Party Stories
Kayah
Magda Wunsche & Samsel/Kayax
Wywiady Piotra Najsztuba

Kayah - Tylko z facetami gorzej...

Kiedy Kayah spotyka Najsztuba, robi się gorąco. Padają trudne pytania. O miłość, samotność, seks i nowe piosenki. Najsztub atakuje. Kayah odpiera.

– Posłuchałem Pani ostatniej płyty i tak pomyślałem: co jej poszło nie tak?
Kayah:
Musiało pójść tak, a nie inaczej, miało mnie to czegoś nauczyć. Nie żałuję niczego.

– Powtórzę. Co poszło nie tak, że w efekcie jest Pani samotna?
Kayah:
Większość z nas ma samotność w sobie.

– My, ludzie, jesteśmy samotni i będziemy. Ale Pani ma dodatkowo poczucie samotności jako braku mężczyzny.
Kayah:
To proste. Kiedy nie ma mężczyzny, a chciałoby się, by był, odczuwa się brak. Ale „Skała” wcale nie jest o tym! A piosenka „Nie chcę niczego więcej”?... Jest o szczęściu w miłości. Akurat teraz mam szczególny moment, w którym nie zawsze mi komfortowo. Nie mam z kim dzielić życia od jakiegoś czasu. Nieraz się z tego cieszę, bo ta samotność może być równoznaczna z wolnością, z pilotem, który się dzierży w dłoni i nie trzeba z nikim się kłócić...

– Stop. Nie sądzę, żeby pilot odgrywał w Pani życiu jakąś istotną rolę.
Kayah:
Rzeczywiście nie... Jest też wolność polegająca na wychodzeniu, kiedy się chce, nietłumaczeniu się nikomu z niczego, jest mnóstwo pozytywnych aspektów tego stanu... Ale i mnóstwo negatywnych. Jak żyłam w bardzo szybkim tempie i łapczywie z tym życiem postępowałam, to nie miałam czasu, żeby się nad tym zastanawiać i całkiem nieźle mi było. Teraz napadają mnie chwile, kiedy mam silne poczucie braku, ta energia służyła mi do napisania większości ostatnich piosenek.

– Słuchając ich, miałem poczucie, że Pani, nawet jak kochała i była kochana, to czuła się samotną kobietą.
Kayah:
Taka już jest, niestety, moja skorpiońska natura. Mam talent do widzenia szklanki do połowy pustej, do szukania dziury w całym, wyszukiwania sobie samej problemów. Ale też i takie są moje doświadczenia z mężczyznami, że codzienne problemy były mi zawsze zwalane na plecy. Stąd pewnie rodziło się poczucie samotności, odpowiedzialności za wszystko i wszystkich u boku błękitnego ptaka czy artysty. Macierzyństwo też okazało się wyzwaniem, to była dla mnie nowa rola, niektóre rzeczy mnie w niej przerosły.

– Co Panią przerosło?
Kayah:
Na przykład dyspozycyjność. Kiedy urodziłam dziecko, okazało się, że nigdy nie mogę mieć poukładanego planu.

– Że nie można dziecka wpisać w kalendarz?
Kayah:
Tak, że jest się na każde żądanie, i to żądanie jest stałe.

– Nie lubiła Pani wtedy swojego dziecka, nienawidziła?
Kayah:
Nie, to było takie rozdarcie – z jednej strony wielka miłość i poczucie obowiązku, a z drugiej bezsilność wobec tego wiecznego krzyku, uczucie żalu, że w ogóle się taką decyzję podjęło, że się sobie pęta założyło na ręce i nogi. Za jakie grzechy?! Mój syn był „okrutny”, bo fundował mi serię kolek, zawsze w porach niemożliwych do zniesienia, od trzeciej do szóstej rano. Sięgałam po mądre książki, w nich czytałam, że nie ma żadnych przesłanek, dla których taka kolka ma prawo wystąpić, więc myślałam, że jest to jego złośliwość. Taka świadomość była tak podła i wykańczająca, że gdyby nie Rinke, to bym sobie nie poradziła. On był genialnym ojcem.

