Małgorzata Braunek
Mateusz Stankiewicz/AF Photo
Szczere wyznania

Małgorzata Braunek: "Wszystko jest we mnie"

Małgorzata Braunek w rozmowie o przemijaniu, sile akceptacji i o tym, jak z nastoletniej wagarowiczki stała się „belfrem” w szkole zen.

– Dzień zaczęła Pani od medytacji?
Małgorzata Braunek:
Oczywiście, to tak, jakby pani zapytała, czy dzisiaj umyłam zęby. Medytuję codziennie od ponad 30 lat.

– Dużo dzieje się wokół, a medytując, trzeba się od tego odciąć. To jest trudne?
Małgorzata Braunek:
Wcale nie. Nie chodzi tu o odcinanie się, ale o ciszę wewnętrzną. Kiedy mój syn Xawery był mały, a chciałam medytować, prosiłam go, żeby przez godzinę zajął się sobą. Musiałam izolować się od bodźców zewnętrznych. Dopiero kiedy urodziła się moja córka Orinka, zrozumiałam, że dziecko nie przeszkadza. Może raczkować, bawić się obok. Kiedy dzwoni telefon, odbieram go i medytuję dalej.

– Jakie to uczucie?
Małgorzata Braunek:
Absolutny spokój, pod warunkiem że nauczymy się doświadczać tu i teraz, nie odpływać myślami do przeszłości i przyszłości, nie analizować, nie oceniać. Są specjalne techniki, które to ułatwiają. Medytacja to rodzaj unieruchomienia ciała i umysłu – trzeba usiąść w odpowiedni sposób, wyprostować się, zamknąć oczy. Wtedy możemy zobaczyć, co tak naprawdę się w nas dzieje, ale trzeba to zaakceptować i nie chcieć tego zmieniać.

– Ma Pani wsparcie rodziny?
Małgorzata Braunek:
Oj, tak! Nawet mój wnuk Kaj zainteresował się medytacją. Jako wielki fan „Gwiezdnych wojen” wiedział, o co chodzi. Potrafił wytrwać w nieruchomej pozycji przez kwadrans. Miał wtedy sześć lat i powiedział: „Babciu, jak skończę siedem i stanę się dorosły, to do was przystąpię” (śmiech).

– Ile wcieleń ma Małgorzata Braunek? Aktorka, buddystka, ostatnio też kapłanka?
Małgorzata Braunek:
W zależności od sytuacji: matka, żona, babcia… Myślę, że każdy z nas w taki sposób funkcjonuje. Ważne, żeby nie mylić tych wcieleń. Żeby nie być nauczycielką zen, kiedy jest się aktorką. W stosunku zaś do dzieci nie być ani aktorką, ani nauczycielką, tylko matką.

– Jako buddyjska kapłanka udziela Pani chrztów i ślubów. Do tego jest potrzebny wyższy stopień wtajemniczenia?
Małgorzata Braunek:
Nie. Buddyzm nie określa w sposób rygorystyczny charakteru tych ceremonii, więc zależy to ode mnie. Na przykład „chrzest” buddyjski różni się od tego w Kościele katolickim. Jest w zasadzie powitaniem dziecka na świecie, więc „chrzest” nie jest właściwym określeniem. Każdy uczestnik z osobna i z szacunkiem wypowiada życzenie dla dziecka. Rodzice zaś składają zobowiązanie, że zawsze będą je wspierać na jego drodze i obdarzać bezwarunkową miłością. Mimo braku rytuałów cała uroczystość jest dość podniosła i wzruszająca.

– Andrzej Żuławski, poprzedni Pani mąż, nie krył rozczarowania. „Szkoda, że tak dziś wygląda szczyt jej ambicji. Taka zdolna aktorka”, powiedział. „Ale weszła w system, który się z aktorstwem wykluczał, gdzie wszyscy ubierają się w te same szatki i osiem godzin dziennie klepią te same mantry”. Jest Pani przykro?
Małgorzata Braunek:
Skądże! To jemu było przykro, bo uważał, że marnuję swój talent. Ale może tak mówi, bo nie zna moich nowych talentów (śmiech).

