Spotkały się na planie superkomedii Tomasza Koneckiego i Andrzeja Saramonowicza „Lejdis”. Przed nami Lejdis w prywatnej rozmowie o miłości, przyjaźni i trudnych wyborach. Nie tylko dla pań!

– Jesteście podobne do Lejdis?
Anna Dereszowska:
Przyznaję, że w pierwszej chwili po przeczytaniu scenariusza pomyślałam: „Tak się w życiu nie dzieje, tak jak Korba żadna kobieta przecież nie mówi”.
Magda Różczka: Nie ty jedna tak pomyślałaś. Pamiętam, jak denerwowało mnie to, że moja bohaterka jest totalnie zakompleksiona. Rozmawiałam z reżyserem, Tomkiem Koneckim, próbując go przekonać, że to ktoś nieprawdziwy. Popatrzył na mnie uważnie. „Zagrasz w krótkiej spódnicy”, rzucił krótko. „Nie, nie lubię pokazywać nóg”, odpowiedziałam. I to jedno wywalczyłam. Ale wystarczyło jeszcze parę pytań i okazało się, że to, co tak mi się w Moni nie podobało, wydawało sztuczne i nie do zagrania, to tak naprawdę cała ja. Parę dni temu na sesji zdjęciowej nie chciałam odkryć ramion, włożyć sukienki. Bywam ze swoją cielesnością na bakier. Grając w „Lejdis”, zrozumiałam, że kobiety często wypierają się tego, jakie naprawdę są.
Edyta Olszówka: Kompleksy. Znam dobrze. To moja słabość. Ale też i siła. Wolę patrzeć na siebie krytycznie i wciąż zadawać pytanie: „Czy jestem wystarczająco dobra?” Nie umiem kokietować, flirtować, być miękka. Przed kamerą, ale i w życiu. Zwyczajnie nie mam na to „papierów”. Boję się kobiecości, czułości, bliskości. W „Lejdis” najtrudniej przyszło mi zagrać scenę romantyczną. Dziewczyny wiedzą, jak bardzo przeżywałam jej kręcenie. Wcześniej z nerwów jadłam i jadłam. A przeciwko mojej filmowej bohaterce też się buntowałam. Daje się wpuszczać mężczyźnie w kanał, jest tak naiwna i szczera.
Magda: Wszystkie znamy takie dziewczyny.
Edyta: Wiem, ale wyjątkowo nie lubię kobiet zniewolonych. Sama już nie chcę być w życiu ofiarą. Nie lubię ofiar. Drażni mnie słabość. Jestem fighterem (wojownikiem). A Łucja tak bezwolnie idzie przez życie. Aż chciałabym krzyknąć: „Rozejrzyj się wreszcie wokół, dziewczyno, zatrzymaj”.

