Jerzy Hoffman
Zenon Żyburtowicz
Szczere wyznania

Jerzy Hoffman: "Jeśli zdrowie pozwoli..."

Jerzy Hoffman
Zenon Żyburtowicz

Gdy kręci filmy, bywa nieznośny dla bliskich. Przechodzi od euforii po wściekłość. Zawsze był silny jak tur. Ściskając przyjaciela, mógł połamać mu żebra. Ale w olbrzymim ciele kryje się romantyczna dusza. Żartuje, że był jak sieć, do której wpadały kobiety. Dziś w jego życiu liczą się tylko dwie – Jagoda i Joanna. Żona i córka. Nie gdyba, co by było: „To Pan Bóg pisze scenariusze na życie”. Najchętniej nie ruszałby się z Mazur, gdzie ma urocze siedlisko na wodzie, zwrócone oknami w stronę jeziora, własną przystań i łódkę. Tam ładuje akumulatory.

– Mówi się, że mężczyzna powinien zrobić trzy rzeczy: zbudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna. Jaki jest bilans?
Jerzy Hoffman:
Dom wybudowałem, drzewa posadziłem, chociaż moje plany zrobienia sadu owocowego spełzły na niczym, bo korę na drzewach zjadły zające. Kiedyś były tu potężne wiązy, ale jakaś zaraza je załatwiła. Z synem mi nie wyszło, mam za to bardzo udaną córkę, która tytułem rekompensaty dała mi dwóch świetnych wnuków. Byli tu niedawno.

– Nazwał Pan tę mazurską przystań sanatorium dla duszy?
Jerzy Hoffman:
Tak mi się kiedyś wyrwało. Widzi pani jezioro Łaśmiady, jest magnetyczne. Można się na nie gapić godzinami. Albo jest spokój, albo mała bryza jak teraz, albo potężne fale bijące tak mocno o brzeg, że słychać to wewnątrz domu.

– Jest Pan romantykiem?
Jerzy Hoffman:
Jestem emocjonalny i jeśli coś chwyci mnie za gardło, to daję się prowadzić jak koń za uzdę. Kiedy na filmie mam łzy w oczach, ściśnięte gardło, to idę za tym jak w dym, bo to do mnie przemawia. A tu niemal jak w kinie. Pięknie jest, jak pojawia się tęcza, jak pada deszcz i jak jezioro skute jest lodem. Cisza aż w uszach dzwoni. Tylko rano słychać różne ptaki przylatujące na ganek. Czasem widzi się bobra, słychać jakieś grzechotanie w domu pod sufitem, bo pewnie żyje tam kuna.

– Nie za duża ta głusza?
Jerzy Hoffman:
Boże broń! Jak chcę mieć ludzi w koło, to ich mam, bo jestem bardzo społeczne bydlę. Ale nie nudzę się sam ze sobą. Jest tyle nieprzeczytanych książek. Nagle się okazuje, że tutaj człowiek znajduje czas, aby je przeczytać. Mam różne możliwości rekreacji: basen, siłownię i mojego psa Skata. Nad wszystkim czuwa Agnieszka, która wspaniale prowadzi mój mazurski dom i zajmuje się gośćmi. Zresztą ten dom nie lubi być sam, murszeje w pustce, tak jak ja.

– Zawsze ma Pan też towarzystwo wędkarzy, bo ryby tu biorą najlepiej!
Jerzy Hoffman:
Amatorów łowienia było tutaj sporo. A teraz mam tylko najazdy brydżystów. Urządzamy sesje trwające po trzy dni i trzy noce. I dobrze jest.

– Nie korci Pana, żeby prysnąć gdzieś w świat?
Jerzy Hoffman:
Nie. Po ostatnim pobycie w szpitalu muszę być podłączony do tlenu 16 godzin na dobę. Nie wolno mi się ruszać bez kondensatora,  wykluczone są dalekie podróże lotnicze. Już za ocean, gdzie bardzo czekają na „Bitwą Warszawską 1920”, nie polecę. Cóż zrobić: „I wódka nie ta, i śledź nie ten, nie ta aura nad bufetem”. Ciężko sobie na to zapracowałem, jak mówi moja żona Jagoda. Wszystkie jej groźby i prośby, żebym zaprzestał palenia, zbywałem śmiechem. Aż doszło do tego, że miałem do wyboru: palić albo żyć, więc wybrałem życie.

