Party Stories
Martyna Wojciechowska o dramatycznej diagnozie
Doda w zielonej marynarce
Agnieszka Woźniak Starak w białym t-shircie na konferencji Big Brothera
beata-kozidrak
„Hotel Paradise” Ata Postek rozstała się z partnerem, ale już ma nowego! Zdradziła, jak się poznali
Michał Kostrzewski i pozostali jurorzy You Can Dance
Justyna Steczkowska z fanami
Ida Nowakowska prowadzącą "You Can Dance"
Doda
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM
Wywiady Piotra Najsztuba

Krystian Wieczorek zdradza swoje tajemnice

Dzięki roli w serialu TVP2 „M jak miłość” stał się jednym z najpopularniejszych aktorów. W tym roku zwyciężył w plebiscycie "Viva! Najpiękniejsi". Jaki prywatnie jest nowy telewizyjny amant?

Czuje się Pan „ciachem”? Widzę, że jest lekka „rzeźba”, czytam też, że są sztuki walki, bieganie…

- Mam się teraz wstydzić, że nie jestem zapuszczony? W moim przekonaniu aktor musi być sprawny. Jak się patrzy na aktorów amerykańskich, to nawet jak się nie rozbierają, widać, że każdy biega, ćwiczy, trenuje. A ja muszę przyznać, że gdyby nie to, że zawsze coś trenowałem, to tego ostatniego intensywnego okresu pracy chybabym nie przetrwał kondycyjnie.

A co tą „ciachowatością”?

- Nie wiem. A w ogóle jestem tak wychowany, że opowiadanie o swojej urodzie jest dla mnie jakoś wstydliwe i obciachowe… nomen omen.

Może Pan powiedzieć, że jest piękny wewnętrznie.

- Bo pewnie jestem, nie wyobrażam sobie, że jestem nieczuły na to, co mówią moje postaci, jakie mają motywacje. A poza tym obdarzam role moją wrażliwością i moim ciałem, to, jaki mam ładunek wewnętrzny, decyduje, czy jestem wiarygodny. Twarz w tym zawodzie nie musi być piękna, musi być ciekawa. Tim Roth ze swoją charyzmą jest tego przykładem. Zresztą zawsze lubiłem aktorów nieoczywistych, z tajemnicą. Cóż, wybrałem sobie zawód wymykający się definicjom.

Ale w zawodzie aktorskim, bo jest Pan też technikiem obróbki skrawaniem.

- Nie trzeba mieć zgrabnej pupy, jak się jest technikiem. Trzeba mieć instynkt przetrwania.

A po co było to technikum?

- Po maturę. Zanim trafiłem do technikum, była jeszcze zawodówka, a wtedy do niczego się nie nadawałem i nie wiedziałem, co chcę robić. Byłem człowiekiem „poszukującym”, a szkoła mnie najmniej interesowała. A że pochodzę z „dziury” – bez urazy, z małego miasteczka – to za wielkiego wyboru nie miałem. Pod koniec zawodówki pewne sprawy zaczęły mi się klarować.

Liceum chyba jakieś było w Strzelinie?

- Było, ale ja skończyłem podstawówkę z zachowaniem nagannym czy nieodpowiednim, najniższym z możliwych.

Był Pan w jakiejś bandzie?

- Nie, ale wystarczyło się napić za bardzo na wycieczce.

Jak to w podstawówce.

- Wystarczyło się trochę napić albo dać przyłapać na fajkach, by zarobić na taką ocenę. Byłem z rodziny raczej „nieustawionej” w tym małym miasteczku, a tam zawsze liczą się jakieś koneksje, i to wystarczyło, żebym był do bicia. To, że uczyłem się fatalnie, też mi raczej nie pomagało.

Czyli był układ w Strzelinie!

- Jak to w każdym takim miasteczku. Syn nauczycielki, wójta, prezesa, dyrektora, a cała reszta no to…

A Strzelin ile miał mieszkańców?

