Jarosław Kret z synkiem Frankiem
Piotr Porębski/METALUNA

– Jarku, jaki był dla Ciebie ostatni rok? Bardzo trudny?
Jarosław Kret:
Nie… Na pewno rok wielkich zmian. Przecież 16 miesięcy temu zostałem ojcem, i to świadomym obowiązków, jakie mnie czekają.

– Dla wielu osób – dla mnie też – taka decyzja była zaskoczeniem.
Jarosław Kret:
To nie jest kwestia decyzji. Że  mówię sobie: będę miał dziecko i koniec. To natura tego chce.

– I co? Radość, euforia czy depresja?
Jarosław Kret:
Nie zachowywałem się euforycznie. Ba, cały czas mówiłem sobie: nie mogę się cieszyć z czegoś, czego jeszcze nie doświadczyłem. W ostatnich latach nauczyłem się wyłączać emocje, a włączać zdrowe myślenie i rozsądek. Zresztą kiedy Małgosia powiedziała, że jest w ciąży, zacząłem takie zdroworozsądkowe planowanie. Z kobietą jest inaczej, bo ona nosi dziecko w sobie, ale mężczyzna dojrzały powinien podchodzić do ojcostwa z dystansem. Nie było więc tak, że cieszyłem się jak małe dziecko, które ma dostać zabawkę. Bo dziecko nie jest zabawką! Odkryłem w sobie podejście człowieka dojrzałego, patrzącego racjonalnie na wydarzenia w swoim życiu.

– A mnie się wydawało, że zawsze pozostaniesz Piotrusiem Panem, że w duchu będziesz dzieckiem, które oddaje się swoim pasjom, buja w obłokach, zamiast zejść na ziemię.
Jarosław Kret:
Można mieć swoje pasje. Jak zobaczyłem u ciebie w akwarium rybki żałobniczki, od razu odkryłem u nich płetwy tłuszczowe. Jako zamiłowany akwarysta wytłumaczyłem ci, czemu one służą. Sprawiło mi to przyjemność. Ale czy takie zachowanie od razu definiuje mnie jako Piotrusia Pana? Już nie jestem w tym pędzie, w jakim byłem, mając 20, 30 lat. Już nie podporządkowuję całego świata swoim ambicjom zawodowym.

– Wiadomość, że zostajesz ojcem, przyszła więc we właściwym czasie?
Jarosław Kret:
Wiadomość, że będę ojcem, przeraziła mnie, oczywiście. Pomyśl, co może czuć facet, który ma 45 lat na karku i nagle dowiaduje się, że mu się zmieni cały świat.

– Co tak przeraża w fakcie, że będzie dziecko?
Jarosław Kret:
Odpowiedzialność. Zawsze myślałem, że ja sam nie potrafię do końca rozwiązać swoich problemów, a tu jeszcze muszę odpowiadać za kogoś. Ale Franio uświadomił mi, jak bardzo potrafię być stanowczy wobec życia, gdy pojawia się ktoś, kogo należy bronić.

– A musisz go bronić? Coś mu zagraża?
Jarosław Kret:
Muszę zapewnić mu byt i to jest głęboki ojcowski instynkt, który odkryłem w sobie i który mnie zmienił. Po czterdziestce chyba łatwiej przychodzi taka walka. Już się wie, jak walczyć.

– A nie myślałeś, że kiedy Twoje dziecko będzie miało 20 lat, Ty będziesz po sześćdziesiątce i może nie będziesz miał siły walczyć jak za młodu?
Jarosław Kret:
Wiesz, co? Zupełnie nie mam z tym problemu. Myślę, że jak będę miał 65 lat, moja kondycja się nie zmieni. Wygląd też niewiele. Może będę bardziej siwy. Ale popatrz, nie mam śladu brzucha. Nie piję, nie palę. Staram się być zdrowy, ostatnio na badaniach wyszło, że ciśnienie mam dwudziestokilkulatka, cholesterol lepszy niż w normie, pewnie dlatego, że nie jadam mięsa. Poza tym jestem bardzo pogodny. Po prostu staram się nie poddawać stresom, chociaż środowisko, w którym pracuję, przysparza wielu powodów do nerwów. Szczególnie gdy otaczają cię ludzie, którzy chcą wejść ci na głowę.