– Słusznie!
Jerzy Hoffman:
Ale przez to palenie kaszlałem tak niemiłosiernie, aż sobie złamałem żebra. A one przebiły płuca i  nastąpił wylew wewnętrzny. Poczułem potworny ból, po półgodzinie zrobiłem się cały fioletowy.  To wydarzyło się pięć lat temu, a 30 grudniu 2009 roku, chociaż od dawna nie palę, znów siny wylądowałem w szpitalu. 30 dni spędziłem na OIOM-ie. I gdyby nie profesor Adam Torbicki, to byłbym po tamtej stronie.

– Słyszałam, że przed zdjęciami do „Bitwy Warszawskiej 1920” Hoffman nagle wyzdrowiał i ze szpitala ruszył prosto na plan filmowy? To cud.
Jerzy Hoffman:
Cud. Wychodzę z założenia, że co mnie nie zabije, to wzmocni! (Śmiech). Poza tym jak można zmarnować taką okazję? Kiedyś stoczyłem 30-letnią wojnę, żeby nakręcić całego Sienkiewicza. I jak mi Izabella Cywińska, pierwsza minister kultury III RP, obcięła dotację na „Ogniem i mieczem”, to z Jurkiem Michalukiem, moim przyjacielem i producentem, przez 11 lat czapkowaliśmy, żeby zebrać pieniądze na film. A na „Bitwę Warszawską...” pieniądze same przyszły od Mariusza Gazdy i BZ WBK – takiej  hojności doświadczam po raz pierwszy.

– Skąd pomysł, żeby kręcić w 3D? Weteran kina bierze się za nowoczesną technikę, żeby trochę przytrzeć nosa młodziakom?
Jerzy Hoffman:
Nikomu nic nie ujmując, nie muszę się z nikim ścigać, nie korzystam z komputera, jeśli to panią ciekawi (śmiech). Moja córka Joanna, na stałe mieszkająca w Stanach, jest współtwórcą pierwszego Maca. Mój starszy wnuk, który obok kierunku komputerowego studiuje również kino, komputer miał w małym palcu niemal wtedy, jak zaczął chodzić na czworakach. To wystarczy w rodzinie. A z pomysłem 3D wyszedł Sławomir Idziak, najlepszy operator od scen batalistycznych. „Bitwa Warszawska...” będzie pierwszym w Europie filmem długometrażowym w technice trójwymiarowej, nie żadnym science fiction, tylko z udziałem żywych aktorów, w prawdziwych plenerach. Amerykanie po obejrzeniu filmu oświadczyli, że nasze sceny batalistyczne są świetne i wytrzymują konkurencję z najlepszymi amerykańskimi filmami.

– W obsadzie znalazły się znane gwiazdy kina, choć główną rolę kobiecą dostała Natasza Urbańska, filmowa debiutantka.
Jerzy Hoffman:
Natasza to jest zwierzę kamery, w filmie zagrała samą siebie –  tancerkę i śpiewaczkę kabaretową. Ale uniosłaby każdą inną dramatyczną rolę. Z kolei Borys Szyc, grający jej narzeczonego, ma w sobie to szaleństwo, które miał kiedyś James Dean czy młody Cybulski. Daniel Olbrychski perfekcyjnie zagrał marszałka Piłsudskiego. I jeszcze jedno: wszyscy bohaterowie historyczni są niesłychanie podobni do pierwowzoru, zarówno Wincenty Witos, jak i Wieniawa-Długoszowski w wykonaniu Lindy, tak samo jak Tuchaczewski, Lenin, Stalin. Fenomenalnie zagrał czekistę Adam Ferency.