- Około 12 tysięcy.

Więc poszedł Pan do technikum, bo po prostu trzeba było gdzieś iść.

- Wtedy już wiedziałem, że chcę zostać aktorem, gdzieś mi się to „naroiło”, ktoś mi powiedział, że fajnie dowcip opowiedziałem, że się fajnie wygłupiam… no i teraz się wygłupiam zawodowo.

To był koniec lat 80. Co to znaczy „mi się naroiło”?

- To jest taka młodzieńcza mitologia, gdzieś wewnętrznie o tym aktorstwie marzyłem, ale żeby na głos o tym opowiadać… Te sygnały z zewnątrz były dla mnie potwierdzeniem przeczuć. Tych sygnałów zresztą było sporo, ale najbardziej niesamowite zdarzenie miało miejsce we Wrocławiu, kiedy pojechałem na swój pierwszy konkurs recytatorski. Szedłem ulicą razem z moją kuzynką, wiec mam świadka, coś tam jej intensywnie opowiadałem, pewnie się wygłupiałem, a na ulicy zatrzymał się facet i powiedział: „Pan zostanie aktorem!”. Nie muszę chyba mówić, jakie to wtedy zrobiło na mnie wrażenie. Albo drugie zdarzenie: czekam razem z dziewczyną na pociąg, podchodzi facet i mówi, że wyszedł z więzienia, ale niczego nie chce, tylko ma pytanie, czy ja nie jestem przypadkiem aktorem.

Miał Pan wtedy jakiś aktorski wzorzec męski?

- Wtedy oglądałem wszystkie filmy z młodym Malkovichem, z Jeremym Ironsem.

Czyli aktorzy raczej autoironiczni.

- Tak, ale też tacy dziwni, z lekkim zezem, charyzmatyczni, bez ostentacyjnej urody. Do zestawu potem dołączyli wspomniany Tim Roth i Gary Oldman. Autoironia jest oznaką dystansu i myślenia, więc tak, lubiłem aktorów myślących.

Mama, z którą Pan sam się wychowywał, podzielała to ukąszenie aktorstwem?

- Moja mama w ogóle się w to nie wtrącała. Co było dosyć ciekawe, bo jak gdzieś wagarowałem albo uciekałem ze szkoły, to jej nie było to na rękę. Stwarzałem problemy, musiała chodzić do dyrektora i się tłumaczyć. A ja zawsze miałem takiego pecha, że jak napisałem bluźnierczy wierszyk na lekcji, akurat mnie złapano, a mama szła i musiała czytać te bluzgi.

Czyli to był rap, skoro bluzgi.

- Powiedzmy. W czwartej klasie podstawówki przerobiłem „Kto ty jesteś? Polak mały” na wersję pornograficzną i nauczycielka to akurat znalazła.

Ale co Pan w czwartej klasie wiedział o seksie?

- Pewnie niczego nie wiedziałem tak naprawdę.

A teraz?

- Teraz troszkę więcej.

Ale jeszcze nie wszystko?

- Oczywiście, że nie, do końca można się uczyć.

Uczyć?

- Uczyć, poznawać. Z każdą nową osobą to jest jakby nowa droga.

A czy to nie jest tak, że jesteśmy sumą swoich kochanków i kochanek?

- Myślę, że się szuka nowej jakości za każdym razem, przynajmniej ja tak staram się robić.

Ale siebie innego chyba się nie znajdzie.

- Nie jestem o tym przekonany. Ludzie się zmieniają czasem w zaskakujący dla siebie sposób i odnajdują w sobie jakieś rejony, których by nie podejrzewali.

Częściej aktorzy niż zwykli ludzie?

- Pewnie tak, bo my grzebiemy w sobie i rozciągamy tę osobowość na różne sposoby, a przy okazji rozciągamy jakoś siebie.

Pan jest stały w uczuciach?