– Łatwo zmienić swoje życie o 180 stopni?
Małgorzata Braunek:
To zależy od sytuacji. U mnie nastąpił bardzo spektakularny zwrot, przynajmniej tak wyglądało to na zewnątrz. Bo w środku nic nie stało się nagle, dojrzewałam do buddyzmu, aż przyszedł dzień, kiedy wiedziałam, że nie ma dla mnie odwrotu. Dostałam nowe imię – Jiho (czyt. Dżiho), czyli Współczująca Dharma.

– W Pani rodzinie ktoś był buddystą?
Małgorzata Braunek:
Nie. Kiedyś w Polsce buddyzm był jako droga duchowa bardzo egzotyczny i praktycznie nie istniał. Rodzice byli wierzący, tyle że mama ewangeliczka, a tata katolik. A ja, nie mogąc wybrać, do którego kościoła chodzić, zdecydowałam, że zostanę buddystką (śmiech).

– A może to wpływ przystojnego hippisa, podróżnika i tłumacza Andrzeja Krajewskiego, który porwał Panią swoją kolorową furgonetką na Daleki Wschód, do Azji?
Małgorzata Braunek:
To byłoby bardzo romantyczne. Dziś jest moim mężem, od 37 lat… Oczywiście, zabrał mnie, ale już wtedy byłam mocno zafascynowana filozofią Wschodu. Wspólnie zaczęliśmy szukać swojej drogi duchowej i inspiracji w miejscach, gdzie Budda nauczał i gdzie się urodził. Byliśmy też w Dharamsali, w Indiach, na indywidualnej audiencji u dalajlamy. Mieliśmy ogromne szczęście, bo nie jest łatwo spotkać się z przywódcą duchowym Tybetu.

– Dalajlama Panią namaścił?
Małgorzata Braunek:
Nie. On praktykuje buddyzm tybetański, a ja – zen. Ale rozmowa z nim była dla mnie niezwykłym przeżyciem. Dalajlama jest uosobieniem dobroci, miłości, wielkiej empatii. Potrafi każdego słuchać z takim otwartym sercem, że samo obcowanie z nim wydaje się wielkim darem. Wtedy uświadomiłam sobie, że naszym celem i drogą jest być życzliwym i otwartym wobec innych, a także wszelkich przejawów życia. Nie zawsze mi się to udaje, ale się staram.

– Stąd tabliczka „Uśmiechnij się” nad drzwiami Pani domu?
Małgorzata Braunek:
Tak. Pomyśleliśmy z mężem, też nauczycielem buddyjskim, i moimi uczniami, czy nie byłoby dobrze wyjść do ludzi z bardzo prostą akcją, żeby zaczęli się uśmiechać. Stale warczymy na siebie, we wszystkich widzimy nieprzyjaciół, jakbyśmy wyssali to z mlekiem matki. Może jak zaczniemy się do siebie uśmiechać, staniemy się dla siebie lepsi, bardziej tolerancyjni.

– Pani też nie była radosna, kiedy grała piękną Oleńkę z „Potopu” czy Izabelę Łęcką z „Lalki”. Mówiło się nawet, że Braunek jest aktorką o kamiennej twarzy.
Małgorzata Braunek:
Ale od dawna już się uśmiecham (śmiech). Może zainspirował mnie Dalajlama mający zawsze uśmiech na twarzy? Zmieniłam się, co nie znaczy, że stałam się ikoną doskonałości. Mam i słabsze strony. Bywam uparta, lubię mieć rację, dużo wiedzieć. A kiedy przeżywam coś trudnego, jestem nadmiernie emocjonalna do tego stopnia, że potrafię się w to zapaść. Dawniej uważałam, że nie ma we mnie agresji. A jest. Myślałam, że nie ma we mnie zazdrości, a jest. Wszystko jest we mnie. Bo wszyscy zostaliśmy wyposażeni w te same cechy, tylko z niektórymi jesteśmy za pan brat, a innych się wstydzimy, nie akceptujemy u innych, a co dopiero u siebie, więc je wypieramy.