– Jako pierwszy reżyser wziął się Pan za Cud nad Wisłą. Nietrudno dostrzec, że tylko Hoffman zmaga się z naszą historią...
Jerzy Hoffman:
No widzi pani, cuda się zdarzają. Kiedyś nie mógłbym o tym marzyć. A to była nasza jedyna wojna wygrana samodzielnie od XVI wieku. Zatrzymała pochód Armii Czerwonej na Europę, rozwiała nadzieję Lenina i jego otoczenia na rewolucję światową, a Polakom dała 19 lat niepodległości. Niewątpliwie przyłożył się do tego Piłsudski, wówczas jedyny człowiek, który mógł przywrócić żołnierzowi wiarę w zwycięstwo. Chociaż wygraną w sierpniu 1920 nazwano Cudem nad Wisłą,  przypisując zasługę Najświętszej Pannie, żeby mu chwałę zwycięstwa odebrać.

– A Pan biłby się dziś za ojczyznę?
Jerzy Hoffman:
Mam prawie 80 lat. W tym wieku trudno o tym myśleć, czy człowiek potrafiłby się bić. Najpewniej w ciągu 15 minut zostałbym ostrzelany, bo nie potrafiłbym szybko uciekać.  Pojęciem ojczyzna szermuje się u nas bardzo często, nie schodzi ono z ust naszych polityków, ale robi się wszystko, żeby je zdeprecjonować. Pomimo pozornego cynizmu młodych ludzi, jestem przekonany, że gdyby doszło do spraw ostatecznych, to znowu szeregi młodych by się zapełniły. Tylko kto miałby być tym wrogiem, z kim mielibyśmy walczyć? Pamiętam, jak w czasach pierwszej „Solidarności”, po którejś wódce, Tołomusz Okiejew, świetny rosyjski reżyser, mówił: „Jurka, ty wiesz, jak ja bym nie chciał przyjechać do ciebie na czołgu”. A ja mówię: „Tołomusz, ty wiesz, jak ja bym nie chciał stanąć przeciw tobie na barykadzie”. On: „Jurka, ty wiesz, że będę płakać, jak będę musiał cię zabić”. Na to ja: „Nie płacz, Tołomusz, ja też umiem strzelać”.

– Największe wojny Jerzego Hoffmana?
Jerzy Hoffman:
Zawsze człowiek musiał o coś walczyć: w 1968, żeby skończyć „Pana Wołodyjowskiego” i nie dać się wyrzucić z Polski, co bardzo chciano zrobić. Przeszedłem domowe rewizje i piekło przesłuchań.  Któregoś razu koło piątej rano towarzysz ciągle mnie przesłuchuje, a ja mam być o ósmej na planie. Mówię: „Chcecie, żebym wyjechał, dobrze. Moja żona Wala jest obywatelką radziecką, ja skończyłem studia w Moskwie, więc wyjadę do ZSRR”. I to było ostatnie przesłuchanie. Kiedy walczyłem o zakończenie Trylogii, wynajmowaliśmy z żoną swoje mieszkanie, pętaliśmy się po różnych domach, żeby przetrwać. O co jeszcze walczyłem? Bo ja wiem, o przyzwoitość. Potrafię bardzo wiele wybaczyć. Jestem nieskory do oskarżeń, bo nie wiem, jak sam bym się zachowywał, gdyby mi wyrywano paznokcie. Kogo bym wtedy wydał, kogo bym sprzedał, co powiedział? Ale jeśli ktoś robi świństwa z własnej, nieprzymuszonej woli, to jest, jak mówią Rosjanie, „podlecem”. I tego mu nie daruję.

– Zastanawiam się, co o Panu powiedziałyby Pańskie żony. Trzy żony to jak trzy życia.
Jerzy Hoffman:
Trzecie się jeszcze nie skończyło! (Śmiech). Moje pierwsze małżeństwo – z Marleną, Ormianką o pięknych oczach, w typie kaukaskim – to był głupi, szczenięcy epizod. Na szczęście dość krótki, choć dał mi fantastyczną córkę, która była wychowywana na mojego wroga, a została najbliższym przyjacielem. Jak trzeba było, założyła w banku  pół miliona dolarów, żebym mógł zrównoważyć budżet „Starej baśni”. Co roku, w wakacje, przyjeżdża do mnie z wnukami i będzie też na premierze mojego najnowszego filmu.