- Zdecydowanie.

Po co?

- Szukam stałości, bo szukam bezpieczeństwa.

To cecha głównie kobiet.

- Być może, ale dużo ludzi mi mówi, że jestem bardzo kobiecy, w tym znaczeniu…

Jakaż pomyłka Vivy! Bo wybrano Pana Najpiękniejszym, a nie Najpiękniejszą.

- Sorry, ale gdyby mnie wcześniej przepytali, toby wiedzieli, że to dziwny pomysł (śmiech).

Jakie jeszcze ma Pan cechy kobiet?

- Unikam takich stereotypów, bo byłoby głupie, gdybym teraz opowiadał, że skoro jestem wrażliwy, to jestem niemęski. Ale wydaje mi się, że ta tak zwana kobiecość sprzyja aktorstwu. Jeśli facet odnajdzie w sobie pokłady delikatności i wrażliwości, to łatwiej wchodzi w stany potrzebne roli, częściej używa tak potrzebnej intuicji. Ale w życiu wszystko, co się kryje pod pojęciem „unisex”, jest do kitu. Powinno nas przyciągać to, co nas różni. Mimo że na poziomie fundamentalnych potrzeb nie różnimy się wcale.

Ale wątpliwości na temat swojej seksualności Pan nie ma?

- Nie.

Do szkoły aktorskiej zdawał Pan trzy razy. W międzyczasie imał się Pan różnych zajęć. Było zbieranie ślimaków, stróżowanie, zbieranie wiśni, ale z uporem kolejny raz zdawał. Czemu się Pan nie załamał i nie powiedział: „Nie? To nie!”.

- Sport mnie tak ukształtował. On uczy niezłomności, potrzebnej, by się nie poddać.

Jednak egzamin to coś innego niż sportowa rywalizacja na czas, na metry, na punkty. W komisji siedzą ludzie, którzy się na tym znają. Skoro oni mówią „nie”, to koniec, kropka.

- Tak, ale mówimy o tym, dlaczego się nie poddawałem. Bo to jest tak, że ja mogę nie mieć swojego dnia, oni mogą być już zmęczeni, bo wchodzi następny i następny. Nie uwierzę, że ktoś może być bardzo czujny przy każdym zdającym.

Ktoś Pana wspierał w tym trzykrotnym zdawaniu?

- Wszyscy dookoła mi kibicowali, nikomu nie przyszło do głowy powiedzieć: „A weź ty się zajmij czymś innym”. Bo często to słyszałem w opowieściach, najczęściej ojcowie wymyślali synom albo córkom: „Idź na jakąś politechnikę, idź w jakiś biznes, jakiś konkret, będziesz miał fach w ręku i przeżyjesz”. U mnie tak nie było.

Zdał Pan. I?

- Euforia, totalna!

Jak wygląda euforia w Pana wykonaniu?

- Wszystko wokół świeciło. Wróciłem do domu po egzaminach, rano wstałem, wyszedłem i miałem wrażenie, że wszyscy w miasteczku już o tym wiedzą! Idę, a wszyscy się jakoś specyficznie na mnie patrzą, że jestem jakiś wyjątkowy.

Miał Pan takie myśli, że może utknąć w Strzelinie na całe życie?

- Miałem i to był motor do tego, żeby się stamtąd wydostać. Choć dużo zawdzięczam temu miasteczku, bo ono wymagało stanięcia na palcach, żeby „coś” zobaczyć. Bo jest się „mniejszym”. Te kompleksy małomiasteczkowe były moim napędem, siłą. Że nie mam dostępu, że jest mi trudniej…

A ja mam wrażenie, że ludziom z małych miasteczek – sam z takiego pochodzę – łatwiej przychodzi formowanie się. Bo kształtują się w świecie, w którym wszyscy wszystkich znają, każdy gest wywołuje interakcję. Nie ma tej wielkomiejskiej bezcielesnej anonimowości.