– Płacze Pani czasem?
Małgorzata Braunek:
Jestem straszną płaczką, zwłaszcza w kinie (śmiech). Ale wiem doskonale, że kto się często śmieje, często też płacze. Mam oczy w mokrym miejscu. Czasami jest mi głupio, że wzruszają mnie drobne gesty lub okazywanie komuś czułości i współczucia. Jak to widzę, natychmiast mam łzy w oczach.

– A mąż mówi: „Otrzyj łzy! Nie becz!”.
Małgorzata Braunek:
On jest silny, charyzmatyczny, w czym przypomina mi mojego ojca, rotmistrza 15 Pułku Ułanów. Ja z kolei muszę go pilnować, żeby nie chodził w jednym sweterku, bo najchętniej przechodziłby w nim całe życie, aż do ostatniego węzełka. Albo mówię: „Słuchaj, trzeba ci nowe buty kupić”. A on: „Przecież już mam buty”. Jesteśmy całkowicie różni. Nigdy jednak nie oczekiwaliśmy od siebie jakiejś totalnej zmiany. W pewnym sensie się uzupełniamy i korygujemy. Widzę siebie poprzez niego i mam nadzieję, że odwrotnie – on widzi siebie przeze mnie. Taka też jest rola nauczyciela w naszej praktyce, nauczyciel powinien stać się lustrem dla swojego ucznia, by uczeń mógł się przejrzeć, zobaczyć swoje błędy.

– Wychodzi wtedy o nas bolesna prawda?
Małgorzata Braunek:
Z całą mocą. Ale na tym polega dojrzałość, że musimy siebie zobaczyć takimi, jakimi jesteśmy, zamiast żyć w świecie iluzji na własny temat. Mam wrażenie, że cały czas rozmawiamy o mnie młodej, a ja jestem już starsza pani (śmiech). Nie znaczy to wcale, że jestem teraz fajniejsza, lepsza, ciekawsza niż kiedyś. Tylko jestem bardziej osadzona w sobie.

– Dzieci wolą Pani obecne wcielenie czy raczej to dawne?
Małgorzata Braunek:
Trzeba o to dzieci spytać (śmiech). Mam nadzieję, że obecne, ale nie wiem tak naprawdę, czy spełniam ich oczekiwania. One już mają swoje życie, swoich przyjaciół, syn ma dwoje dzieci. I ja mam swoje życie, na szczęście. Nie mamy takiej relacji, że muszą dzwonić do mamusi czy spowiadać się, gdzie były i co zrobiły. Zawsze dawałam im dużą swobodę i wolność wyborów.

– …której w młodości Pani nie miała?
Małgorzata Braunek:
U mnie w domu rodzinnym było dość rygorystycznie, ale w tamtych czasach tak działo się w wielu domach. Jako dziewczyna buntowałam się przeciwko wszystkiemu. Przeciwko mamie, która mocno trzymała stery domowe i potrafiła być twarda. Przeciwko szkole, która mnie wkurzała, więc wagarowałam.

– Stworzyła więc Pani zupełnie inny dom?
Małgorzata Braunek:
To prawda, chociaż podtrzymuję tradycje, które kojarzą mi się z jego dobrem i ciepłem. Do tej pory Wigilia jest u mnie bardzo ważna, celebruję ją, schodzi się cała rodzina. Kiedyś szło się do babci, co pamiętam z dzieciństwa. Zawsze to były jedne z najpiękniejszych momentów: choinka, siedzenie przy stole, śpiewanie kolęd. Kultywuję to, w czym nie przeszkadza mi fakt, że jestem buddystką. Siłą rzeczy przenosimy to, co sami otrzymaliśmy i co chcielibyśmy przekazać z kolei naszym dzieciom.