– Co robi genialny partner i ojciec?
Kayah:
Wstaje, wyręcza, łagodzi sytuacje, ma więcej cierpliwości,  wyrozumiałości, radzi sobie z dzieckiem i radzi sobie ze mną, w takich sytuacjach jeszcze większym dzieckiem niż moje własne dziecko.

– Mówiła Pani, że to trwało pół roku.
Kayah:
Pół roku trwała cała depresja. W ciąży strasznie  przytyłam, nagle urosłam o 30 kilo. Myślałam, że jak urodzę, to mi to jakoś pójdzie precz, ale, niestety, nie. Akurat wtedy nastąpił największy boom w mojej karierze, czas Bregovicia. Pamiętam, że Roch miał równo miesiąc, kiedy prowadziłam sylwestra w Zakopanem, okropnie denerwowałam się tą podróżą, bo cały świat wydawał mi się takim bezładnym potworem z wielką stopą, który zaraz zdepcze moje delikatne, drobne dziecko. Nie czułam się ze swoją tuszą dobrze i sama świadomość, że występuję w takim stanie przed pięciotysięczną publicznością, była strasznie deprymująca.

– Czuła się Pani kluchą?
Kayah:
Straszną. Ale ponieważ umiem się sama z siebie śmiać, to wyszłam na scenę i powiedziałam, a koncert odbywał się w ogromnym namiocie, że „ten namiot mogłabym na siebie założyć”.

– Zaśmiali się? 
Kayah:
Tak. Nawet. Mimo to jeszcze przez kolejnych 11 miesięcy karmiłam i nie mogłam sobie pozwolić na dietę. Kiedy młody zaczął jeść niezależnie, przyszła mi z pomocą przyjaciółka, dając przepis na dietę. Rygorystyczną. W 13 dni zrzuciłam nadprogramowe 15 kilogramów. Dzisiaj jej nie stosuję, bo nie można wypić grama alkoholu, a ja lubię spędzić wieczór z kieliszkiem dobrego wina.

– A dlaczego Pani myśli, że nie jest alkoholiczką?
Kayah:
Tak twierdzę?

– Tak sądzę.
Kayah:
Myślę, że jestem smakoszem. Alkoholik to chyba ktoś, kto ciągle myśli, czy już może, czy nie, ja tak nie mam. To, co mam, to dzięki sobie samej stresujące życie, więc ciężko jest mi wyłączyć ten łeb wieczorem. Wtedy czasem resetuję się winem.

– Pani zamiłowanie do szukania dziury w całym powodowało, że to Pani rozwalała swoje związki?
Kayah:
Wina zawsze leży pośrodku. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie byłam łatwym partnerem. Kiedyś miałam też straszny problem z zazdrością...

– I jaka Pani wtedy była? Sprawdzała jego komórkę?
Kayah:
Nie, tego nigdy nie robiłam, to jest za niskie dla mnie.

– Jak się Pani dowiadywała o zdradzie, była zimna czy agresywna?
Kayah:
Nigdy nie dowiedziałam się o zdradzie w pojęciu ogólnie przyjętym.

– Czyli była Pani zazdrosna bez sensu?
Kayah:
To zależy, co uważamy za zdradę. Ja uważam za zdradę robienie czegoś z pełną świadomością, że zaboli to twego partnera.

– Seks może zaboleć?
Kayah:
Tak. Ale ja wciąż nie mówię o seksie.

– Ale ja pytam, żyjemy w XXI wieku.
Kayah:
Są ludzie, którym weekendowa poligamiczność i płycizna nie przeszkadzają, natomiast...

– Pani do nich nie należy.
Kayah:
Nie, ja dosyć tradycyjnie wierzę, że jak się kogoś kocha, to się nie robi czegoś, co tę drugą osobę może zranić, nawet jeżeli sami mamy inne wyobrażenie o pewnych rzeczach.