– Lejdis nie powiedziały przyjaciółce, że facet ją zdradza. Dziewczyny, w życiu też tak nie robimy.
Edyta:
Masz rację, ja w ogóle nie słucham rad. I bez nich wiem, że, by iść dalej, miłość się musi wypalić do samego dna. Jestem nieufna, zbyt często ludzie, którzy zajmowali się pomocą, po prostu mieszali się w moje życie. Wierzę, że z najtrudniejszej sytuacji każdy dochodzi do „przebudzenia” w odpowiednim dla samego siebie czasie.
Iza Kuna: Mam przyjaciółki, z którymi znam się od prawie 20 lat. Aktorki, Renatę Dancewicz, Justynę Barańską, Olę Justę. Pamiętam, jak wiele lat temu z dwiema z nich zastanawiałyśmy się przy winie, czy jeżeli któraś zobaczy narzeczonego drugiej z inną dziewczyną, mówimy sobie o tym, czy nie? „Bezwzględnie”, zadecydowałyśmy. I tak ustaliłyśmy kolejny punkt naszej przyjaźni. Między mną, Renatą i Justyną jest ten szczególny rodzaj więzi, jak ta w „Lejdis” właśnie. Jesteśmy ze sobą blisko, niezależnie od wszystkiego. Nie zawahałabym się nazwać tego, co dziewczyny do siebie czują, miłością. Imponujące jest, że to mężczyźni zrobili o tym film.
Magda: Wierzę, że te najprawdziwsze relacje to właśnie takie od piaskownicy, jak w „Lejdis”. Sama mam przyjaciółkę jeszcze z przedszkola. Niezwykła relacja i rzeczywiście bezwarunkowa miłość.
Edyta: Prawdziwa ma być ta przyjaźń, co trwa od piaskownicy? Nie zgadzam się! To jakiś schemat. Każdy ma swoją karmę, swoją drogę. Wiem, że mogę w wieku 60 lat zaprzyjaźnić się, odnaleźć siebie w drugim człowieku, spotkać bratnią duszę, wielką miłość.
Anna: A jednak o te nasze dorosłe przyjaźnie i związki trzeba bardziej dbać, pielęgnować, bo bywają kruche. Zgodzicie się ze mną? Nastolatkom łatwiej się wzajemnie dotrzeć, zrozumieć, zaufać bez reszty. Potem człowiek ma już swoje doświadczenia, często jest to ciężki bagaż. Boi się angażować. Traci otwartość. Na szczęście nie jest to regułą, mój tata jest tego najlepszym przykładem. W wieku pięćdziesięciu paru lat zakochał się bez pamięci i z wzajemnością. Moja mama zmarła, kiedy miałam dziewięć lat. A on tylko przez pewien czas był samotny.
Edyta: Bo bez względu na wiek potrzebujemy miłości, przyjaźni. Trzeba szukać w sobie siły i chcieć zaufać ludziom – nawet, kiedy wcześniej rozbijamy sobie głowę. Oswajam strach i cały czas uczę się otwartości na bliskość drugiego człowieka.
Anna: Być może „Lejdis” to początek naszej przyjaźni? Spotkałyśmy się na planie, kiedy w moim życiu bardzo dużo się zmieniało.

– Aniu, rozstałaś się z wieloletnim partnerem. Niespodziewanie dla wszystkich budujesz nowy, nie najprostszy związek z mężczyzną, który ma żonę i dzieci.
Anna:
Nietrudno zgadnąć, że brakowało mi w tym momencie otwartości na rozmowy o sobie. Nie mogłam oczekiwać zrozumienia i akceptacji ze strony najbliższych, a tym bardziej znajomych. Niesamowite wydaje mi się więc teraz, że Lejdis, z którymi przecież w gruncie rzeczy się nie znałam, potrafiłam zaufać. Dłuższy czas tylko one poza najbliższą rodziną wiedziały, że jestem w ciąży. Rozmowy z dziewczynami ogromnie mi pomagały. Czułam się przy nich bezpiecznie, mogłam się wygadać, wypłakać, wiedząc, że to, co mówię, zostanie między nami.

– Iza, czy Ty płaczesz, słuchając Ani?
Iza:
Bo się niemożliwie wzruszam. Energii, jaka pojawiła się między nami, nie wypracuje się na żadnych próbach. Byłabym szczęśliwa, gdyby jeszcze widzowie, patrząc na ekran, nawet jeśli różnią się od filmowych bohaterów, odnajdywali cząstki siebie i swoją prawdę. Sama to przeżyłam.