– Tradycji stało się zadość, bo poszły ścieżką artystyczną jak Pani. O Xawerym Żuławskim zrobiło się głośno po „Wojnie polsko-ruskiej”. Orina Krajewska już zadebiutowała w „Domu nad rozlewiskiem”.
Małgorzata Braunek:
Jestem z nich dumna. Dokonania Xawerego zostały już bardzo docenione. „Wojna…” jest filmem kultowym. A Orina dopiero zaczyna swoje aktorskie życie. Z jej debiutem w serialu, gdzie wcielam się w rolę Basi, zdarzyła się zabawna historia. W scenach retrospektywnych miałam zagrać swoją matkę, kiedy była młoda. Spędzało mi to sen z powiek. Głowiliśmy się, jak mnie ucharakteryzować. Przypomniałam sobie wtedy, że mam przepiękny przedwojenny kapelusz mojej mamy. Przyszłam z nim do reżysera i mówię: „Dobrze, pół twarzy sobie nim zasłonię, przebiorę się, podmaluję, jakoś to będzie”. Akurat wtedy córka przyjechała do mnie na plan pożegnać się, bo jeszcze studiowała aktorstwo w Londynie. A reżyser tak patrzy na Orinkę, która stała z boku. I po chwili słyszę: „Już wiem, kto zagra twoją matkę!”. Teraz Orinka wciela się w zupełnie nową postać i będzie to większa i ciekawsza rola.

– Życie też przynosi nowe role. Słowo „babcia” ciężko przechodzi przez usta?
Małgorzata Braunek:
Nie mam z tym problemu, choć mimo swoich 65 lat wcale nie czuję się stara. Poza tym ja swoją babcię uwielbiałam. Pamiętam ten moment, kiedy się już wreszcie dowiedziałam, że zostałam babcią – pognałam jak na skrzydłach z Wybrzeża do Warszawy, żeby zobaczyć wnuka. Teraz już jestem podwójną babcią, bo Kaj ma trzyletnią siostrę Jagusię. Jestem dumną babcią, więc jak mogłabym się tego wstydzić.

– Aktorki za wszelką cenę chcą być młode. A Pani nie ukrywa ani swojego wieku, ani zmarszczek!
Małgorzata Braunek:
Na niektórych zdjęciach mnie trochę wygładzają i wtedy mam ich trochę mniej. Moja próżność zostaje zaspokojona. Ale myślę, że problem jest głębszy, jest bardzo silna presja, by nawet starsze aktorki wyglądały młodo lub choćby „bezwiekowo”.

– Jeanne Moreau, francuska aktorka i reżyserka, powiedziała kiedyś: „Nie po to całe życie pracowałam na swoje zmarszczki, żeby je potem usuwać”.
Małgorzata Braunek:
Słusznie. Tu chodzi o samoakceptację, że przybywa nam zmarszczek, zmieniamy się i przemijamy. Byłoby nam strasznie trudno przeminąć i usunąć się z życia, gdybyśmy cały czas pozostawali niezmiennie piękni i młodzi.

– Została Pani ambasadorką kosmetyków AA. Dlaczego zdecydowała się Pani na współpracę właśnie z tą marką?
Małgorzata Braunek:
Alergia stała się problemem wielu z nas, niezależnie od wieku, płci czy rodzaju skóry. Uważam, że warto promować produkty pomagające alergikom.

– Czy kobieta dojrzała może być piękna i sexy?
Małgorzata Braunek:
Wszystko może. Jak się patrzy na Danutę Szaflarską, widzi się osobę absolutnie cudowną, a czy ona jest sexy? Tu chyba bardziej chodzi o emanację, o to, co ta osoba nam sobą daje niż o proste sexy.

– A faceci oglądają się na ulicy za Małgorzatą Braunek?
Małgorzata Braunek:
Nie wiem (śmiech). Nie, nie, nie, już bez przesady!

– Buddyzm mówi, że wszystko, czego człowiek potrzebuje, ma w sobie. A świat jest pełen pokus. Jak sobie Pani z nimi radzi?
Małgorzata Braunek:
Średnio, jak widać po moich różnych słabościach, ale jestem ich świadoma i z nimi walczę.