– Czyli rozumiem, że Pani nie zdradzała?
Kayah:
Czasem zwyciężało moje własne ego i czyniłam coś, co było wygodne tylko dla mnie. Przyznaję się. Ale w kontekście rozumienia miłości, związku opartego na niej. Jestem naprawdę starej daty człowiekiem, nie nowocześnie postmodernistycznym. Nie wierzę także w miłość nowoczesną.

– Na scenie emanuje Pani energią. Patrząc na Panią, czasem się zastanawiam, czy to nie jest też energia seksoholiczki?
Kayah:
Dla mnie seksoholik to jest ktoś, kto codziennie kończy w łóżku z kimś innym, lubi też sobie kogoś podporządkowywać. To nie ja.

– Nie, może to robić z tym samym partnerem.
Kayah:
Jak mówiłam, jestem zodiakalnym Skorpionem, a to spośród 12 znaków ponoć najbardziej namiętny. Więc bardzo lubię seks. 

– Za co?
Kayah:
Jest dla mnie rzeczą bardzo naturalną. Wyzwala dużo magicznej energii. Tylko że seks ma dla mnie sens, gdy jest połączony z miłością. Gdybym tak nie uważała, to być może nie gadałabym z panem o samotności, bo ta moja samotność wynika również z tego, że mam brak tak rozumianego seksu właśnie. Wolę nic niż nic, więc mam nic. Unikam płytkich kontaktów i miałkich relacji. Choć zawsze pożądałam i lubiłam być pożądana, ale nigdy za wszelką cenę. Może pan tak mnie odbiera dlatego, że zawsze czułam się wyzwolona, nigdy się nie wiązałam ciasnym gorsetem sztucznie narzuconej moralności, bardzo naturalnie do tego podchodziłam?

– A po czym Pani widzi, że mężczyzna pożąda? Po jego oczach?
Kayah:
Nie pamiętam już dokładnie, ale chyba tak.

– Niech Pani nie histeryzuje.
Kayah:
Nie histeryzuję, naprawdę. To jest coś wspaniałego w oczach. Podziw, akceptacja. W piosence „Nie chcę niczego więcej” śpiewam, że jeśli on będzie miał w oczach podziw, choćby ten najmniejszy, nie dbam już o standing ovation. 

– Wracając do seksu, to jest Pani w nim kobietą szczerą okrutnie, czyli mówiącą: „No, tym razem ci się nie udało”?
Kayah:
Nigdy w życiu. Szczerze to trzeba komuś dawać przyjemność.

– Ale nie recenzować?
Kayah:
Nie, bo seks to nie jest „Taniec z gwiazdami”.

– Nie lepiej, żeby mężczyzna wiedział, czy miała Pani orgazm, czy nie?
Kayah:
Wydaje mi się, że to nie jest najważniejsze.

– A co?
Kayah:
Ta jedność, poczucie tej jedności przez moment chociaż. Dla mnie jest też ważniejsze, by dać komuś przyjemność, bo to jest też moja przyjemność.

– Pani dzisiejsza samotność, oprócz płyty, skutkuje też łzami wieczornymi?
Kayah:
Żyję na tyle intensywnie, że po prostu nie dopuszczam do siebie myśli o tym, co mi dolega. Jestem zadowolona, naprawdę. Smutne są takie momenty, jak napisałam w „na balkonie w Weronie, byłam w Rio, widziałam”...

– Ale byłam sama.
Kayah:
No właśnie. Byłam z przyjaciółmi, cieszyli się sobą, mieliśmy gdzieś wyjść, była sobota wieczór, ale jakoś dobrze im było w pokoju hotelowym i tam zostali, a ja stałam na tym balkonie, otworzyłam sobie winko, zapadał wieczór, hotel był tuż koło oceanu, z okna widziałam plażę i palmy, a na samej górze były takie lepsze favele, gdzieś tam balanga się zaczynała, słyszałam, że grają na bębnach, śpiewają, ludzie się schodzą. W tym gorącym powietrzu to było takie podniecające, seksualnie i sensualnie... A ja, kurka siwa, stałam na tym balkonie sama i nawet nie miałam z kim tego zapachu, tego dźwięku, tych bębnów czy tego oceanu podzielić.