- W małym miasteczku każde najmniejsze wybory o nas decydują. Jest łatwa weryfikacja samego siebie, bo jest zainteresowanie. Jak ktoś coś wie na czyjś temat, to go interesuje, ciekawi, czy się udaje, czy nie, w którą stronę idzie.

Ale też od razu albo gani i krytykuje, albo podziwia, nawet jeżeli to nie pada głośno…

- Trzeba się często konfrontować.

I to tworzy człowieka.

- Niewątpliwie tak jest. Często pada pytanie, co mi dał Strzelin. Uformował mnie i z niego mam też jakiś rodzaj skromności. I stamtąd jest we mnie jakiś spokój. Nawet ciężko mi określić, na czym to polega…

Wychował się Pan w świecie, który był w stanie osobiście i do końca zobaczyć. I przejść. To jest nieocenione. Warszawiak albo nowojorczyk rodzi się i wychowuje w świecie, którego nie jest w stanie zobaczyć w całości, nigdy. A jak człowiek wie, gdzie świat się kończy, to on go nie przeraża. To są chyba główne różnice w dorastaniu tu i tam. A mógł się Pan w Strzelinie wykoleić?

- Zdecydowanie, żyłem tam na granicy. Wystarczyłoby, żebym na przykład nie spotkał mojej kochanej, takiej Mirki, która się okazała teraz wybitną poetką… W ogóle spotykałem tam takich ludzi-drogowskazy. Gdybym nie trafił na tę Mirkę, absolutnie szaloną, wrażliwą… Ona mi „oświetlała” różne drogi, pokazywała mi, że coś w ogóle istnieje.

Ciemny świat też wyciągał ręce? Zawsze jest w takich miasteczkach jakaś bandyterka.

- Była, nawet blisko, ale ja w odpowiednim momencie zacząłem trenować sztuki walki. I tak mnie pochłaniał ten sport, że bożego świata poza nim nie widziałem. Tak mnie to pochłaniało, że nie widziałem, że tam ktoś się leje, inny diluje, a inny robi jakieś lewe interesy. Chciałem być sportowcem.

Czyli zmarnował Pan życie, zostając aktorem.

- Nie.

Mógł być Pan mistrzem sztuk walki, może buddystą zen.

- Może, może. Ale myślę, że jeszcze…

Nie, już po wszystkim.

- Nie, nigdy nie jest po wszystkim. Ale do sztuk walki nabrałem dystansu w sensie sportowym. Z jednej strony to jest jakieś powściąganie agresji, panowanie nad nią…

Ale z drugiej trzeba ją mieć i hodować w sobie.

- Mnie zawsze interesowało to, co jest pod spodem sztuk walki, czyli idea, filozofia, zasady. Powiększanie testosteronu i sprawdzanie, czy mi zęby odrosną, po pewnym czasie przestało mnie kręcić. Więc nie powiem, że fascynacji siłą i agresją, potrzebą konfrontacji w sztukach walki nie ma. To chodzenie po cienkim lodzie.

Bezzębny aktor to byłoby coś! Role charakterystyczne, Smarzowski by Pana wziął.

- Wziąłby może raz, może dwa, a potem co?

Przejrzałem Pana filmografię i o ile w teatrze dosyć ambitny repertuar, to filmowo tylko raczej seriale. To boli?

- Nie boli, bo się przez ten czas cholernie dużo nauczyłem, nabrałem świadomości i przyjemności w graniu, w byciu na planie. Wiele osób fantastycznych przy okazji poznałem. Zawsze staram się grać najlepiej, jak potrafię, przecież nie mogę myśleć, że w serialu mogę być średni, za to w fabule to ja wam pokażę, co potrafię. Nie sądzę, by Smarzowski, robiąc „Londyńczyków”, myślał: „To tylko serial, więc mogę mieć to w dupie!”.