– Drugą żonę Walentynę odbił Pan innemu mężczyźnie!
Jerzy Hoffman:
 To bardzo stare dzieje. Zakochałem się, zrobiłem wszystko, żeby ją zdobyć, i myślę, że będzie mi to odpuszczone. Wala już nie żyje. Była czarodziejką, na odległość wyczuwała dobrych ludzi i na ogół się nie myliła. Przeżyliśmy razem ponad 30 lat, będąc wiele razy na fali i na dnie. Bywało ciężko, nigdy nudno!

– Słyszałam, że w środowisku miał Pan opinię kobieciarza.
Jerzy Hoffman:
Nie, nie! Za kobieciarza był uważany Edek Skórzewski, z którym początkowo kręciłem filmy. Zawsze starałem się swoim zachowaniem nie zranić partnerki. Faktem jest, że byłem jak taka sieć, do której wpływały kobiety. Sam nie wiem, jak to się działo. Zresztą, w XXI wieku mężczyźni tylko z próżności  twierdzą, że oni zdobywają kobiety. Nieprawda, to one nas uwodzą.

– Jagoda, Pańska obecna żona, nigdy nie była zazdrosna o tę burzliwą przeszłość?
Jerzy Hoffman:
Nie jesteśmy zazdrośni o swoją przeszłość – to część naszego życiorysu. Oboje strzeżemy teraz intymności naszego uczucia.

– Jest o 16 lat od Pana młodsza. Zbliżyła Was do siebie miłość do Mazur?
Jerzy Hoffman:
Skądże, ona nie lubi Mazur! Boi się wody, słaby z niej pływak. Nieraz mężczyznę i kobietę przyciąga do siebie coś irracjonalnego. Ale nie wierzę w miłość platoniczną. Pociągnęło nas do siebie jakieś fizyczne pragnienie, pożądanie, które przeszło w miłość autentyczną, ze względu na prawość Jagody, jej niesłychaną uczciwość, ciepły stosunek do ludzi i świata. Oboje byliśmy po przejściach, poranieni, szliśmy do siebie jak po gruzach, ale chcieliśmy od nowa coś zbudować.

– Przy Jagodzie dostaje Pan skrzydeł?
Jerzy Hoffman:
Moja żona jest pogodną osobą, optymistką. Dzięki niej mam ciągle apetyt na życie. A jej dzieci – Asia i Michał – są z nami, kiedy chcemy pobyć w młodszym towarzystwie. Kiedy chorowałem, zima nie zima, od rana do wieczora zawsze była przy mnie. Dawała mi oparcie, poczucie bezpieczeństwa. Ostatnim razem tak przeżyła moją chorobę, że sama ma chore serce. Majakowski kiedyś napisał, że każde najpiękniejsze słowo ściera się w użyciu jak ubiór, który sparciał. Miał na myśli partię. Ale słowo „człowiek” tak łatwo się nie ściera, no więc ona jest człowiekiem przez duże „C”. I to mówi wszystko.

– Sława, kochające kobiety, pieniądze.  Szczęściarz z Pana.
Jerzy Hoffman:
Tak pani sądzi? Miałem okresy kompletnie bezpieniężne, aż ciężko o tym mówić. Jako dziecko głodowałem na Syberii. Jak przychodził buran, czyli zamieć śnieżna, nie przywożono nam mąki i chleba.

– Jak Pan przeżył?
Jerzy Hoffman:
Sadziłem kartofle. Mieliśmy nieco lepszy statut od innych, bo rodzice byli lekarzami. Jak matka była w objeździe, a ojciec na froncie – w 1943 powołali go do wojska, do mnie  przychodzili ludzie z żądaniem, że jako syn lekarzy powinienem ich leczyć. I stawiałem bańki, rwałem zęby – górne tylko, nigdy dolnych, bo te trzeba było rwać inaczej, a tego nie umiałem. Ale z górnymi sobie radziłem.

