Krzysztof  Kolberger
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/ Photo-shop.pl
Wywiady Piotra Najsztuba

Krzysztof Kolberger: "O śmierci myślę pogodnie"

Krzysztof  Kolberger
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/ Photo-shop.pl

– Ma pan lęk wysokości?
Krzysztof  Kolberger:
Jakbym miał, tobym nie mieszkał na 14. piętrze.

– Mógłby Pan chcieć go w ten sposób pokonać.
Krzysztof  Kolberger:
Tyle mam rzeczy do pokonania w tej chwili, że takie lęki są poza mną. Gdyby nie ten widok, tobym tu nie mieszkał. Zobaczyłem i oszalałem. Niezwykły – na Pałac Kultury i Manhattan warszawski. Niebywała jest kolorystyka miasta, kiedy słońce w purpurze swojej nagle zmienia barwę całej Warszawy.

– Dzieli Pan z kimś ten widok?
Krzysztof  Kolberger:
Tak. Był taki okres, że mieszkałem sam, ale nie jestem samotnikiem...

– A takim mi się Pan wydawał.
Krzysztof  Kolberger:
Jestem nim w innym tego słowa znaczeniu. W moim zawodzie ciągle obracam się wśród ludzi, otoczony przez ludzi, dla ludzi pracuję. Upragniona samotność, jeśli się pojawiała, była z potrzeby oddechu po tym byciu „pod lupą”. A ponieważ jestem człowiekiem obowiązkowym, uważałem za swój obowiązek prezentować się odpowiednio, co miało być wyrazem szacunku dla tych, dla których występuję.

– A szaleństwa... z tego, co czytałem.
Krzysztof  Kolberger:
Gdzie pan wyczytał ten brak szaleństw?

– Nie mówię o artystycznych szaleństwach, ale kulturowo-obyczajowych. Pan jest taki dobrze ułożony, wychowany...
Krzysztof  Kolberger:
Nie muszę opowiadać o tym, jakie szaleństwa popełniałem. Nie wstydzę się ich, a popełniałem różne...

– Ale artystowskiego życia to Pan chyba nie prowadził, że alkohol, imprezy...
Krzysztof  Kolberger:
Było i tak, miałem na przykład okres, kiedy wydawało mi się, że spirytus jest najzdrowszym trunkiem, więc piłem spirytus i popijałem go wodą. Ale tematem tego wywiadu nie powinny być „szaleństwa pana Kolbergera”, bo choć bywały, to mam nadzieję, aż tak nie interesują tych, którzy go będą czytali.

– Zobaczymy, czy teraz przerwą lekturę. Jakim jest Pan człowiekiem?
Krzysztof  Kolberger:
Odpowiedzialnym, chociaż chciałbym znaleźć może bardziej oryginalne określenie.

– Bycie odpowiedzialnym to więzienie?
Krzysztof  Kolberger:
Jest tyle możliwości szukania swobody... Może tak zostałem wychowany, że jestem odpowiedzialny za siebie, za pracę, za rodzinę. I to jest jednocześnie motorem życia.

– Brzemieniem też?
Krzysztof Kolberger:
Zdecydowanie, ale jak żyć bez odpowiedzialności za innych, po co? Jestem szczęśliwy, że mogę pracować mimo przeciwności losu, że mogę zarabiać na siebie.

– Pan jest jednym z niewielu aktorów, którzy bardzo dużo mają do czynienia z poezją. Co poezja z Panem robi?
Krzysztof Kolberger:
W niej czuję się dużo swobodniejszy niż w prozie. Tajemnicą poezji jest to, że nie mówi wprost, daje szanse na większe pole do odczuwania, do poddawania się magii.

– I co ona z Panem zrobiła?
Krzysztof Kolberger:
Przeniosła mnie w inne, lepsze rejony naszego życia. To może też robić z nami teatr, film, książka i wizyta w muzeum. Zapominamy o codzienności, stajemy się może lepsi, na chwilę zatrzymujemy się. Bardzo wielu poetów wzywa: „zatrzymaj się”, nawet Jan Paweł II w swoim tryptyku. I potrafi poezja zmieniać realne życie. W dniu ogłoszenia stanu wojennego byłem umówiony w jednym z kościołów na występ z poezją Czesława Miłosza. Czułem się w obowiązku, więc pojechałem. Ksiądz się aż przeżegnał i mówi: „Przecież pan wie, że wszystkie występy zabronione?”. Wiedziałem, ale byłem umówiony. A ksiądz na to: „Więc w czasie mszy niech pan powie jeden wiersz, jakiś spokojniejszy”. I zacząłem mówić: „W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę”... Rozpłakałem się. I czułem, że cały kościół też się rozpłakał, dosłownie i w przenośni. Wcześniej rozmawiałem z ówczesną małżonką, że jak tylko będzie okazja, to wyjeżdżamy z kraju, bo nie chcemy żyć w takiej rzeczywistości. A ten moment „rozpłakania się” spowodował, że już wiedziałem, że nigdzie nie wyjadę. Czułem się wtedy chyba najbardziej potrzebny przez wszystkie lata pracy.