– Czyli jak na wystawie są piękne buty, to Braunek je kupuje?
Małgorzata Braunek:
Absolutnie tak, mając świadomość, że 15. para jest przesadą! (śmiech). Ale nigdy nie przekraczam swojej granicy cenowej. Lubię kupować też w second-handach. Jak każda kobieta jestem trochę próżna. Praktykuję zen życiowy, czyli taki, który nie odcina się od rzeczywistości, w jakiej żyjemy. Nie mieszkam w klasztorze, nie jestem mnichem buddyjskim z założenia odrzucającym dobra doczesne.

– Co dla Pani jest najważniejsze w życiu?
Małgorzata Braunek:
To zależy. Jeśli patrzę z perspektywy matki, to najważniejsze jest, żeby moje dzieci były zdrowe i spełniały się w swoim życiu. Jeśli patrzę z perspektywy żony, to oczywiście chciałabym, żebym następne trzydzieści parę lat przeżyła w tym samym składzie. A jeśli z perspektywy mistrza zen, to żeby moi uczniowie wytrwali na swojej drodze i pogłębiali swoje zrozumienie.

– Musi temu towarzyszyć miłość?
Małgorzata Braunek:
Miłość jest absolutną podstawą. Już samo to, że wszyscy jej szukamy, tęsknimy za nią, oznacza, że bez niej nie da się żyć. O miłości bezwarunkowej mówią wszystkie religie. Miłość od wieków opiewają artyści. Bez niej byśmy nie przetrwali, bylibyśmy cierpiącymi samotnymi wyspami, dzięki niej tworzymy jeden wspólny ląd.

– Ale nikt nie chce cierpieć.
Małgorzata Braunek:
Bo wszyscy dążymy do szczęścia, które jest całkowitym spełnieniem. Gdybyśmy jednak nie doświadczali bólu i cierpienia, naprawdę nikt nie wiedziałby, czym szczęście jest. Przez kilka lat pracowałam jako wolontariuszka w jednym z warszawskich hospicjów. Zdziwiło mnie bardzo, że niektórzy ciężko chorzy, prawie umierający ludzie potrafili być jednocześnie szczęśliwi. Potrafili przekraczać swój straszny ból. A jeszcze mieli siłę się uśmiechać i pytać mnie, jak się czuję. Bardzo dużo mnie nauczyli. Rzadkiej sztuki pogodzenia się z sobą, z życiem, ze śmiercią.

– Człowiek szuka swojego miejsca w życiu często do końca i nie znajduje. Pani już znalazła?
Małgorzata Braunek:
Jeśli chodzi o moje osobiste życie, jestem osobą całkowicie spełnioną. Nie mam wyjątkowych potrzeb czy pragnień. Czuję się bardzo obdarowana przez życie.

– Co Panią tak fajnie nakręca?
Małgorzata Braunek:
Różne rzeczy. Czasem to muzyka, a czasami tylko chwila ciszy i medytacja. Innym razem to może być rozmowa z moimi uczniami, która przynosi mi niesamowitą energię, wyjazd do Tajlandii czy pływanie w morzu. Chwila zabawy z moimi wnukami.

– Albo sadzenie krzewów, które teraz wchodzą w okna Pani wilanowskiego domu?
Małgorzata Braunek:
To też. Otoczenie ma na nas ogromny wpływ, wręcz zasadniczy. Pokazuje, jak jesteśmy współzależni i żyjemy w ścisłym związku z rzeczywistością wokół nas.

– Ten dom jest zarazem ośrodkiem buddyjskim. Czuć w nim obecność i wpływ innych ludzi. Nie odbiera to Pani prywatności?
Małgorzata Braunek:
Czasami odbiera. Ale nie chodzi o to, żeby się separować od ludzi. Wprost przeciwnie, żeby nasze światy się zeszły i tak powiększyły naszą przestrzeń, aż obejmie absolutnie wszystko.