– Za to był dodatkowy przydział chleba?
Jerzy Hoffman:
Nie, za to ktoś zawsze coś przyniósł, mleko lub jajka. Zimą mleko wlewano w talerze, zamrażano, wyjmowano z nich i trzymano w takich stosach. Jadłem zupę z pokrzywy, lebiodę, tort z mrożonych kartofli.  Tylko dzieci rzucały się na mrożone kartofle, bo były słodkie, a tam nie było żadnych cukierków czy czekolady. Jak wróciłem do Polski i zobaczyłem po drugiej stronie Wisły ruiny Warszawy, byłem wstrząśnięty. Ale jeszcze większy szok przeżyłem, widząc setki straganów z białym pieczywem, kiełbasami, szynkami, mięsem, których nie oglądałem od 1939 roku.

– Dlaczego zesłano Was na Sybir?
Jerzy Hoffman:
O to trzeba by spytać przywódców Związku Radzieckiego. I tak mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na letnią wywózkę. Zimą podczas transportu w bydlęcych wagonach, tak zwanych tiepłuszkach, ludzie częściej umierali. Błyskawicznie dojrzałem. Mając 11 lat, wypiłem pierwszą wódkę, czyli samogon, i zacząłem palić machorkę. A w wieku 13 lat poszedłem ze starszą siostrą mojego przyjaciela na maliny i zrobiła ze mnie mężczyznę tuż przed powrotem do Polski.

– Ktoś był dla Pana autorytetem?
Jerzy Hoffman:
Największym autorytetem był mój dziadek ze strony ojca. Kochałem go. Jak zrobiłem coś nie tak, a psociłem strasznie, poruszał wąsem i mówił: „Pastuch ostatni”. I ja właziłem ze wstydu pod stół. Był łysy, jak cała męska gałąź Hoffmanów, ale miał tak piękną czaszkę, że jak szedł ulicą wyprostowany jak świeca, to się baby za nim odwracały.

– Wie Pan, że za łysinę odpowiada nadmiar testosteronu!
Jerzy Hoffman:
W Rosji mówią, że z przodu zaczyna się łysieć od rozumu, a z tyłu – od cudzych poduszek. Ja, niestety, zacząłem łysieć od tego drugiego.

– Żałuje Pan, że czegoś nie zrobił w życiu?
Jerzy Hoffman:
Tak, żałuję, że nie nauczyłem się angielskiego. Odczułem to, jak dostałem nominację do Oscara i propozycję pozostania w Hollywood. Ale wiedziałem, że mógłbym już nigdy nie zobaczyć rodziców, przyjaciół i Polski.

– Myśli Pan czasem o przemijaniu?
Jerzy Hoffman:
Oczywiście, ale nie boję się śmierci. Chciałbym żyć tak długo, dopóki będę mógł sam, bez jakiejkolwiek pomocy, robić wszystko wokół siebie. Nie chciałbym umierać długo i boleśnie, tylko zrobić to bez specjalnego kłopotu. Ale w tych sprawach jedynie Bóg jest władny wyznaczać jakieś terminy. Nie mnie wyrokować, jak będzie.

– Pan Bóg pochyla się nad dobrymi ludźmi.
Jerzy Hoffman:
Wie pani, nie. Jak życie pokazuje, to skurwysyny żyją dłużej i zdrowiej, a wspaniali ludzie odchodzą wcześniej.

– Czasem jeszcze Pan biesiaduje?
Jerzy Hoffman:
Jak zdrowie i czas mi pozwala. Lubię dobrze zjeść, a właściwie coś zakąsić, bo „każdy wie od Tatr do La Manche’a, że Polak nie je, Polak zakąsza”. I lubię spojrzeć sobie z przyjaciółmi w oczy przez szkło. Zanim skończyłem 60 lat, mało kto w Polsce mógł pochwalić się mocniejszą głową ode mnie, może tylko w Rosji. Abstynencja na pewno jest zdrowa, ale jaka smutna!

– Jakie to uczucie być wszędzie rozpoznawanym?
Jerzy Hoffman:
Nie ukrywam, że to czasami ciąży, a czasami jest sympatyczne. Sława nie uderzyła mi jeszcze do głowy. Na szczęście, mam mocną głowę (śmiech).

Rozmawiała: Elżbieta Pawełek 
Zdjęcia Zenon Żyburtowicz

Więcej na temat Jerzy Hoffman
Przeładuj

Mikołaj i Sylwia wystąpią w "Tańcu z Gwiazdami"? Mają jeden warunek!

zobacz 01:36