A czego Panu brakuje, że nie dzwonią z propozycjami?

- Sorry za brak skromności, ale myślę, że niczego. Aktorstwo to wypadkowa szczęścia i talentu pomieszana z przypadkiem. Czasami musi się pojawić na twarzy coś, czego już nie trzeba grać. A poza tym filmowe role też dostaję, tyle że najczęściej się okazywało, że albo nie ma wystarczająco pieniędzy, albo mi terminy nie pozwalają. Powtarzam: od szczęścia wiele zależy.

Zmarszczki na czole już się pojawiły.

- Twarz to mapa moich doświadczeń, lubię moje zmarszczki wbrew propagandzie wiecznej młodości. Twarz pokazuje, że człowiek żyje, więc jestem zdziwiony tymi wszystkimi zabiegami i operacjami. Człowiek gładki mnie nie ciekawi.

Skąd się w Panu wziął ten bzik na punkcie cynamonu?

- To jest bardzo proste: dary, kościół, kryzys, święta, dostawaliśmy takie słone kostki margaryny i takie czerwone małe mikołaje z cynamonu. Potwornie intensywne, jeden kęs aż wykręcał język. A że innych słodyczy nie było, to tak bardzo ten cynamon zapamiętałem. I tak mi zostało. Potem miałem zafiksowanie na kolor bordo i na ten cynamon. Zestawienie bordo i cynamonu kojarzyło mi się z czymś bardzo intensywnym, a że nie chciałem być pastelowy w życiu, to jakoś mnie te dwie rzeczy określały.

I szuka Pan kosmetyków z nutą cynamonu?

- Tak, jestem trochę szalony na tym punkcie. Lubię go też w potrawach, lubię kawę z cynamonem. U kobiet też szukam tej nuty cynamonu, w kobiecych perfumach. Na przykład cynamon i biały pieprz – to jest takie zmysłowe połączenie.

Teraz Pan jest z jakąś kobietą?

- Nie.

Zostawiła Pana czy Pan zostawił?

- To nawet nie o to chodzi, kto kogo, tylko w jakim stylu i czy wnioski jakieś wyciągnąłem. A w tym przypadku noty za styl są na tyle duże, że jesteśmy przyjaciółmi, a to wcale często się nie zdarza.

Zauważyłem, że Pan nie chodzi na bankiety? Jest Pan w wieku bankietowym.

- Nie potrafię pitolić o niczym, więc nie chodzę, bo to strata czasu. Zawsze zresztą byłem outsiderem, introwertykiem, więc narciarstwo biegowe w moim przypadku jest naturalnym wyborem – to i uciekanie, ale i bieg w siebie.

Czyli alkohol pije Pan sam?

- Czasami też mi się zdarza, nie mam z tym problemu.

Myślałem, że – jako aktor samotny, przystojny, znany – jest Pan obiektem polowań na mieście.

- Plakatów na ten temat żadnych nie widziałem. Ale już zupełnie serio, nie będę na siłę niczego sztucznego prowokował, bo twory też mogłyby z tego powstać sztuczne. A teraz polecę banałem, ale ja się dobrze czuję ze swoją samotnością. Nie jest to równoznaczne ze szczęściem, ale też poczucia klęski nie mam. Może się za dużo Heming-
waya kiedyś naczytałem. Człowiek musi polubić i zaakceptować swoją samotność bo…

Bo będzie ze sobą spał do końca życia.

- To też, ale nie będzie tak uzależniony od innych ludzi. Więc nie siedzę i nie skrobię ściany, myśląc: Boże, trzeba się do kogoś przytulić. Chciałbym, żeby to „ta” kobieta była, a nie jakiś mobilny kaloryfer nastawiony na temperaturę 36,6.

Nie chemicznie wytworzony zapach cynamonu, tylko naturalny.

- Dokładnie.