– Aktor to był kiedyś bardzo potrzebny przewodnik, sumienie narodu. To nie wróci?
Krzysztof Kolberger:
Niech tacy będą, ale w takim sensie –  i proszę tego nie kojarzyć z religią, religijnością, z Kościołem – w jakim był Papież, też aktor na początku swojej drogi. On poprzez słowo, poezję potrafił się komunikować z ludźmi i był przewodnikiem. Umiał nadać jednemu słowu inne znaczenie poprzez pauzę, akcent, powtórzenie, natężenie, tempo. Czerpałem pełnymi garściami z jego umiejętności mówienia.

– Pan jest człowiekiem głęboko religijnym czy wielbicielem Papieża?
Krzysztof Kolberger:
Jestem wielbicielem Papieża, niezależnie od tego, czy jestem wierzący, czy nie. Natomiast kilka zdarzeń w moim życiu spowodowało, że bardziej się skłaniam, żeby wierzyć, że nie kończy się nasze życie na tym, co jest tu.

– Tylko?
Krzysztof Kolberger:
Nie jestem człowiekiem, który musi wszystko przemieniać w słowo... Pewne rzeczy przeżywam po prostu, trochę jak roślina, która czerpie z powietrza, z wody i tego nie nazywa.

– W wywiadach powtarza Pan to, co powiedział o Panu jeden z lekarzy, że jest Pan mistrzem w chorowaniu.
Krzysztof  Kolberger:
Myślę, że to też może wynikać z mojego poczucia obowiązku.

– Idealny pacjent.
Krzysztof  Kolberger:
Tak, taki, który nie chce utrudniać innym życia, mnie też bardzo mobilizowało takie „granie”, że lepiej się czuję niż w rzeczywistości. Najbliżsi też narzekają, że jeżeli mówię, że „czuję się dobrze”, to znaczy, że coś jest nie w porządku. Uważam, że ludzie mają tyle swoich problemów, że niestosowne byłoby zatruwanie im ich życia swoimi. Jeśli mówię publicznie o chorobie, to staram się, żeby to miało sens, komuś dało coś pozytywnego. Niech moja choroba służy innym chorym, żeby nabrali poczucia, że potrafią żyć z chorobą określoną jako nieuleczalna. Bo to jest codzienna walka o utrzymanie głowy nad powierzchnią.

– Kiedy Pan zachorował, 19 lat temu, to to zmieniło kompletnie Pańskie życie?
Krzysztof  Kolberger:
Kompletnie nic nie zmieniło. Wtedy umierała moja siostra, kilka miesięcy później zmarła, udawałem, że nic mi nie jest. Nikt z rodziny nie wiedział, że poszedłem na operację. Miałem wtedy wyjazd z przedstawieniem „Pana Tadeusza” do Szwajcarii, znalazłem zastępstwo. W gronie rodzinnym twierdziłem, że jestem w Szwajcarii. Wycięto mi, co mi wycięto, wyszedłem ze szpitala, w miarę mogłem się poruszać, więc pojawiłem się w szpitalu u siostry i dopiero jej powiedziałem. I mamie, która tam była, że jestem właśnie po operacji, szczęśliwie zakończonej.

– No, ale co z głową, Panie Krzysztofie?
Krzysztof  Kolberger:
Nic.

– Strach?
Krzysztof  Kolberger:
Żaden strach. Pracowałem, czułem się odpowiedzialny. Moje największe zmartwienie przed każdą operacją jest takie: mam 10 dni na załatwienie rzeczy, które miałem do wykonania, i takie uporządkowanie spraw, żeby potem ktoś nie miał kłopotu. Po pierwszej operacji mówiono mi, że po pięciu latach jest już właściwie gwarancja, że wszystko minęło. I choć to okazało się nieprawdą, to dobrze, że mi tak mówiono, bo przestałem myśleć, że jestem chory i normalnie ciężko pracowałem. Aż do kolejnego momentu chorobowego, cztery lata temu.