– Ryczała Pani?
Kayah:
Tak, wtedy było mi źle.

– Czemu Pani teraz nie kocha?
Kayah:
Są chwile wielkich uniesień i są chwile spokoju. Miłości mam wiele, kocham moich bliskich, przyjaciół. A że mężczyzny nie... Nie wiem, a co mam zrobić? Stanąć na środku ulicy i krzyczeć: „Chcę kochać! Dajcie mi chłopa!”?

– A jak się znajduje mężczyznę?
Kayah:
Może raczej nie jak, tylko gdzie? Nie mam właśnie pojęcia. Gdybym wiedziała...

– A do tej pory jak to było?
Kayah:
Mam wrażenie, że to oni mnie znajdowali. Mam taką naturę, że nawet jak ktoś mi się bardzo podoba, to zawsze wątpię, czy ja bym mogła mu się spodobać. Odwracam głowę, nigdy nie prowokuję.

– Artysta ma chyba nadęte ego, a nie kompleksy?
Kayah: Mam i to, i to. Kiedyś dowiedziałam się, czym jest moje ego. Dotarł do nas apel, że zbierane są pieniądze na chłopca, który walczy z białaczką na Litewskiej. Chciałam pomóc... Zjechały się ekipy telewizyjne i ja z taką dumą na twarzy szłam do tych kamer, trzymałam na wielkiej pleksie wymalowany czek na 100 tysięcy złotych i myślałam: patrzcie, jaka jestem wspaniała, uratuję  dzieciaka! I kiedy tak udzielałam wywiadu i dumnie wypinałam pierś, był telefon ze szpitala, że chłopczyk nie doczekał. Pamiętam, że zeszło ze mnie powietrze jak z balonika. Fatalnie się czułam, bo zrozumiałam, że to moje ego tak pięknie się chciało tam pokazać.

– Pani też była podejrzewana o białaczkę. To zmienia życie?
Kayah:
Pozostawia w człowieku strach, nadal mam traumę, kiedy odbieram wyniki badań krwi. Na co dzień staram się o tym nie myśleć, ciągle się spieszę, gdzieś gnam, mam straszną niecierpliwość w sobie.

– To nie jest niecierpliwość.
Kayah:
Głód.

– Strach.
Kayah:
Strach, że nie zdążę.

– Że coś Pani nie spotka?
Kayah:
Tak, to prawda, dopiero teraz uczę się nie wychodzić z imprezy ostatnia, zawsze „gasiłam światło”, bo ciągle mi się zdawało, że ominie mnie coś ciekawego.

– A jak nie spotka już Pani „tego” mężczyzny?
Kayah:
Niemożliwe.

– A jak nie?
Kayah:
To spotkam pewnie znowu paru innych. Nie, niemożliwe, żebym nie spotkała żadnego mężczyzny, mam dopiero 41 lat!

– To nie jest kwestia wieku, tylko może już nie będzie w pobliżu takich?
Kayah:
Niemożliwe. Wierzę, że są dwa powody, dla których znów się rodzimy: jeden to jest korekcja, trzeba naprawić to, czego nie zdążyliśmy naprawić wcześniej, czego nie zdążyliśmy zobaczyć, wybaczyć, ewoluować generalnie, a drugi to spotkać „tę” bratnią duszę. Mój mąż na przykład jest moją bratnią duszą, tylko nie na tej płaszczyźnie, na której los nas zetknął. Nie jako mój życiowy partner i już to zrozumiałam, i pogodziłam się z tym. Zrozumiałam, że naszym zadaniem było dać życie. Łączy nas taka nić – dziecko, że choćbyśmy mieli do siebie tysiące pretensji, ja zawsze będę się czuła za niego odpowiedzialna. I zawsze, choćby na końcu świata, wiem, że gdyby mnie potrzebował, to będę.