 

Zobacz także: jakie jest prawidłowe ciśnienie krwi

– A wtedy myślisz sobie: Nie pozwolę, mam Franka i muszę się dla niego bić?
Jarosław Kret:
Tak. I jestem bardzo twardy. Kiedyś odpuszczałem, uważałem, że nie warto się bić, bo szkoda energii. A teraz reaguję bardziej stanowczo, choć pozostałem takim samym człowiekiem i nadal niełatwo mnie wyprowadzić z równowagi.

– A o co się bijesz? Rozumiem, że reporterzy wyrywają sobie tematy, ale zapowiadacze pogody?
Jarosław Kret:
Też tego nie rozumiem, ale zrozumieć można tylko racjonalne zachowania. Jeśli jest inaczej, to mówię sobie: No dobra, psy szczekają, karawana idzie dalej. W końcu nikt nie wymaże mojego nazwiska, które ludzie znają i lubią. A obok mnie jest dużo miejsca, można je zająć w grze fair. Nie chcę cię wtajemniczać w układy i układziki. Nie od dziś mówi się o nich w telewizji. Powiem tylko jedno – działam tak, byśmy i ja, i moi współpracownicy byli najlepsi. I myślę sobie jeszcze: jest Franio, nie mogę być tak pokorny jak niegdyś. Dla niego.

– I to się właśnie zmienia w mężczyźnie ojcu? Stałeś się asertywny? Myślisz o przyszłości? Planujesz?
Jarosław Kret:
Jeszcze zanim Franio się urodził, bez przerwy ktoś mnie pytał: „Jak się czujesz, szalejesz, znosisz do domu zabawki?”. A ja nie zachowywałem się teatralnie. Nie wiem, po co kupować pieluchy i ubranka zawczasu. Nie miałem pojęcia, jak często dziecko przewijać ani czym się je karmi. To nie leżało w mojej naturze. Jak jadę w świat, płynę z nurtem kraju, gdzie przebywam, dopiero potem weryfikuję wiedzę o nim. Tak samo jest z dzieckiem. Trzeba poczekać, aż się urodzi, przekonać się, jak żyć w nowej konfiguracji.

– A jesteś dumny, że ród Kretów nie zginie? Że to jakieś spełnienie dla faceta?
Jarosław Kret:
Nie. Nie myślę obiegowo, że mężczyzna musi zbudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewo. Sama powiedziałaś, że byłem Piotrusiem Panem, więc jakie to spełnienie? Przecież ja cały czas uważałem, że spełniam się zawodowo i ambicjonalnie. Najpierw więc musiałem podjąć to nowe wyzwanie, a potem nauczyć się z nim obchodzić. Ale nawet pępkowego nie piłem, bo nie piję alkoholu w ogóle. I nie oznajmiałem całemu światu, że mi się dziecko urodziło. Tak naprawdę kolorowe media dowiedziały się o tym niecały miesiąc przed narodzinami Frania, i to przez przypadek. Dzień wcześniej rodziła w tej klinice znana aktorka.

– Byłeś przy Waszym porodzie?
Jarosław Kret:
By uczestniczyć w porodzie, trzeba mieć odpowiednią konstrukcję psychiczną. Są ojcowie, którzy przychodzą do sali porodowej z kamerami, a potem mdleją. Ja nie czułem takiej potrzeby. Nic nie robię na siłę, bo tak wypada. Pamiętam, że byłem ogromnie przejęty. Pamiętam też, że gdy zobaczyłem po raz pierwszy Franka, uśmiechał się. To niesamowite dziecko, które właściwie cały czas się śmieje. My nie wiemy, co to jest płacz czy rozkapryszenie. Jak na dziennikarskiego syna przystało, przesypia całe noce, a my z Małgosią możemy wtedy pracować.

– Ale nie powiesz mi, że zapomniałeś po niecałym półtora roku, ile Franek ważył i mierzył?
Jarosław Kret:
Krysia, jak ja sam zapominam o swoich urodzinach, to mam pamiętać, ile ważył Franio?! Ostatnio zadzwonili do mnie z radia i zaczęli składać życzenia: „Dzisiaj masz urodziny”. A ja, że tak, że dziękuję, bo mi o tym przypomnieli. W każdym razie Franek był duży i miał gęste włosy, które mu się wcale nie wytarły.

