Krystyna Pytlakowska: O czym Pan rozmyśla w samotności?

 

Ivan Komarenko: Czemu pani o to pyta?

– Bo wydaje mi się, że jest w Panu i jasność, i mroczność.
Nie mam czarnych myśli.

– Ale miewa Pan depresje?
Kiedyś miałem. Ważne, żeby jasność i mroczność były w człowieku w odpowiednich proporcjach. Jak noc i dzień.

– Ciągle Pana podejrzewają o to, że jest Pan gejem.
Nie jestem. Piszą tak o mnie, zwłaszcza w Internecie, bo stałem się popularny. Wielu znanym osobom przykleja się taką etykietkę. Homoseksualiści osiągają często wielkie sukcesy i chcieliby widzieć u innych robiących karierę tę samą orientację seksualną. Na zasadzie: „On tak pięknie rozumie świat, więc musi być gejem”. Spotkałem się z czymś takim. Ja z homoseksualistami współpracuję w wielu dziedzinach, to bardzo wrażliwi ludzie. Bez gejów świat byłby straszliwie nudny. Ale sam gejem nie jestem.

– Ze swoją delikatną urodą może się Pan podobać.
Gdy ostatnio byłem w Egipcie, na ulicy co krok podrywali mnie Arabowie: „Może pan usiądzie?” „Może herbatki?”

– I co Pan odpowiadał?
„Dziękuję, bardzo smaczna herbatka, ale muszę już iść”.

– Na pewno był Pan też narażony na zaczepki po ucieczce z domu, 10 lat temu. Taki młody, niedoświadczony chłopak to wspaniały cel ataków?
Miałem wtedy 19 lat i rzeczywiście byłem często podrywany. Miałem twarz prawie dziewczęcą, dłuższe włosy. Gdy szedłem w Moskwie ulicą, co kwadrans zaczepiał mnie jakiś mężczyzna.

– Nie miał Pan ochoty wykorzystać tego, żeby ustawić się w życiu?
Mnie nigdy nie interesowało chodzenie na łatwiznę. Zawsze miałem w sobie taką dumę, że sam dużo zrobię, bez kupczenia ciałem. Gdybym kupczył, to pewnie wcześniej bym coś osiągnął. Ale sukces jest bardziej wartościowy, gdy zapracuje się na niego własną krwią. Wtedy dom, który się zbuduje, ma mocniejszy fundament i nikt nie może go rozwalić. Jak komuś się zaprzedajesz, tracisz wszystko, gdy mu się coś odwidzi. Homoseksualne związki są nietrwałe, jeśli nie ma w nich miłości. Przestaję się podobać i do widzenia. Zresztą żaden związek bez miłości nie jest trwały.

– Jest Pan całkiem sam?
Jestem trochę samotny. Może moja wyobraźnia zastępuje mi dziewczynę? Ja nie szukam przypadkowych związków. W ogóle boję się z kimś wiązać, żeby ktoś nie wykorzystał mnie, mojej popularności. Musiałbym znaleźć kobietę spoza branży, a ja przecież obracam się w show-biznesie.

– Skąd takie lęki?
Boję się nieszczerości. Chcę, żeby dziewczyna kochała mnie nie za to, że jestem Ivanem, który śpiewa „Czarne oczy” i gra w „M jak miłość”, tylko po prostu, jako człowieka. Nie udaje się jednak odciąć ode mnie estrady, Eurowizji, tańca.

– Był Pan w związku ze starszą kobietą.
E tam, to tylko przygoda. Ona była starsza ode mnie o 10 lat, ja byłem ledwo 15-latkiem. Wprowadziła mnie w życie seksualne. Uwiodła mnie na płytę zespołu Modern Talking. Byłem w nim zakochany, nawet przez kilka lat próbowałem naśladować głos Thomasa Andersa. Ona podarowała mi okładkę płyty, ze zdjęciem Thomasa. Ale byłem szczęśliwy! Później spotykaliśmy się trochę, rozmawialiśmy, już bez seksu.

– Młodzi chłopcy lubią, gdy wprowadza ich w życie dojrzalsza kobieta?
Oczywiście, i wiadomo dlaczego. Doświadczenie jest ważne.

– Gdzie teraz szukałby Pan miłości? Widziałam Pana zdjęcia na basenie z jakąś kobietą.
Okropne. To przypadkowa dziewczyna, nikt dla mnie ważny. Byłem wtedy bardzo zmęczony. Nie mogłem się pozbierać po dużej ilości koncertów. Czyste wariactwo. Strasznie się zmęczyłem, chorowałem przez to.

