecie procent samobójstw. Małżeństwo miało kawałek ziemi, mąż pokłócił się z żoną o to, co na niej posadzić. Ona chciała kukurydzę, on – pszenicę. Po kłótni ona popełnia samobójstwo. Przecież nie z powodu kukurydzy,...

Nasze akcje
Delia My Cream
Styl życia

Krem idealnie dopasowany? Zrób go sama, z Delią to łatwe!

Partner
Macchia marki Tubądzin - wystrój we włoskim stylu
Styl życia

Mieszkanie inspirowane słoneczną Italią. Styl, który pokochały gwiazdy!

Partner
lenor-fresh-air-efect
Fleszstyle

Jak urządzić wnętrze, by zawsze zachwycało świeżością?

Partner
dax-cashmere-podklad-moon-blink
Fleszstyle

Klaudia El Dursi i Marcelina Zawadzka pokochały ten drogeryjny podkład i bazy pod makijaż!

Partner
Motorola moto g100
Styl życia

Uwielbiasz spędzać czas z przyjaciółmi? Wiemy, co zrobić, żeby te spotkania dawały ci jeszcze więcej radości!

Partner