 

Rozmawiał Piotr Najsztub

Krystian Wieczorek w czerownym szaliku po Pytaniu na śniadanie robi sobie zdjęcie ze strażakami
Newsy
Krystian Wieczorek wychodzi z "Pytania na śniadanie". Zobaczcie jakich ma fanów:)
Krystian Wieczorek wychodzi z "Pytania na śniadanie". Zobaczcie jakich ma fanów:)
Krystian Wieczorek i Maria Szafirska na premierze filmu "Baby Bump"
ONS
Newsy
Krystian Wieczorek i Maria Szafirska pokonali kryzys? Spójrzcie tylko na te ZDJĘCIA!
Krystian Wieczorek i Maria Szafirska pokonali kryzys? Spójrzcie tylko na te ZDJĘCIA!
Andrzej Seweryn
Robert Wolański
Newsy
Andrzej Seweryn: "Umiem przeżyć klęskę"
Co chciałby po sobie zostawić? Andrzeja Seweryna pyta Piotr Najsztub.

– Pan musi się czuć jak jakiś odkopany artefakt, świadectwo dawnej epoki, z tym swoim wyśrubowanym etosem pracy aktora… Andrzej Seweryn: Ja mam poczucie nowoczesności i spokoju! – Pan opowiada o aktorstwie tak, jak się mówiło w latach 80., może 70. i w tym sensie mówię, że jest Pan trochę taki „odkopany”. Andrzej Seweryn: Nie sądzi pan, że to ci, którzy uważają, że jestem „odkopany”, są „zakopani” i tak naprawdę to ich trzeba odkopać? – Nie ma Pan poczucia, że młodzi aktorzy czego innego chcą, inaczej sobie wyobrażają ten zawód? Andrzej Seweryn: Ale to tak zawsze było! Pamiętam koleżankę, która mówiła w szkole teatralnej w latach 60.: „Idę do tego zawodu po to, żeby zarabiać pieniądze, nic więcej mnie nie interesuje.  Dziś, kiedy mam do czynienia z młodymi aktorami, z którymi pracuję w Teatrze Polskim, to nie mam poczucia, że to, co pan mówi, jest absolutną prawdą obowiązującą wszystkich młodych aktorów polskich. To są ludzie, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, w jakim świecie żyją, i dokonują wyborów bardzo interesujących, niekoniecznie „donikąd”. Po prostu są aktorzy, dla których teatr jest rzeczą świętą. I koniec kropka. – Ale epoka świetności teatru, kiedy wywierał wpływ na rzeczywistość społeczną, minęła. Andrzej Seweryn: Bezpośredni wpływ tak. W dużej mierze zastąpiły go wolne środki masowego przekazu. Ale czy wolne? A teatr to była zawsze sztuka elitarna! Dzisiaj tym bardziej, w związku z tym, co się dzieje poza nim. W systemie, w którym brakowało demokracji, oczywiście znaczenie teatru było większe. I faktem jest, że bojkot telewizji czy radia dokonany przez aktorów polskich w latach stanu wojennego odbił się echem, choć co zabawne, to nie praca,...

Nasze akcje
Delia My Cream
Styl życia

Krem idealnie dopasowany? Zrób go sama, z Delią to łatwe!

Partner
Macchia marki Tubądzin - wystrój we włoskim stylu
Styl życia

Mieszkanie inspirowane słoneczną Italią. Styl, który pokochały gwiazdy!

Partner
lenor-fresh-air-efect
Fleszstyle

Jak urządzić wnętrze, by zawsze zachwycało świeżością?

Partner
dax-cashmere-podklad-moon-blink
Fleszstyle

Klaudia El Dursi i Marcelina Zawadzka pokochały ten drogeryjny podkład i bazy pod makijaż!

Partner
Motorola moto g100
Styl życia

Uwielbiasz spędzać czas z przyjaciółmi? Wiemy, co zrobić, żeby te spotkania dawały ci jeszcze więcej radości!

Partner