– Odpowiedzialna za człowieka? Jego męskość dla Pani odeszła?
Kayah:
Czasem łączy ludzi wielka namiętna miłość, która nie wytrzymuje próby dojrzałego uczucia, takiego, które jest w stanie poradzić sobie z codziennością.

– Mówi Pani, że ma 41 lat, a jak słuchałem tej płyty...
Kayah:
To ocenił mnie pan na 75?

– Nie, miałem wrażenie, że te piosenki napisała nastolatka. To taka naiwność licealistki, samotnej, płaczącej licealistki. Co się stało piszącej Kayah?
Kayah:
Myślę, że w życiu nie napisałam bardziej dojrzałych tekstów. Niech mi pan pokaże, gdzie tu ten brak dojrzałości.

– „Jesteś sam, choć cały świat u stóp, masz go tylko pół” – to mogłaby licealistka napisać. Albo: „Dlaczego nie chcesz nic powiedzieć, dlaczego ciągle milczeć chcesz, I love you, I love you” – to też jest liceum.
Kayah:
Ale nie napisała. Ja to napisałam pod wpływem prawdziwych przeżyć, zwykłego ludzkiego smutku. Świat jest jak fortepianowa klawiatura, której siłę jak nigdy czułam, gdy grałam na cztery ręce. 

– Albo to: „Na złość tobie z upadku podniosę się znowu, na złość znów otrzepię się z kurzu i muszę do przodu, na złość wzlecę w górę wysoko, jak Feniks z popiołów, a stamtąd już z uśmiechem pomacham ci”. To jest równocześnie i kobiece, i nastoletnie, że zrobiłeś mi krzywdę, ale ja podniosę się i będziesz żałował.
Kayah:
To jest raczej bardzo kabalistyczne, że ci „pomacham z uśmiechem”, to znaczy, że nie będę miała do ciebie żadnego żalu. Nie pielęgnuję złości, mimo że „na złość się otrzepię z kurzu”.

– Nie boi się Pani, że popadnie w histerię i będzie taką „ryczącą czterdziestką”?
Kayah:
Ja bym chciała być ryczącą czterdziestką! Taką licealną czterdziestką!

– „Ryczącą” w tym sensie, że histerycznie poszukującą faceta.
Kayah:
Jestem dojrzałą kobietą, świadomą własnej wartości. Niezależnie, czy w pojedynkę, czy przy czyimś boku. Nie uważam również, że status kobiety rośnie z mężczyzną przy boku. Że singielka jest kimś gorszym, nieudacznikiem. Znam mnóstwo samotnych kobiet sukcesu, to świadomy wybór. Ja czuję się jednak stworzona do życia z kimś razem. Nie chcę natomiast, by brzmiało to jak rozpaczliwy krzyk o pomoc. Zdarza mi się z dziewczynami poplotkować: „A widziałaś, jakieś nowe zjawisko pojawiło się...”, ale generalnie z żalem muszę powiedzieć, że nie, posucha, panie... Żyjemy w kraju, gdzie są fantastyczne babki, natomiast z facetami jest gorzej...

Rozmawiał Piotr Najsztub
Zdjęcia Magda Wunsche & Samsel/Kayax

Komentarze
Zapraszamy do dyskusji
Czekamy na Twoją opinię w tym temacie. Dołącz do dyskusji!
Marta Żmuda Trzebiatowska
Robert Wolański
Newsy
Marta Żmuda Trzebiatowska – Czasem nie trzeba być świetą!
Tylko w magazynie Viva! Piotr Najsztub namawia do grzechu Martę Żmudę Trzebiatowską!