– W głowie nie pojawia się destrukcyjne wrażenie, że człowiek „żyje na walizkach”?
Krzysztof  Kolberger:
Mówiłem o pierwszym okresie. Wtedy byłem dużo młodszy, dużo silniejszy, ta operacja w stosunku do kolejnych była już... Zaczynam o szczegółach choroby, trochę mnie to martwi... Ale jeżeli może to komuś pomóc, to już niech będzie. Pierwsza przeszła bardzo łatwo. Po trzech tygodniach od operacji pojechałem do Sorrento na festiwal filmowy. Byłem obandażowany, znalazłem jedną pozycję na fotelu lotniczym, w której ból był do zniesienia. Potem kilka godzin z Rzymu do Sorrento autokarem, w tej samej pozycji. A po 10 dniach pobytu na festiwalu, z tą zaklejoną raną, kąpałem się w basenie i całą noc ostatniego dnia tańczyłem na bankiecie. Wróciłem, rzuciłem się w wir pracy, po kilku tygodniach zapomniałem, że w ogóle coś się zdarzyło.

– Czyli nie przyjął Pan filozofii „życia na walizkach”, że „oto przeżywam ostatni dzień w życiu i trzeba go intensywnie przeżyć”.
Krzysztof  Kolberger:
Powiedziałbym raczej, że żyję „na słoikach”. Cała lodówka jest nimi wypełniona, to są porcje jedzenia specjalnie przygotowywanego na cały dzień. Są pewne składniki, które muszę dostarczać organizmowi, są leki, które muszę stosować stale, bo czegoś mój organizm nie produkuje. To taki potworny reżim. Umawiając się na przykład z panem, też musiałem wycelować tak, żeby zdążyć zjeść już kolejny posiłek, odpocząć, zrobić zabieg medyczny i, przepraszam, skończyć z panem rozmowę przed kolejnym. I taki mam rytm dwuipółgodzinny, a życie staram się wpisać pomiędzy te godziny, żeby nie dać się zwariować i nie myśleć właśnie o chorobie.

– Pan tę chorobę jak nazywa?
Krzysztof  Kolberger:
Przyzwyczaiłem się nazywać go „kolegą”. Cała walka polega na tym, żeby ten kolega nie rozprzestrzenił się i nie powiększył swojego terytorium.

– Ten zachłanny „kolega” co Panu odebrał?
Krzysztof  Kolberger:
Zabrał mi trochę sił, a leki, które w jego sprawie biorę, powodują pewne niemożności organizmu. „Kolega” spowodował też swego rodzaju spustoszenie dookoła i to jest też między innymi powód, dla którego ludzie boją się mówić o chorobie. Zaprzeczeniem jest to, co zdarzyło się po pierwszej operacji, bo potem pracowałem, otrzymywałem normalne propozycje, ale chyba dzięki temu, że nie przestałem, nie dotarło do świadomości producentów, reżyserów, że Kolberger jest chory. Po wydarzeniach ostatnich lat bardziej dotarło.

– Boją się?
Krzysztof  Kolberger:
I ja to rozumiem. Jeżeli miałbym teraz przyjąć propozycję w serialu, byłoby to jakieś ryzyko.

– Pytanie: „po co żyć?” nabrało nowego sensu?
Krzysztof  Kolberger:
Zdrowy tak samo może się zapytać: po co? Ja sobie nigdy nie zadawałem pytania, po co żyję, chociaż były
momenty trudne. Do samobójstwa by nie doszło, ale myśli: a może skończyć z tym, może nie warto, częściej mnie dotykały wtedy, kiedy nie miałem świadomości, że w każdej chwili to się może zakończyć.

– A co Panu dała choroba?
Krzysztof  Kolberger:
Dystans do drobiazgów, które nam się wydają warte strasznych zabiegów. I więcej czasu, mam szansę spojrzeć przez okno i zobaczyć, jaka zielona jest Warszawa, obserwować niesamowite burze, zachody i wschody słońca. Bardziej doceniam też kontakty z ludźmi. A to też się zmieniło, bo wiele kontaktów się skończyło w momencie choroby.

– Ma Pan poczucie, że jako człowiekowi choremu więcej Panu wolno?
Krzysztof  Kolberger:
Nie mam świadomości, że jestem chory.

– Dobrze, ma Pan o tym wiedzę. I uważa, że więcej Panu wolno, na przykład, nie wiem, kaprysić?
Krzysztof  Kolberger:
Ale cała moja walka polega na tym, żeby do tego nie dopuścić! Nie chcę utrudniać innym życia. Oczywiście wymagam większej opieki i są osoby, które mi tę opiekę zaofiarowały, i jestem im wdzięczny, ale robią to dlatego, że chcą, a nie dlatego, że tego wymagam. Nie wciągam ich w prąd mojej choroby, wręcz odwrotnie. Uspokajam ich, pocieszam i tłumaczę, że nie musimy rozmawiać o chorobie, żyć w jej kręgu.