– Jest w niej miejsce na nadzieję?
Małgorzata Braunek:
Bez niej byłoby trudno. Nie tracę nadziei, że w końcu znajdziemy kawałek ziemi, gdzie postawimy ośrodek pozwalający nie tylko praktykować zen, ale również wspólnie żyć, pracować i obcować z naturą. I że akcja „Uśmiechnij się” przełoży się na wzajemne relacje. Można żyć byle jak i brzydko. Ale lepiej żyć pięknie, bo w zgodzie ze sobą i światem.

Rozmawiała Elżbieta Pawełek
 

Pogrzeb Małgorzaty Braunek
ONS
Newsy
Małgorzata Braunek była buddystką. Jak będzie wyglądał jej pogrzeb?
Nie będzie to tradycyjny pochówek

Małgorzata Braunek walczyła z chorobą nowotworową od połowy ubiegłego roku. Nie rezygnowała jednak z pojawiania się na planie serialu, gdzie ostatnie sceny grała już w peruce. Kilka miesięcy temu, pojawiła się informacja, że raka udało się pokonać - jak się okazało dwa miesiące później, była to przedwczesna radość. Choroba wróciła, a najbliższi aktorki robili wszystko, żeby pomóc jej w zebraniu niezbędnych na leczenie funduszy. Niestety dziś rano aktorka zmarła. Przypomnijmy: Małgorzata Braunek nie żyje. Aktorka przegrała walkę z chorobą Rok 1978 był z pewnością przełomowy w życiu aktorki. To właśnie wtedy zdecydowała się porzucić świetnie rozwijającą się karierę aktorską i przejść na buddyzm. Praktykę medytacji rozpoczęła rok później. Kolejne lata przynosiły nauki u największych mistrzów zen, które w 1999 roku sprawiły, ze Braunek została kapłanem zen mającym prawo do udzielania ślubów i pochówków.   Bo ja nie dlatego odeszłam z zawodu, że postanowiłam zostać buddystką, ale dlatego, że chciałam coś ze sobą zrobić. Kiedy zaczynałam pracę, miałam tylko jeden cel: być dobrą aktorką. Nigdy nie chciałam być gwiazdą, to mnie bardzo deprymowało.  Jednak moja kariera potoczyła się szybko, może nawet za szybko. Musiałam więc ją zastopować. To nie było tak, że nadawałam się tylko i wyłącznie na terapię – choć i w niej szukałam ratunku. Potrzebowałam jednak czegoś głębszego, więc zakotwiczyłam w praktyce buddyjskiej. - mówiła w wywiadzie dla poradnikzdrowie.pl   Na ekrany kin powróciła z impetem dopiero w 2005 roku - za rolę w "Tulipanach" otrzymała nagrodę Orła dla najlepszej aktorki. Wciąż jednak w jej życiu obecny był buddyzm - starała się codziennie medytować i nie jeść mięsa. Prowadziła zdrowy tryb życia, który niestety nie uchronił jej przed chorobą.  Według buddystów,...

Małgorzata Braunek
ONS.pl
Newsy
Wiedziała, że niedługo umrze, ale do końca była spokojna. Małgorzata Braunek zmarła 6 lat temu
Była mistrzem zen, wiadomość o nowotworze przyjęła więc spokojnie. Kiedy straciła włosy, powiedziała: "Zawsze marzyłam, żeby mieć loki. Idę po perukę"