– Wybrałyście z wielu względów trudny zawód. Wiecie, co znaczy oczekiwanie na rolę, niepewność. Iza ma 11-letnią córkę. Niedługo przyjdą na świat dzieci Ani i Magdy. Wszystkie kobiety potrzebują stabilizacji. Aktorstwo ją Wam daje?
Edyta:
Nie zaprzątałam sobie tym głowy, wybierając szkołę teatralną. Odkąd pamiętam, była we mnie wewnętrzna determinacja, pewien rodzaj ekshibicjonizmu. Nie dopisuję do tego, co robię, poczucia misji, nie chcę nikogo zbawiać. Ale aktorstwo to bez wątpienia moje największe marzenie, które się w życiu spełniło. Poczucie stabilizacji mam. To przecież dzięki tej profesji stałam się niezależną kobietą. I nie ma we mnie lęku o przyszłość. Zarabiałam już, myjąc toalety w Stanach. Będąc kelnerką, z napiwków urządziłam mieszkanie. Poradzę sobie.
Iza: Ja za to dziewięć lat jeździłam do Norwegii sprzątać. Jeszcze na studiach. Ale kiedy już jako aktorka, wtedy matka z dzieckiem, nie miałam pracy, robiłam tłumaczenia, ale też wprowadzałam na polski rynek długopisy, golarki, kredki. W telewizji czytałam prognozę pogody i przeprowadzałam wywiady z koleżankami i kolegami aktorami, z początku najczęściej moimi przyjaciółmi. Oczywiście, że było mi przykro. Skończyłam szkołę, dostałam ileś nagród na festiwalach teatralnych i nagle się okazało, że to nie ma znaczenia Wtedy nie mogłam tego pojąć. Myślę, że zawsze potrafiłam o siebie zadbać. A to, że dziewczyny właśnie teraz spodziewają się dzieci, jest genialne. Są młode i bardzo dużo pracują. Poza tym są megazdolne.
Anna: Skłamałabym, nie przyznając, że pierwsze, co poczułam, myśląc: „będę mamą”, to strach. Przestraszyłam się tej naturalnej przerwy. Zastanawiałam, czy uda mi się wrócić do pracy i kiedy. Ale jeśli się pracę kocha, to chyba normalne? Przeżyłam burzę hormonalną. Emocjonalne szarpnięcie. Mam świadomość, że ten błogosławiony stan jednak w dużym stopniu mnie ogranicza. Przez najbliższe miesiące nie zagram paru spektakli, trudno bowiem grać uwodzicielkę z niedwuznacznym, okrągłym brzuszkiem. To byłoby kuriozalne. Nie wyobrażam też sobie siedzenia w domu. W serialu obiecano, że tak ustawią scenariusz, bym jak najdłużej grała.
Magda: A jednak to nie jest oczywiste. Nawet kobieta scenograf może pracować aż do dnia porodu, aktorka niekoniecznie. Nastawiam się psychicznie na to, że będę miała przynajmniej rok przerwy. Mam na to wewnętrzną zgodę. Bez strachu, nerwów, płakania w poduszkę. I ze świadomością, że w Polsce nie jest tak, że jak dostaniesz świetną rolę i powiesz: „Wspaniale, ale jestem w ciąży”, to usłyszysz: „Poczekamy”. Wiem, o czym mówię. Sama tego doświadczyłam. Dostałam główną rolę. Nie mogę jej zagrać. Zaproponowano mi mniejszą. A zanim zostałam aktorką, miałam stabilną pracę. Zarabiałam regularnie, miesiąc w miesiąc, 700 złotych. Czy to jest fajniejsza stabilność?
Edyta: Matką nie jestem, ale kiedy parę lat temu napisano o mnie, że jestem w ciąży, straciłam rolę w niemieckim serialu. I nic nie pomogło zaświadczenie od ginekologa (śmieje się). A poważnie, mam głębokie przekonanie, że dziecko jest darem. Czasem kobiety nie pragną macierzyństwa, inne marzą o ciąży i nie jest im dana. To coś „z góry”. Niezwykłe doświadczenie i sens bycia kobietą. Mam nadzieję, że jeszcze tego doświadczę. Nie mam poczucia, że coś mi ucieka. Nie ucieka. Jestem głęboko szczęśliwa, że do tej pory nie przytrafiło mi się dziecko. Mocne słowa, ale muszę to powiedzieć. I powodem nie jest wykonywany zawód. Najpierw jestem człowiekiem, kobietą. I czułam, że pomimo swojego wieku, jako kobieta, nie jestem jeszcze na dziecko gotowa. A teraz czuję, że już czas. W „Lejdis” jedyna grałam matkę i jedyna nie mam o tym zielonego pojęcia (śmieje się).