– Pan żartuje czasem ze śmierci?
Krzysztof  Kolberger:
Może nie tyle żartuję, bo to nie jest temat do żartów, tylko pogodnie o niej myślę.

– To znaczy?
Krzysztof  Kolberger:
Proszę wziąć się za wiersze księdza Twardowskiego...

– Każdy człowiek, chory czy nie, musi się oswajać w biegu życia ze śmiercią, bo jest nieuchronna. To oswajanie ma swoje różne rytuały. Jednym z rytuałów może być wiara, innym może być żartowanie ze śmierci.
Krzysztof  Kolberger:
Jest jeszcze inna droga – mówienia o śmierci w sposób pogodny, słowo „pogodny” zawiera również cząsteczkę „pogodzony”. Mówienie pogodnie o śmierci powoduje, że się z nią bardziej oswajamy. Ja oswajam się z nią w szczególny sposób, najmocniej od paru lat, a od prawie już 20 lat żyję ze świadomością, że jestem jej bliżej może niż inni.

– Czy proces pogodnego pogodzenia się ze śmiercią trwa jakiś czas i się kończy, przed śmiercią jeszcze, czy to właściwie będzie trwało do końca naszego życia?
Krzysztof  Kolberger: Nie mówiono mi wprost przed ostatnią operacją, że ona daje pięć procent szansy na przeżycie, ale miałem świadomość, że nie są duże. Czas od momentu, kiedy się dowiedziałem o nawrocie choroby, do operacji, był krótki i wypełniony intensywnymi działaniami, żeby rzeczy dokończyć, załatwić. Nie bardzo miałem czas na wymyślania jakiejś filozofii. Okazuje się, że w nas są dwa wyjścia, obydwa dobre. Wierzę, że będę żył i że przeżyję, i tak wierzyłem autentycznie, a jednocześnie ze spokojem przyjmowałem, że to będzie drugie rozwiązanie, również dobre, jeżeli się nie uda lekarzom. Mnie się tak czy inaczej uda.

– Kiedyś Pan żałował, że przyznał się do choroby publicznie?
Krzysztof  Kolberger:
Nie. Zbyt wiele pozytywnych reakcji miałem na temat, jak to pomogło, nie tylko tym, którzy chorują. Mój przykład pozwolił im uwierzyć, że można walczyć, ale wiele również to dało ich bliskim, rodzinom, przyjaciołom. Natomiast są takie momenty, że oczywiście wolałbym rozmawiać o kolejnych moich osiągnięciach zawodowych, o kolejnych rolach, które zagram zagram czy zagrałem. W ciągu tych ostatnich czterech lat zdarzyło mi się parę zaskakujących przedsięwzięć, na przykład kilka miesięcy po operacji wyreżyserowałem sam dwuosobową sztukę. W kolejnej zagrałem gościnnie w Krakowie, skrajnie utrudniając sobie całą „logistykę” dnia codziennego.

– Przez te parę lat nie unikał Pan też trumny. Musiał się Pan w niej kłaść w niektórych przedstawieniach.
Krzysztof  Kolberger:
Pierwszy raz się położyłem do trumny, kiedy miałem 25 lat, w „Mazepie”.

– To stosunkowo wcześnie.
Krzysztof  Kolberger:
Akurat w tym względnie nie jestem przesądny, chociaż wiem, że jest taki przesąd, że trumna na scenie to niezbyt dobrze.

– Pan dobrze znosi ciszę?
Krzysztof  Kolberger:
Bardzo lubię ciszę.

– Cisza krzepi?
Krzysztof  Kolberger:
„Bo gdy się milczy, milczy, milczy, to...”

– „to apetyt rośnie wilczy na...”
Krzysztof  Kolberger:
„...poezję, co być może drzemie w nas”. A poezja to myśl.

Rozmawiał Piotr Najsztub
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/ Photo-shop.pl
Stylizacja Krzysztof Łoszewski
Charakteryzacja Wilson/ D’vision Art
Produkcja sesji Elżbieta Czaja

Więcej na temat Krzysztof Kolberger
Przeładuj

Te gwiazdy zainwestowały w swoje zęby! Kiedyś nie uśmiechały się tak chętnie: Pazura, Piaseczny, Lewandowska...

zobacz 01:22