– Niechętnie opowiadasz o ojcowskich emocjach.
Jarosław Kret:
Bo te emocje rodzą się z czasem, to nie jest tak, że od razu to dziecko kochamy i zachwycamy się nim. Najpierw trzeba się oswoić, przywyknąć do myśli, że ono jest i że tak już zostanie. Na mnie bardzo podziałało to, że Franio wygląda identycznie jak ja jako niemowlę. I nie było tu mowy o pomyłce, bo Małgosia jest zupełnie inna, ciemna, niewysoka, z egzotyczną urodą. A Franek – jasny, duże niebieskie oczy. To mój klon, nie mogę się go wyprzeć. Kiedy miał cztery miesiące, potrafił zarykiwać się ze śmiechu i tym mnie natychmiast kupił. Chociaż nie będę ukrywał, że od samego początku byłem nim zafascynowany. Nie mam w sobie jednak tyle ekshibicjonizmu, by o tym ze szczegółami opowiadać.

– Wiem, wpatrywałeś się w niego godzinami, wysyłałeś mi zdjęcia przez telefon komórkowy, a ja podzielałam Twoje zdanie, że to piękne dziecko.
Jarosław Kret:
Ja tego małego po prostu uwielbiam. To taki kiciuś kochany, Małgosia mówi: „Borsuk kochany”.

– Czego więc tak naprawdę się bałeś? Tylko odpowiedzialności?
Jarosław Kret:
Czy ja wiem? Czy to już ten moment? Po prostu na wszystko musi nadejść pora, a moje przystanki życiowe pojawiają się z opóźnieniem. Popularnym prezenterem pogody zostałem dopiero, mając prawie 40 lat.

– No tak, wcześniej byłeś egiptologiem.
Jarosław Kret:
Wcześniej byłem fotoreporterem, jeździłem po świecie, robiłem reportaże. Byłem redaktorem „National Geographic”,  a jeszcze wcześniej pracowałem przez chwilę jako dziennikarz „Teleexpressu”. Uciekłem stamtąd, bo wolałem jeździć po świecie z kamerą. Zdałem sobie sprawę, że teraz łatwiej mi przyjąć takie wyzwanie niż 10 lat temu, gdy walczyłem o swoją pozycję zawodową.

– Dziesięć lat temu to byłeś z aktorką hinduską i kursowałeś między Polską a Indiami.
Jarosław Kret:
Tak. I zaczynałem pracę nad albumem o Ziemi Świętej. Zastanawiałem się też, czy nie zostać korespondentem wojennym na Bliskim Wschodzie, ale szybko wybiłem to sobie z głowy, gdy zobaczyłem, jakie są koszty tej pracy. Nie jestem człowiekiem, który ściga śmierć.

– Bo zbyt lubisz życie.
Jarosław Kret:
To prawda. Kiedy w 2002 roku zacząłem zapowiadać pogodę, musiałem się znowu przestawić. To była dla mnie stabilizacja zawodowa. Teraz naprawdę dużo pracuję, po 14 godzin dziennie – tak, tak jestem pracoholikiem – ale mogę sobie pozwolić na to, by w każdej chwili zostawić wszystko i jechać do Franka. A potem czekam, aż się obudzi. Otwiera oczy i słyszę: „Tata, tata”. To wielkie szczęście. Franek ma na moim punkcie absolutną obsesję. Jak jest tata, to nikt dla niego nie istnieje, obłęd po prostu.

– Taka bezwarunkowa miłość wpływa na to, że i my bezwarunkowo kochamy?
Jarosław Kret:
Tak, teraz już wiem, że małe  dziecko to taki słodki zwierzaczek, przytula się, ciągnie mnie za włosy. A jak trzymam go w ramionach, wczepia się we mnie, gdy mama chce go wziąć do karmienia. I wrzask. Takie uczucie jest warte wszystkich pieniędzy i zaszczytów.

– A co z podróżami, nie boisz się, że już nie będziesz mógł tyle jeździć?
Jarosław Kret:
Nie, przecież wszystko da się jakoś pogodzić. Jak wyjeżdżamy z Małgosią zrobić program, to góra na tydzień. Rozstanie z Franiem tylko mnie motywuje, żeby szybko wrócić. Nauczyłem się też odkładać pieniądze, dawniej wszystkie wydawałem na podróże. Nieraz brakowało mi przed końcem miesiąca. Teraz muszę zapracować na dziecko, nianię, rachunki i tak dalej.

– Ale przecież pracujecie oboje. Razem łatwiej planować wydatki?
Jarosław Kret:
Małgośka długo nie pracowała, bo najpierw musiała odchować Frania –  moim zdaniem ojciec matki nie zastąpi. A potem przeszła ciężką operację, po której wiele tygodni nie mogła podnieść nawet kubka z herbatą.