– Na co Pan chorował?
Psychicznie źle się czułem. Staram się być poukładany, ponieważ chaos do niczego dobrego nie prowadzi. Jeśli cokolwiek mam osiągnąć, to musi być porządek. A coraz częściej go nie było. Chłopaki z zespołu… Zaczęliśmy zarabiać spore pieniądze, każdy miał jakieś swoje odbicia. Ciągle mieli do mnie o coś pretensje. A to że nie powiedziałem o nich w wywiadzie dla prasy czy telewizji, a to że nie wspomniałem o tytule płyty, podczas gdy wywiad dotyczył tylko mojego życia prywatnego.

– Mieli kompleksy?
Zazdrościli na pewno, że mnie wszędzie dużo, a ich mało.

– Rozstaliście się więc, a wszystkie rozwody są trudne?
Postanowiliśmy się rozejść w czerwcu 2006 roku. Nie było to łatwe. Wiele rozmawialiśmy. Powiedziałem: „Chłopaki, odchodzę z zespołu, bo psychicznie tego nie wytrzymuję. Jest mi bardzo ciężko, ale muszę odejść, bo wy nie chcecie zmienić stosunku do mnie. Nie odejdę jutro, pogramy razem jeszcze ten sezon, do października. Żeby było fair, to będę z wami do marca 2007”. Ale rozeszliśmy się na dobre 15 lutego. Oczywiście poobrażali się na mnie. Łukasz nie zaprosił mnie na wesele, postanowili mnie ukarać.

– Teraz działa Pan więc sam. To też może przyprawiać o ból głowy?
Na szczęście mam bardzo dobrego menedżera, Krzysztofa Boguckiego. Powiedział: „Ivan, ja ci pomogę”. On jest w branży od 25 lat i ja mu ufam. Wracając do pani pytania z początku, plotki o moim homoseksualizmie wzięły się może właśnie stąd, że na wielu zdjęciach byłem z Krzysztofem, fotografowali nas razem w samochodzie itd. Ale niech mi pani powie, jak współpracować z menedżerem i nie widywać się z nim?

– Faktycznie, trudno. A Pan jest chyba bardzo stały w uczuciach, skoro to ciągle ten sam menedżer?
Nie chcę go zmieniać, bo on ma serce. Robi dla mnie wiele sam z siebie. Ja staram się go sobą nie absorbować, wiem, jaki jest zajęty.

– A co dzieje się z Rosjanką Nastią, z którą był Pan przez kilka lat?
Cały czas dzwonimy do siebie. Ale odległość zabiła między nami uczucie. Może jesteśmy przyjaciółmi? Nie wiem. Teraz już tabloidy piszą, że coś kluje się między mną a Blanką, moją partnerką w „Tańcu z gwiazdami”. Sam byłem zdziwiony tą plotką. Nic się z tego nie urodzi, choć dobrze nam się razem tańczy. Blanka bardzo mi się podoba. Jest taka roześmiana, emanuje dobrą energią, no i jest gadułą jak ja. Ale to tylko moja nauczycielka tańca.

– Kocha Pan taniec?
Uwielbiam. W tańcu mieści się całe nasze życie: miłość, nienawiść, smutek, troska. Kiedy przegrałem na festiwalu Eurowizji, byłem bardzo, bardzo zły, potem jednak się zmobilizowałem, bo kłody rzucane pod nogi mnie nie załamują. Im ich więcej, tym bardziej się moblizuję. Może dlatego, że jako dziecko wpadłem do studni i przeżyłem? Śmierć naprawdę patrzyła mi w oczy.

– Cud?
Cud prawdziwy. Miałem osiem lat. Wracałem ze szkoły. Jak to na rosyjskiej prowincji bywa: ktoś nie zabezpieczył studzienki kanalizacyjnej. Wpadłem do środka. Spędziłem tam trzy dni, a działo się to w grudniu. Przesiedziałem w tej studni, w zimie, trzy dni. Odmroziłem sobie nogi, ale nie zamarzłem.

– Zdawał Pan sobie sprawę z tego, że może umrzeć?
Byłem przekonany, że mama mnie uratuje. Cały Rudogorsk mnie szukał, wreszcie jacyś chłopcy usłyszeli moje wołanie. Od tamtej pory mam w sobie niezwykłą siłę.