– Dotknęłaś tematu trudnego dla każdej niemal kobiety, a już na pewno dla aktorki – przemijania.
Anna:
Przedwczoraj skończyłam 27 lat. Ponieważ poszłam o rok wcześniej do szkoły, zawsze byłam najmłodsza, co z czasem, chociażby na studiach, bardzo mnie cieszyło. Powoli muszę, niestety, przyzwyczaić się, że nikt już nie pyta zaskoczony: „Naprawdę masz dopiero…?” Z drugiej strony ogromnie mnie cieszy fakt, że staję się dojrzałą kobietą.
Magda: Wszystkie nas to dotyka. Przede mną trzydziestka, ale myślę, jeszcze nie teraz, jeszcze za chwilę. Patrzę na swoją mamę i pocieszam się tym, że tak pięknie się starzeje. I wiecie co, wolę grać dojrzałe kobiety. Oswajam się z upływającym czasem.
Edyta: Kiedy w wieku 33 lat w „Czwartej siostrze” Janusza Głowackiego traciłam na scenie dziewictwo, powiedziałam: „Basta!” Cieszę się, że wreszcie mogę zagrać dojrzałość. Ciało to jest tylko ciało. Chcę się starzeć jak moja babcia. Zmarła, mając 92 lata, na schodach kościoła. Była nauczycielką, miała wyrytą całą mapę tego, co przeżyła, na twarzy. I za sobą piękne życie. Jednego tylko jej nie zazdroszczę, jednego bym nie powtórzyła. Zrezygnowała z miłości. Kiedy po latach nieobecności pojawił się jej ukochany narzeczony, miała już dziecko z innym. Wiedzieć, że kochasz, ktoś cię  kocha i nie móc być razem, takie rzeczy chciałabym oglądać tylko w filmie.
Iza: Mam 38 lat, Gośka, moja bohaterka w „Lejdis”, jest ode mnie dwa lata młodsza. Andrzej Saramonowicz powiedział: „To jest wszystko, co mogłem dla ciebie zrobić” (śmieje się). Zawsze grałam starsze dziewczyny. Nie mam wyobrażenia, jak chciałabym się zestarzeć, bo nie miałam takiej babci jak Edyta. Ale wiem, że chciałabym jeździć z dziećmi mojej córki po świecie. Wiem, że będę superbabcią. Grającą w wolnych chwilach w brydża z Renatą Dancewicz. Jak się do tego czasu trochę poduczę. Mając takie plany, dbam o siebie. Mój narzeczony, Marek, ponieważ jest lekarzem, ma generalnie w nosie to, że coś mi dolega. Śmieje się z mojego biegania, chodzenia na basen, a na ból głowy daje mi tabletkę. Ale jak będę sobie robiła operację plastyczną, będzie musiał za to zapłacić.
Magda: Nie chciałabym tyko nigdy zostać wyznawcą kultu ciała. Z jednej strony patrzę na koleżanki i podziwiam, jak o siebie dbają, ćwiczą, smarują się kremami. A ja wolę nastawić się na to, by kochać swoje ciało, choć będzie z każdym mijającym rokiem inne. Nie walczyć za wszelką cenę o każdą zmarszczkę. Widzę czasem kobiety po pięćdziesiątce, które są wręcz oszalałe na punkcie swojego wyglądu. Według mnie taki brak akceptacji zmian i walka z czasem to coś najgorszego, co może nam się przydarzyć.
Edyta: A przemijanie? Cóż, bywa i upiorne. Dlatego, Lejdis, trzeba dbać o piękno ducha. I kochać komedie.

Rozmawiała: Monika Kotowska
Zdjęcia Magda Wunsche
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Karolina Gruszecka
Makijaż Tomek Kocewiak/D’VISION ART dla LANCÔME, WILSON
Fryzury Łukasz Pycior/D’VISION ART
Produkcja Elżbieta Czaja