– Pani jeszcze jest z Przechlewa czy już z Warszawy? Marta Żmuda Trzebiatowska: Jestem i zawsze będę z Przechlewa. – Kiedy czytałem, jak Pani mówi o tym, że wytrzymuje tam dwa dni, bo potem nie ma co robić, pomyślałem: O! Już jest z Warszawy. Marta Żmuda Trzebiatowska: Tak było zawsze, coś mnie roznosiło. – Córeczkę nauczycielską roznosiło? Marta Żmuda Trzebiatowska: Tak. I to było straszne, bo z drugiej strony, od dzieciństwa byłam niewolnikiem masek nałożonych mi przez zawód rodziców. I chciałam się z tego wyzwolić. – Kiedy Pani poczuła, że ma tę maskę? Marta Żmuda Trzebiatowska: Jeszcze przed szkołą. To był taki elementarz zachowań, co przystoi i nie przystoi, które znałam lepiej od tabliczki mnożenia. Chciałam od tego uciec. – A te maski dlaczego właściwie Panią męczyły? W małym środowisku są bardzo użyteczne, wiadomo, co kto ma robić. Marta Żmuda Trzebiatowska: Nie wystarczało mi to. – Dzisiaj byłaby Pani sobie córeczką, laleczką ojca wójta, cudowne życie. Marta Żmuda Trzebiatowska: Laleczką nie. Jeszcze kiedy tam mieszkałam, nie miałam takiego problemu, żeby mnie ktoś nazywał „laleczką”, nie byłam „najpiękniejsza”. – Może Pani pięknieje z wiekiem, musiała Pani najpierw zostać kobietą. Marta Żmuda Trzebiatowska: Z kobietami tak chyba jest, a po drugie, jak kobieta zostaje aktorką, to wszyscy myślą o niej: głupia, ładna i pusta. – I dziwka. Marta Żmuda Trzebiatowska: Też. – W Przechlewie myślą, że aktorki to głupie dziwki? Marta Żmuda Trzebiatowska: Tam znają mnie od dziecka i na pewno o mnie w ten sposób nie myślą. Tam nie miałam nigdy takiego problemu, żeby musieć udowadniać, że mam coś w głowie. Ludzie widzieli we mnie kogoś więcej niż tylko to, co na...

Newsy
Olga Bończyk: "Obiecałam sobie, że nie będę już do tego wracać"
Od ponad roku uczy się być singlem. Ma za sobą trzy związki i dwa małżeństwa – z aktorem Jackiem Bończykiem i dziennikarzem radiowym Tomaszem Gorazdowskim. Po raz pierwszy udziela tak szczerego wywiadu. Razem z Krystyną Pytlakowską próbuje dociec, co wpływa na to, że jesteśmy szczęśliwi lub nie. I dlaczego wybieramy takich, a nie innych mężczyzn.

Jestem pod wrażeniem Pani obrazów. Nie wiedziałam, że Pani maluje.   Nigdy nie sądziłam, że kogoś to może interesować. Poza tym malowanie traktuję jak coś bardzo intymnego, prywatnego. Dlatego ludzie, którzy odkrywają ten fakt, są zdumieni po pierwsze tym, że maluję, a po drugie, że robię to z niezłymi efektami, choć nie mam żadnego profesjonalnego przygotowania. Moja koleżanka kopistka przyznała, że mogłabym na tych obrazach zarabiać. – To terapia? Można się wyłączyć z rzeczywistości? Kompletnie. To coś zdumiewającego, wyjście jakby z jednego świata i wejście w drugi: światłocieni, koloru, wyobraźni. – Wchodzi Pani w obrazy jak Rose Madder, bohaterka powieści Stephena Kinga. Ona uciekała przed brutalnością świata. A Pani przed czym ucieka? Banalnie, przed stresem. Każda premiera, każde wyjście na scenę to dla mnie wyzwanie i trema. – Nie lubi Pani tego, co nowe? Przeciwnie, uwielbiam. Bardziej frustrowałoby mnie, gdyby moje życie stało w miejscu. Jednak, jak każdy, boję się krytyki. Byłoby mi bardzo przykro, gdybym kiedyś usłyszała: „Przecież ona się do tego zupełnie nie nadaje”. Nie ma pani pojęcia, jak bardzo przeżywam mój program kulinarny „Smaczne Go” w Dwójce. To jest dla mnie niesamowite wyzwanie. Nikt mnie nigdy nie uczył, jak prowadzić show. Podobnie jak malowania. – Prawdę mówiąc, też byłam zaskoczona. Objawiła Pani temperament zupełnie inny niż jako aktorka. To program improwizowany. Nie czytam tekstu z telepromptera, mam tylko ogólny scenariusz, reszta to dzieło chwili. Po kilku odcinkach oceny widzów są bardzo dobre, więc jestem szczęśliwa, że mam w tym swój udział. – Rozumiem, że uwielbia Pani być robotem wieloczynnościowym: śpiewanie, muzyka, aktorstwo, malowanie, a teraz kierownik programu TV....

Newsy
Kinga Rusin: Pierwsza rozmowa po rozwodzie
„Małżeństwo miało być portem w czasie burzy, a okazało się burzą w porcie”, mówi Kinga Rusin, dziennikarka TVN i gwiazda IV edycji „Tańca z gwiazdami”. Przeczytajcie jej pierwszy wywiad po rozwodzie z Tomaszem Lisem.

– Dlaczego zgodziła się Pani wziąć udział w „Tańcu z gwiazdami”? Też się nad tym zastanawiałam. Najlepszy dowód, że umowę z TVN podpisałam dopiero na 20 minut przed konferencją prasową. Myślę, że to potrzeba zmiany. – Można i później. Nie można, bo z wiekiem traci się na atrakcyjności. No i mój kręgosłup, który nadwerężyłam na nartach, mając 15 lat, mógłby już nie wytrzymać. Miałam jednak wątpliwości. Gdy poprzednio zaproponowano mi udział w tym programie, zdecydowanie odmówiłam. – Dlaczego zmieniła Pani zdanie? Mam ochotę na szaleństwo. Może taniec pozwoli mi wrócić do tej kobiecości, która kiedyś była we mnie? Ostatnio słyszałam, że coraz więcej jest we mnie mężczyzny. – Mężczyzny? Przybija Pani gwoździe, wkręca śruby? Nie, nie. Mężczyzny w sensie emocjonalnym – takie zamykanie się na kobiece emocje, taka męska twardość głowy rodziny. Te cechy zaczęły u mnie dominować. – I przestraszyła się Pani? Może… Przyszedł moment, gdy pomyślałam, że w końcu muszę zrobić coś dla siebie. Taniec to jak nauka nowego języka. Ciałem można powiedzieć więcej niż słowami. – Chce Pani wyzwolić swoje ciało spod kontroli? Mnie to fascynuje, podoba mi się swoboda w tańcu, urzekają tancerze. – Na przykład Włoch Stefano, z którym Pani zatańczy? On ma w sobie ogromny optymizm. – A Pani nie? Mam parcie do przodu, ale jeśli coś mi nie wychodzi, zostawiam to. Stefano cały czas się śmieje, ma pozytywną energię, chociaż już wie, że trafił na trudny egzemplarz. Obserwuje mnie i mówi: „Poznasz swoje prawdziwe ja i jeszcze się zdziwisz”. – Jest coś, co Panią może w sobie zdziwić? Może okaże się, że...

Nasze akcje
maseczki-orientana
Fleszstyle

Maseczki stworzone przez naturę – 99% naturalnych składników i 100% skuteczność! 

Partner
kosmetyki-alkemie
Fleszstyle

Alkmie - polska marka, która tworzy kosmetyczne dzieła sztuki!

Partner
Newsy

Natura i nauka łączą siły w walce ze zmarszczkami. Poznaj kosmetyki Botanical HiTech

Partner
jane-perkins
Newsy

Plastikowa REwolucja, czyli o sile REcyklingu!

Partner
anabelle-minerals
Fleszstyle

Doskonały makijaż w duchu eko i zero waste: odkryj mineralne kosmetyki Annabelle Minerals! 

Partner