– Bardzo kocha Pan mamę?
Bardzo. Pomagam mojej rodzinie. Kupiłem im samochód. Na siebie pieniędzy nie wydaję, tylko wysyłam mamie i ojczymowi. Oni tego potrzebują, mieszkają w zabitej dechami wiosce. Jest im okropnie ciężko. Mam zamiar kupić im mieszkanie. Mama wiele dla mnie zrobiła, chociaż sama nie miała dobrego życia. Mój ojciec pił, porzucił ją, gdy miałem trzy miesiące. Nigdy go nie poznałem. Chyba już nie żyje.

– Ale powiedział Pan kiedyś, że jest Pan do niego podobny?
Fizycznie tak, tylko że on miał niebieskie oczy i kręcone włosy. Pochodził z Kaukazu, był pół-Czeczenem. Gorący, temperamentny. Ja jestem spokojniejszy, emocje wyładowuję na scenie.

– Jak to się stało, że przyjechał Pan do Polski?
Za sprawą dziewczyny. Ona była chora na stwardnienie rozsiane. Poznałem ją w Moskwie, w hotelu Ostankino. Mieszkała tam i miała zabiegi rehabilitacyjne. Ja tam przyjechałem do specjalistów, bo straciłem głos. Nie wiedziałem, co mi jest. Myślałem, że mam raka albo AIDS, bo już zasmakowałem seksu, kilka przygód miałem za sobą. No i widzę dziewczynę, która jakoś tak dziwnie stawia stopy. Patrzyła na mnie. Podszedłem i zapytałem, czemu mi się tak przygląda. „Bo pan coś przeżywa, coś pana gnębi”, powiedziała. Pomyślałem: „O rany, następna nawiedzona”. Ale zaczęliśmy rozmawiać. I tak urodziła się przyjaźń.

– Była Pańską opatrznością?
Tak. Miałem 18 lat. Potem Ina zameldowała mnie w hotelu jako swojego opiekuna, bo w radzieckich hotelach można było prywatnie mieszkać tylko miesiąc. Spędziłem tam pół roku. Odprowadzałem ją na zabiegi. Ona mnie nawet ochrzciła w cerkwi, jest moją matką chrzestną. Któregoś dnia mówi do mnie, że jest organizowany wyjazd do Częstochowy, do papieża, może więc i ja powinienem jechać, może znajdę w Polsce swoje miejsce. No i pojechałem, i jestem tu. Mam nawet kartę stałego pobytu. I już nawet śnię po polsku.

– Byliście w sobie zakochani, Pan i ta chora dziewczyna?
Ja w niej nie. To ona była we mnie zakochana, ale wiedziała, że nie możemy być razem, że nie ma prawa zawiązywać mi życia. Była przecież taka chora. Mama bała się, że ja się z Iną ożenię. Uspokoiła się, gdy jej wszystko wyjaśniłem. Kiedy wyjechałem do Polski, straciliśmy kontakt. Nie wiem, co się z nią dzieje. Może już nie ma jej wśród żywych?

– Tęskni Pan za Rosją?
Bardziej za rodzicami. Ale miałem ataki ostrej nostalgii. Myślałem, czy może tam wrócić, ale nie mam już w Rosji znajomych i coraz mniej krewnych. Polska jest dla mnie przyjazna. Ciepły, przytulny kraj. No i kupiłem już tu sobie mieszkanie, na Kabatach w Warszawie.

– Tylko uczucia trzyma Pan na smyczy. A jak żyć w pojedynkę?
Uczucia mogą zniszczyć człowieka, mogą zdemoralizować, poprzestawiać mu wszystko, osłabić. Ja mam jasny cel i trzymam się go.

– Kariera?
Kariera. Albo ona, albo miłość.

– Cały czas coś sobie Pan udowadnia?
Tak, i to jest jak nałóg, jak głód narkotyczny. Wspinam się, wspinam, a jak wejdę już na górę, to pragnę wiedzieć, co jest za następną, wyższą.

– Chciałby Pan wygrać „Taniec z gwiazdami”?
Wydaje mi się, że wygrana trochę demoralizuje. Bo człowiek myśli: „O, jak fajnie”, i zasypia. A zajęcie dalszego miejsca motywuje do działania.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva!
Zdjęcia Szymon SzczeŚniak/AF Photo
Stylizacja Mariusz Przybylski
Charakteryzacja Beata Milczarek/Metaluna
Produkcja sesji Paweł Walicki

 

Więcej na temat Ivan Komarenko