Miała sławę i role u najlepszych reżyserów, ale szczęście dał jej buddyzm. Dzięki niemu Małgorzata Braunek nauczyła się ze spokojem przyjmować wszystko, co niesie los. Także raka. Odeszła dokładnie sześć lat temu (23 czerwca 2014 roku), ale my pamiętamy jej prawdziwą radość życia. „Wydawało mi się, że może nie wypada. Wokół [w szpitalu] pełno chorych, nie brakuje też umierających, a mama śmieje się donośnie, w głos. A potem pomyślałam: przecież to ona jest chora, nie ja. I tylko ona może powiedzieć sobie, czy jej coś wypada robić, czy nie. Potrafiła cieszyć się życiem w każdej chwili”, mówiła Orina Krajewska o swojej mamie, Małgorzacie Braunek, w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”.  Aktorka, choć ciężko chorowała, nigdy się nie skarżyła. Ciepła, wrażliwa, nie miała wrogów, z nikim o nic nie walczyła. Nawet nowotworu, który zdiagnozowano u niej wiosną 2013 roku, nie traktowała jak przeciwnika, którego musi pokonać, żeby wygrać życie. Poddała się chemioterapii, ale ufała też medycynie niekonwencjonalnej i dużo medytowała. To właśnie dzięki medytacji i innym praktykom buddyjskim Braunek nauczyła się doceniać wszystkie doświadczenia, jakie niesie ze sobą życie. Także te negatywne.  Jej życiowa mądrość, spokój i ogromna siła wewnętrzna sprawiały, że choć na wiele lat zniknęła z show-biznesu, to gdy wróciła na ekrany jako Basia w „Domu nad rozlewiskiem”, z miejsca zyskała sympatię milionów widzów. Choć sam serial zbierał różne recenzje, to postać grana przez Braunek budziła powszechną sympatię.  „Pani Małgosia zawarła w tej roli ogromny ładunek mądrości i ciepła”, pisano na forach internetowych.  Aż trudno uwierzyć, że od dnia kiedy odeszła, właśnie mija sześć...

Małgorzata Rozenek
Marlena Bielińska / Move Picture
Newsy
Małgorzata Rozenek - Wszystko perfekt?
Wszyscy szukają skazy na wizerunku Perfekcyjnej Pani Domu. My też i bierzemy ją w krzyżowy ogień pytań.

Warszawa, Mokotów nocą. Spotykamy się w mieszkaniu przyjaciółki Małgorzaty Rozenek. Tam ukrywa się przed śledzącymi ją non stop fotografami. Ale nie wygląda na zaszczutą. Wita się głośno, głos chrypi jak u wokalistki rockowej. Ma tak od dziecka. Ściska mocno dłoń. Gdy wieszam kurtkę, proponuje, że potrzyma moją torbę. „Żeby pieniądze nie wyciekły na podłogę”. Siadamy przy herbacie. Żartuje, ale też trzyma dystans. Nie ufa dziennikarzom. Powoli się odsłania. – Przyznam się do czegoś. Płaczę, gdy oglądam Pani programy. Małgorzata Rozenek: Dlaczego? – Wzruszają mnie kobiety, gdy udaje im się zadbać o siebie. O rodzinę. Małgorzata Rozenek: Często spotykam się z takim odbiorem. Ten program ma inspirować do zmian. I kobiety, które się zgłaszają, szalenie mi imponują odwagą. Dlatego, że wystawiają się na ocenę, która w polskich realiach bardzo często bywa surowa. To silne kobiety. Wiedzą, że sobie nie dają rady, przyznają się do tego. I przyjeżdżają po pomoc. – Żeby „Małgośka dała kopa”. To cytat. Małgorzata Rozenek: Energetycznego. Moją rolą nie jest zmieniać ich życie. Nie wiem przecież, co jest dla nich dobre. Moją rolą jest inspirować. I widzę, że to działa. Proszę mi uwierzyć, że o wiele łatwiej żyje się w poukładanym i czystym domu, bo to jest po prostu przyjemne. Jeżeli czujesz większy komfort, łatwiej ci dbać o relacje. Bo w tym wszystkim nie chodzi o porządek na półkach, chodzi o stworzenie fajnego domu. – Trudno uwierzyć, że ludzie mają aż taki bałagan w domach. „Podrasowujecie” nieporządek? Małgorzata Rozenek: Mamy dużo zgłoszeń do programu. Naprawdę nic nie musimy dokładać. Czasem wręcz trzeba trochę posprzątać, żeby kamera mogła swobodnie się poruszać. – To znaczy, że Polki są bałaganiarami?...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner