Justyna Steczkowska
Viva!
Szczere wyznania

Justyna Steczkowska: Matka, żona, ikona i dziewczyna ze Stalowej Woli

Justyna Steczkowska
Viva!

– Czujesz się ikoną stylu?


Nie. Moda jest jednym z elementów mojej pracy, ale nie jestem jej pasjonatką. Podziwiam tych najlepszych za kreatywność, ale moja kreatywność przejawia się najbardziej w muzyce.

– Ludzie postrzegają Cię jako ikonę stylu.


Nie sądzę, żeby tak było. Myślę, że tyle zdań na mój temat, ile ludzi.

– Co to jest styl według Ciebie?


To zależy, o co pytasz. Można powiedzieć, że ktoś ma styl i klasę, i nie wiązać tego z modą. Generalnie wydaje mi się jednak, że styl to wyraz osobowości człowieka. Mój wizerunek jest częścią mojej pracy, więc musi być zgodny z tym, co czuję, z moim charakterem. Im bardziej wyrażam siebie w mojej pasji, jaką jest muzyka, tym lepiej.

– Jak tworzyłaś swój styl?


Zmieniał się ze mną, dojrzewał, tak jak i ja się zmieniałam w swoim stylu.

– Wychowałaś się w Stalowej Woli. Jak tam ubierały się kobiety?


W Stalowej Woli i w Rzeszowie. To najważniejsze miasta w moim życiu. Tam dorastałam. Ale nie ma co porównywać tamtych czasów do tych, w których żyjemy teraz. Dziś mamy wszystko, wtedy nie mieliśmy nic, oprócz wyobraźni, więc szyłyśmy „kreacje” z każdego ładnego fragmentu materiału, który udało nam się zdobyć. Jak patrzę na zdjęcia z tamtych lat, to muszę przyznać, że wyglądałam dość ekscentrycznie.

– Czyli jak?


Dokładnie tak, jak powiedziałam – ekscentrycznie. Ekscentrycznie jak na tamte czasy i mój wiek. Nosiłam się z lekka dekadencko. Długie, czarne peleryny, kapelusze, meloniki zdobyte na starych targach. Z guzików odrywanych z eleganckich babcinych ubrań i rzeczy przysyłanych od ciotki z Australii robiłyśmy biżuterię.


– Kto był dla Ciebie wzorem na początku kariery?


Nikt. Nie miałam wzorów ani idoli. W liceum kochałam się w Christopherze Lambercie, który grał Tarzana, i wydawał mi się wtedy najpiękniejszy na świecie! Słuchałam też audycji w Trójce, gdzie puszczali moje ukochane zespoły: Dead Can Dance, Cocteau Twins, Swans. Kochałam tych artystów, ale nie mogę powiedzieć, że ktokolwiek był dla mnie wzorem. Raczej inspiracją. Zmuszałam się też do słuchania Slayera i ciężkich metalowych kapel, bo kochałam się w długowłosym chłopaku, który słuchał tylko takiej muzyki, a ja chciałam być jego dziewczyną (śmiech).

– Na początku stylizowałaś się na Ewę Demarczyk?


Nie przypominam sobie, żebym kopiowała jakiś styl, chyba że w teatrze lub na scenie, opowiadając historię postaci. Nie nosiłam też opaski ani grzywki jak Ewa Demarczyk, ale niewątpliwie podziwiałam ją jako artystkę. Po latach nawet dojrzałam do tego, żeby zaśpiewać kilka z ogromu tych fantastycznych utworów, które napisał dla pani Ewy Zygmunt Konieczny.

– Czy Grzegorz Ciechowski, który napisał tekst do „Dziewczyny szamana”, radził Ci, jaki masz mieć styl sceniczny?


Nie. Wtedy to był po prostu mój styl. Taka byłam. Trochę mroczna, zakręcona, zatopiona w swoich dźwiękach, kompozycjach, muzycznych wizjach. Grzegorz niczego mi nigdy nie narzucał i pozwalał mi pisać moje własne piosenki, do których on z kolei pisał fantastyczne teksty.

– Podobno Twój menedżer nakłaniał Cię do czarnego, mrocznego stylu? Tworzył zimny wizerunek, z dystansem do ludzi.


Nigdy mnie do niczego nie nakłaniał. Dwadzieścia lat temu nawet nie znaliśmy pojęcia „wizerunek” (śmiech), ale prawdą jest, że odseparował mnie trochę od ludzi. Taka rola menedżera.

– Odseparował? Trzymał pod kluczem?


Bez przesady. Po prostu załatwiał wszystko za mnie, a ja mu ufałam. Był dobrym, bardzo pracowitym menedżerem, ale myślę, że „sprzedając” mnie jako artystę, tworzył mój wizerunek niedostępnej gwiazdy, zdystansowanej do ludzi. A ja nie czułam się ani gwiazdą, ani nie byłam osobą zdystansowaną, tylko wręcz przeciwnie – przesadnie ufną. Patrząc na to z perspektywy czasu, myślę, że miało to swoje dobre strony, ale przyznam szczerze, że trudno mi to jednoznacznie ocenić.

– Jakie błędy wizerunku popełniłaś? Czego dziś już byś nie zrobiła?


Nie wiem… zapewne nieraz okropnie się ubrałam lub przesadziłam z makijażem, ale czy to ma jakieś znaczenie tak naprawdę?

– A „uczniów” w „The Voice of Poland” przed jakimi błędami przestrzegasz?


Mówię bez ogródek o pułapkach show-biznesu. Proszę, żeby uważali na to, co podpisują, żeby walczyli o swoje własne ja, starali się pomimo wszelkich trudności przede wszystkim grać koncerty, rozwijać się, mieć jasno wytyczony cel i swoją muzykę, i własną wizję jej brzmienia. Ale wiem, że to wszystko nie jest łatwe…

– A po co Tobie właściwie udział w „The Voice of Poland”?


Po prostu lubię ten program. Ma w sobie szlachetność i jest dobrze zrobiony, a ponieważ skończyłam przygotowywać dwie swoje płyty na 2014 rok, mogłam sobie na to pozwolić. Siedzenie na tym fotelu zobowiązuje. Trener nie może być tylko gadającą kukiełką, ale muzykiem z krwi i kości, który tworzy, koncertuje, nagrywa płyty, myśli, jest pasjonatem swojej muzycznej pracy.

– Czy ludzie próbowali Cię zmieniać? Przy płycie „Daj mi chwilę” ociepliłaś wizerunek?


Próbowali, namawiali, a ja chciałam dobrze. Ale prawda jest taka, że najlepiej każdemu z nas wychodzi bycie sobą. Nie znaczy to, że sobą nie byłam, ale łagodna i ciepła to ja jestem prywatnie, dla bliskich mi ludzi. Scena nie jest miejscem prywatnym. Podobnie jest z muzyką. Musi być szczerym wyrazem tego, co czujesz, bo nawet najlepiej opakowana i dobrze sprzedana nic ze sobą nie niesie.

– Wróciłaś do drapieżnego wizerunku?


Czy mój wizerunek był kiedykolwiek drapieżny? To zależy, co znaczy dla ciebie „drapieżny”.

– Drapieżna jest ostatnia płyta – „XV”. A teledysk „Tatuuj mnie” jest wręcz perwersyjny.


Perwersyjny (śmiech)? Wydaje mi się, że mężczyzna w twoim wieku powinien wiedzieć coś więcej o perwersji (śmiech). Chyba jej nie wysłuchałeś do końca. A składa się z dwóch części. Jedna jest mocno rockowa, druga wręcz przeciwnie, ma w sobie melancholię i intrygujące rytmy.

– Półnagie ciała, ostrza, skóry nabijane ćwiekami.


Jeżeli działa na ciebie, to dobrze. O to chodzi. Sztuka nie może być letnia. Szkoda mi czasu na opowiadanie rzeczy oczywistych. Po co ja mam to robić?

– Ale z jakiegoś powodu zaglądasz w swoich teledyskach w mroczny, erotyczny świat.


A ty nie zaglądasz? Nie szukasz w sobie czasem emocji innych niż codzienność? Myślisz, że znamy siebie do końca? Śmiać mi się chce czasem z samej siebie, bo nienawidzę horrorów, ponieważ autentycznie boję się je oglądać, ale pomimo wszystko ciągnie mnie do kina, żeby zobaczyć takie obrazy. Kiedyś po koncercie w Łodzi poszłam do kina z siostrą i jej mężem na jakiś horror właśnie i kiedy po obejrzeniu wróciłam do swojego pokoju hotelowego, byłam naprawdę przerażona. Więc czym prędzej zapukałam do pokoju Krysi i Miszy i poprosiłam, żeby przenocowali ze mną w moim apartamencie, bo w przeciwnym razie umrę ze strachu w samotności (śmiech).

– Przez Twój styl mówią o Tobie „Czarna wdowa”, „Córka Drakuli”. Nie masz dość takiego postrzegania?


Wiesz, czasami bawią mnie takie pytania z kosmosu (śmiech), ale oboje wiemy, że show-biznes rządzi się swoimi prawami, a głupoty w nim nie brakuje, ty musisz mi zadać takie pytanie, a ja muszę odpowiedzieć, więc staram się tolerować i takie sytuacje. Jednak pozwolisz, że nie będziemy rozwijać tego tematu (śmiech).

– Pojawiasz się w telewizji śniadaniowej ubrana jak diwa, na wysokich koturnach. Ludzie Cię za to nie lubią. Wiesz o tym?


Nie wiem i myślę, że ty też tego nie wiesz, bo jesteś człowiekiem w liczbie jeden i nie możesz wiedzieć tak naprawdę, co lubią inni. Poza tym nie jest ważne, co myślą o nas „oni”, ale to, co myślimy o sobie sami, czy potrafimy słuchać serca i szanować siebie samego, bo tylko to przekłada się na miłość i szacunek do innych ludzi.

– Jesteś niewolnicą wizerunku scenicznego? Zawsze „zrobiona”. Nigdy w dresie, na luzie.


Dlaczego mylisz niewolę z byciem sobą? Mój luz to szpilki i kobiecość. Dres jest do ćwiczeń, ale nawet dres oryginalnie uszyty i zestawiony ze szpilkami potrafi wyglądać sexy (śmiech).

– W kuchni też chodzisz w szpilkach?


Nie i zdejmuję je też, wchodząc na plażę (śmiech).

– Ale nie można przyłapać Cię w dresach, jak skaczesz po mleko?


Nie, nie można, bo ja się tak nie ubieram i nie piję mleka. Od dziecka miałam na tym punkcie przysłowiową szajbę. Mam takie śmieszne zdjęcie z dzieciństwa. Była u nas komunia i miał przyjść fotograf. Dzieci wystrojone czekały na niego, ale po godzinie im się znudziło i poszły się bawić. Tylko ja jedna siedziałam i czekałam w tym sweterku od cioci z Australii, białym z granatowymi lampasami i sześcioma złotymi guzikami. Kiedy w końcu pojawił się fotograf i zrobił zdjęcie, dzieci były spocone i umorusane, tylko ja stałam w ubranku czyściutka i uczesana (śmiech). To jedno z moich ulubionych zdjęć. Śmieszy mnie na nim moje „ja” i wzrusza jednocześnie.

– I tak masz od tamtej pory?


Tak mam przez całe życie. Wszyscy już dawno o czymś zapomnieli, poszli się bawić, a ja wciąż siedzę i pracuję. Muszę skończyć to, co zaplanowałam, i nie pozwalam sobie na to, żeby być niesłowną wobec siebie i innych. W pracy jestem zasadnicza do bólu. Prywatnie na szczęście nie. Jestem dość wyluzowanym domownikiem.

– W show-biznesie przecież łatwo wyluzować – amfetamina, kokaina…


Nie, nie. Jestem mamą, nie wyobrażam sobie, że coś zażywam dla poprawienia humoru albo swojego ego. W sobie szukam dobrej energii i dobrych myśli. Nigdy nie byłam od niczego uzależniona, z wyjątkiem herbaty i mocnego, czarnego espresso. Chociaż miałam miliony okazji, żeby wpaść w takie środowisko. Byłam nastolatką, gdy wyjechałam z domu i nie miałam nad sobą bata. Grałam z ludźmi starszymi od siebie, rockmanami, którzy lubili używki. Ale ja zawsze wiedziałam, kiedy powiedzieć „stop”. Uzależnienia zabijają osobowość i kreatywność, chociaż kiedy jesteś pod ich wpływem, może wydawać się zupełnie inaczej.

– Jaka kobieta jest dla Ciebie wzorem wizerunku, osobowości?


Niewątpliwie jest ich kilka. Kobiecość Moniki Bellucci jest urzekająca. Uroda, odwaga i zaangażowanie w sprawy społeczne Angeliny Jolie godne podziwu. Dziewczęcy wdzięk Audrey Hepburn wzruszający, „kobieca niedostępność” Marleny Dietrich pociągająca, a talent Edith Piaf powalający… i tak mogłabym wymienić jeszcze wiele zjawiskowych kobiet.

– Kobiety boginie.


Tak, są boginiami i obserwowanie ich to wielka przyjemność. Ale nie zazdroszczę im. I chociaż szczerze podziwiam, nie miałabym siły być na ich miejscu. Dla mnie normalne życie jest absolutnie pięknym stanem. Czas z dziećmi, nawet siedzenie i oglądanie po raz setny tej samej bajki, jest wielką przyjemnością i nie zamieniłabym tego na żaden pomnik.

– A Ty jaką czujesz się dziś kobietą?


Dobrą… spełnioną, kochaną. Jestem też pracowitą szczęściarą.

– Czy czterdziestka to wyraźna granica? Coś zmieniło się w Tobie?


Wiek nie jest granicą. Nie jest też ograniczeniem. Wszelkie ograniczenia mieszkają w naszej głowie. To my budujemy granice, przestajemy wierzyć, marzyć, łamiemy sami siebie.

– W jakim miejscu swojego życia jesteś?


W bardzo dobrym, ale życie to nieustanna zmiana, rozwój, docieranie do samego siebie. Życie jest darem i kolejną lekcją dla duszy. Czasem wiele rzeczy musi się wydarzyć, żebyśmy zrozumieli, jaką wielką siłą jest uczucie wdzięczności, szacunek do drugiego człowieka, miłość.

– Kiedyś powiedziałaś o sobie: „Byłam zbyt pewna siebie. Bezczelna gówniara”.


Byłam taka, gdy byłam bardzo młoda. Być może była to moja ochrona przed światem, ukrywająca niepewność. Zbyt mało wiedziałam o życiu, ale uwielbiałam się mądrzyć. To taki nastoletni czas buntu, poszukiwania samego siebie. Na szczęście rodzice nie musieli tego znosić, bo byłam w liceum muzycznym, daleko od domu. Potem z tego wyrosłam. Dojrzałość jest zrozumieniem, że wdzięczność i pokora mają olbrzymią siłę. Wdzięczność jako uczucie do drugiego człowieka, do dziecka, do wszechświata, do tego, w co wierzysz. To jest potężne narzędzie, dzięki któremu nasze życie staje się lepsze. Jeśli potrafisz być wdzięczny, to potrafisz być naprawdę dobrym człowiekiem.

– Ty potrafisz?


Tak… Zrozumienie tego nie przyszło do mnie z dnia na dzień. Pomogły mi spotkania z ludźmi, którzy nieprzypadkowo pojawiali się w moim życiu, niezwykłe książki, które wpadały w moje ręce właśnie wtedy, kiedy szukałam odpowiedzi. Kiedy pojawiły się nasze dzieci, otworzyły przede mną zupełnie nową przestrzeń. Są naszym najlepszym lustrem i nauczycielem.

– Ale przecież jesteś gwiazdą. W tym miejscu trudno o pokorę.


Nieprawda. Gwiazdorstwo nie ma tu nic do rzeczy, bo bez narzuconych społecznych ról i stanowisk wszyscy jesteśmy przede wszystkim ludźmi równymi sobie. Myślę, że dlatego ludzie lubią ze mną pracować, bo nie sprawiam problemów. Staram się nie spóźniać, nie mam kaprysów ani wygórowanych żądań wobec swojej osoby. Wiem, że każdy członek ekipy – także ten, który nosi kable – pracuje na mój sukces. Tak, jak ja pracuję na jego. Bo nie oszukujmy się, każdego z nas, czy jest gwiazdą, czy prawnikiem, czy panią w kiosku, dotykają podobne problemy. Wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani i za siebie odpowiedzialni. Za każde wypowiedziane słowo, dobry i zły czyn.

– Planujesz poprawianie urody?


Poprawianie – nie, ale dbanie o nią – tak. Żeby wyglądać zdrowo i przyjaźnie dla otoczenia, trzeba być konsekwentnym. Dbanie o siebie to nie tylko dobry krem i nowoczesne zabiegi, które pomagają nam wyglądać młodziej, ale też zadbane włosy, zdrowe odżywianie, ruch i radość życia, która każdemu dodaje uroku.

– A może coś oprócz twarzy zmienisz?


Myślisz, że już powinnam?

– Broń Boże! Ja tylko pytam o przyszłość.


Przyszłość jest wielką niewiadomą. Być może kiedyś naturalnie starzejące się ciało będzie najbardziej pożądanym elementem, bo przypomni nam – w czasach, w których obsesyjny kult młodości potrafi więcej zniszczyć, niż dać – że natura jest piękna, nawet w swej niedoskonałości.

– Kto dba, żebyś pięknie wyglądała?


Na co dzień dbam o siebie sama. Ale w pracy jestem związana z różnymi ludźmi, którzy dbają o mój wizerunek. Marcin Urbański dba o moje włosy na wyjścia. Ewa Gil o makijaż. Młodzi projektanci, między innymi Marta Boliglova, Michał Pająk czy niedościgniony w kreowaniu kobiecości Maciej Zień, dbają o moje suknie. Robię też często buty na zamówienie u Marcina Miętusa, bo na scenie musi być wygodnie i zjawiskowo. Nad całością stylizacyjnie czuwa Jarek Szado.

– Chłopak ze Stalowej Woli, jak Ty?


Tak, dlatego trzymamy się razem i tolerujemy swoje niedoskonałości (śmiech). Moja menedżer i współpracownicy też mają głowę na karku. Gdy są ważne wyjścia, myślą, co robić, żeby ich „szefowa” godnie ich reprezentowała.

– Żeby zaskoczyć?


Mam świadomość tego, że nie jestem w modzie zbyt zaskakująca, czasem nawet przewidywalnie nudna (śmiech), ale uwierz mi, po prostu żal mi czasu na myślenie, w co się ubrać. Poza tym lubię wyglądać kobieco i nie czuję potrzeby zmieniania tego. Moja głowa jest zajęta nieustannie dźwiękami, koncertami, nagraniami. Nie mam czasu tego wszystkiego śledzić, bo nie mogłabym robić muzyki.

– Ty tylko chodzisz przymierzać?


Tak, akceptuję, albo mówię: „Poszukajmy czegoś innego. Może to fajne, ale nie czuję się w tym dobrze”.

– Za niski obcas?


Obcas zawsze jest za niski (śmiech).

– A na co dzień kto Cię ubiera?


Nikt, przecież nie jestem królową i ubieram się sama (śmiech). Po prostu wstaję rano, patrzę na ten rząd ciuchów, które wiszą na wieszakach, i wzdycham, jak większość kobiet: „Cholera, nie mam się w co ubrać”. To takie typowe dla nas. Oczywiście mam się w co ubrać, tylko potrzebuję trochę wyobraźni, a panna wyobraźnia śpi dłużej ode mnie i budzi się po dziewiątej!

– Lubisz kupować sobie ciuchy?


Czasem lubię. Czasem szukam ubrań w Internecie, ale już kupowanie zlecam, bo nie mam na to czasu.

– A na wakacjach za granicą?


Coś ty, na wakacjach w ogóle nie siadam przed komputerem. Chyba że dzwoni menedżer, żebym odebrała maila. Wakacje są dla nas. Jesteśmy zawsze na nich razem z dziećmi i to są najfajniejsze chwile. Lenistwo plażowe albo zimowe szaleństwa, dużo dobrego jedzenia i brak pośpiechu. Jeśli już coś kupujemy, to prezenty dla rodziny. 

– Właśnie. Częścią Twojego wizerunku jest zupełny brak skandali. Porządna rodzina, dzieci, jeden mąż.


Jeden mąż to dopiero skandal (śmiech).

– W show-biznesie to rzadkość. Jak Ty to robisz?


Rzeczywiście, show-biznes jest trudnym miejscem do podtrzymywania więzi. Tym bardziej, że jak media już na kimś usiądą, to nie pomagają w mediacji. To miejsce, w którym łatwo przepompować swoje ego. Ale mój mąż nie jest moim fanem, a w domu nie jestem gwiazdą, tylko żoną, mamą, przyjaciółką. A co nas trzyma razem tyle lat? Najprostsza i najtrudniejsza rzecz pod słońcem. Miłość…

– Jaką płytę teraz wydasz, szczęściaro? Drapieżną?


Niezwykłą i kolejny raz niż poprzednie!!! Singiel już w kwietniu. Tekst napisała Kasia Nosowska. Ten rok to dla mnie samej przełom w tworzeniu muzyki. Otwieram przestrzeń dla nowych dźwięków i pozwalam im płynąć…

Rozmawiał: Roman Praszyński
Zdjęcia Zuza Krajewska/LAF
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Ewa Gil
Fryzury Marcin Urbański
Scenografia Ewa Iwańczuk
Manikiur Małgorzata Sosińska/Milagro
Produkcja Ela Czaja
Asystenci stylistki: Paulina Szczerkowska, Marek Przesmycki
Postprodukcja Paweł Derkacz
Oświetlenie Piramida Films

 

Więcej na temat Justyna Steczkowska
Przeładuj

Kto pierwszy powiedział "kocham"? Oliwia czy Łukasz ze "Ślubu od pierwszego wejrzenia"? Zdradzili, jak wyglądała ta wyjątkowa chwila

zobacz 01:32