– Przeszliście więc razem próbę Waszego związku, jego trwałości?
Jarosław Kret:
Ja nie chcę składać żadnych deklaracji, czy związek jest trwały, czy nie. My udowadniamy to naszym życiem. Ale masz rację – próba była ciężka. Nagle wszystko znalazło się na mojej głowie. Zakupy, Franio, bo przecież Gośka nie mogła go nawet sama wykąpać. No i jeszcze pisałem dwie książki: „Mój Egipt” i „Planeta według Kreta”. Ale dałem radę. Mówię to z dumą.

– Sprawdziłeś się jako mężczyzna? Nie każdy ma taką szansę.
Jarosław Kret:
Tak, ja ją dostałem, chociaż wolałbym, żeby była mniej denerwująca. Na szczęście bardzo pomogła nam moja mama. Rodzice Małgosi już nie żyją. Zresztą Małgośka nadal nie może dźwigać. Moja mama zabiera więc małego do siebie do Zalesia, gdzie ma letni domek i dobre warunki dla dziecka. A ja nadal noszę siatki z zakupami.

– Miłość to czyny, nie słowa?
Jarosław Kret:
Pewnie masz rację. Nie nadużywam słowa „kocham”. Nauczyłem się tego na Wschodzie. Takie słowo szybko traci na wartości, gdy szermuje się nim co pięć minut, rozwiesza się je na plakatach czy ogłasza w piśmie kolorowym. Czasami też nie mówię tego, co czuję, bo to może zabrzmieć jak deklaracja. A po co je składać?

– Tchórzysz?
Jarosław Kret:
Nie bierz mnie pod włos.

– Boisz się powiedzieć, że trafiłeś na kobietę, która odpowiada Ci pod wieloma względami, z którą razem pracujesz, jeździsz po świecie? I jeszcze macie syna?
Jarosław Kret:
Lepiej zapytaj, czy to ja jej odpowiadam. Na pewno wykazała się dużą odwagą i optymizmem. Myślę, że Małgośka ma niezaprzeczalną zaletę – świadomość tego, czego naprawdę w życiu chce. Między nami istnieje bardzo zdrowa relacja. Oboje jesteśmy samodzielni i niezależni. Oboje żyjemy naszą pracą. Gosia jest świetnym reżyserem. U nas nie ma jednego dnia podobnego do drugiego. Pracujemy tylko wtedy, kiedy trzeba. A elementem stałym naszego życia jest Franek. Oboje bardzo go kochamy. Wiesz, ile frajdy mi sprawia pokazywanie świata Franiowi:  to samolot, to pociąg?

– A kiedy zabierzesz go w podróż? Bo zabierzesz, prawda?
Jarosław Kret:
Jak tylko będzie umiał rozumieć to, na co patrzy. Ale nie mam takich ambicji, żeby syn był taki sam jak ja. Będzie robił to, co jego będzie ciekawić.

– Można jednak zaszczepić dziecku swoje pasje?
Jarosław Kret:
Zaszczepiłem mu jedną i z tego bardzo się cieszę. Od początku, od życia płodowego słuchał muzyki klasycznej, którą uwielbiam, która mnie bardzo uspokaja. Nikt mnie nie wyprowadzi z równowagi, bo włączę sobie „Toscę” i zapomnę o całym świecie. Na trasie Warszawa–Wrocław, którą często jeżdżę, słucham i „Toski”, i „Cyrulika sewilskiego”. I po prostu jestem szczęśliwy. Natomiast mały Franio, który przecież ma dopiero rok i cztery miesiące, w pokoju, gdzie stoi radio, od razu pokazuje, żeby mu je włączyć. W takt muzyki bujał się już, jak miał osiem miesięcy. Naprawdę jestem w szoku. Dzięki muzyce buduje się w człowieku wyższy poziom wrażliwości. I ja robię to z premedytacją. Ale Franek lubi też rock and rolla, dzisiaj słuchał z uwagą Sex Pistols.

– Skoro tak dobrze poszło, to może myślisz już o drugim dziecku?
Jarosław Kret:
A czy ja myślałem o pierwszym? Znowu będzie tak, jak los postanowi.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Piotr Porębski/METALUNA
Stylizacja Maciej Spadło
Asystent stylisty Maciej Trzmiel
Makijaż i fryzury Beata Milczarek/METALUNA
Scenografia Natalia Mleczak
Produkcja Ula Szczepaniak

Więcej na temat Jarosław Kret