Ewa Minge
Marcin Tyszka
Wywiady Krystyny Pytlakowskiej

I Bóg stworzył Ewę Minge

Ewa Minge
Marcin Tyszka

Spotykamy się w Zielonej Górze, gdzie Ewa Minge mieszka i gdzie ma firmę. Dom ze wspaniałym zimowym ogrodem nosi znamię jej osobowości. Klasyka w brązach i czerniach, z akcentami czerwieni. Kryształowe żyrandole. Dwie kuchnie: jasna – rodzinna, i piętro wyżej czarna – wysublimowana. Dwa psy i iguana. Dwóch synów: Oskar – tegoroczny maturzysta – i Gaspar – kończy gimnazjum. Jest i mężczyzna, który od kilku lat daje jej poczucie bezpieczeństwa. I ojciec, z którym „wisi” codziennie na telefonie. Mnóstwo przyjaciół. Codzienność Ewy Minge jest równie barwna, jak ona sama i jej linia modowa. We wrześniu zajęła się też projektowaniem wnętrz – Eva Minge Home. Wiosną zaprezentuje pierwszy urządzony przez siebie apartament. Nie ma na koncie chybionych decyzji. I nawet jeśli przeszłość pakuje w kartony, to wybiera z niej tylko rzeczy, które mają znaczenie dla przyszłości – zdjęcia dziadków i pradziadków, laurki od dzieci i pamiątki z podróży. W Polsce atakowana, dostała się nie tylko na pokazy na słynnych Schodach Hiszpańskich, lecz także trzy razy w Paryżu na haute couture.

– Kiedy wróciła Pani z Paryża z pokazu haute couture, pomyślała: uff, stanęłam na najwyższym podium?
Ewa Minge:
Nigdy tak nie myślę. Uważam, że jestem dopiero na początku długiej drogi, która może potrwać wiele lat.

–  Nie wierzy Pani w siebie?
Ewa Minge:
Pamiętam, jak rozpłakałam się podczas pokazu na Schodach Hiszpańskich, mojego pierwszego zagranicznego pokazu tej rangi – wtedy to było jedno z największych wydarzeń modowych. Miałam iść ósma, to znaczy moja kolekcja. No i nie poszłam, dziewiąta też nie, jedenasta – nie. Przy trzynastej marce popłynął mi makijaż. Kiedy zapowiedzieli czternastą, że rewelacja, nadal płakałam. Moja menedżerka klepnęła mnie po plecach: „Minge, uspokój się, teraz ty idziesz. Przecież to twoje suknie. Na finał zostawiają zawsze najlepsze kolekcje”. Ale doszłam oczywiście do wniosku, że jedna jaskółka wiosny nie czyni.

–  Sukcesy się zaczęły, kiedy odcięła się Pani od przeszłości?
Ewa Minge:
Można tak powiedzieć. Przychodzi kiedyś taki moment, że człowiek albo musi siebie zapakować i przenieść w inne miejsce, albo tkwi w czymś, co przeminęło i się w tym męczy. Jeśli rozpoczyna się nowe życie, trzeba mieć odwagę wszystko za sobą zostawić.

–  Pani miała?
Ewa Minge:
Podjęłam decyzję o rozwodzie, kiedy stwierdziłam, że jestem nieszczęśliwa, że nie spełniam się jako człowiek, że nic mnie nie cieszy, chociaż robię to, co zawsze chciałam. Że jeszcze trochę, a albo umrę, albo zwariuję. Czułam się jak zamknięta w dusznym pomieszczeniu. Rozwodząc się, wyszłam z niego na świeże powietrze. Gdybym z tamtego życia wzięła jakąś walizkę, ten duszny zapach towarzyszyłby mi do dziś.

– Gdy się jest nieszczęśliwą, rzutuje to na wszystko, pracę też?
Ewa Minge:
To było tak. Gdy zaczęłam budować moją markę, byłam bardzo młoda, jeszcze studentka. Miałam zaledwie 21 lat, a już zarabiałam duże pieniądze, moje ubrania kupowało kilkadziesiąt salonów. Potem byłam młodą 23-letnią żoną i moje wyobrażenie o małżeństwie mocno odbiegało od rzeczywistości. Byłam nauczona życia w prawdziwej rodzinie i niewyobrażalnej miłości. Na spacer za rękę. Oglądanie telewizji za rękę. Awantura po włosku i znowu love story. A wyszłam za człowieka, który nie był nauczony okazywania uczuć. Moja dusza cierpiała, więc uciekałam w pracę. Zabierałam do niej najpierw 5, potem 10, 20, 50 procent życia rodzinnego. Dzieci ze szkoły przychodziły do mnie, do firmy, bo miały blisko. Stąd dopiero wieczorem wracaliśmy do domu. Moja codzienność zaczęła ograniczać się do pracy. A gdy zaczynałam marzyć, żeby budować swoją markę i pozycję, byłam ściągana na ziemię: po co ci to? Przecież jest dobrze. Dokładnie w tym roku, gdy uzyskałam rozwód, weszłam na rynek włoski. Zaczęłam przygotowywać pokazy.

– Ten słynny pokaz na Schodach Hiszpańskich był przełomowy?
Ewa Minge:
Nazywał się Donna Sotolestella – kobieta pod gwiazdami. Dwa dni potem pokaz na Alta Roma. Dzienniki: „La Repubblica”, „Il Messenger”, „La Stampa” zaczęły o mnie pisać. Pojawiły się zdjęcia i zaproszenie na kolejne pokazy Alta Roma. Na Alta Moda pokazałam się pięć razy. Z chwilą rozstania się z mężem zaczęłam więc doganiać  swoje marzenia. 

– Nie było łatwo?
Ewa Minge:
Trudno realizować marzenia, mając dwóch synów, których trzeba wychować.  Przysparzali mi tysiące problemów, jak to chłopcy.  Mój tato, który pełni rolę SOS, gdy lampka pali się już na czerwono, tłumaczy: „Ja im wszystko wyjaśniłem, zrozumieli”. A ja śmieję się: „Tato, przecież z tobą przerabiałam to samo. Byłeś przekonany, że wszystko dobrze, a ja byłam w zupełnie innym miejscu, niż sądziłeś”.

– Ojciec wiedział, że cierpi Pani na bulimię? A może to teraz temat tabu?
Ewa Minge:
Nie, nie tabu. Mając 21 lat, chorowałam rok na bulimię. Rodzice zareagowali natychmiast, dali mi pomoc psychologa i własną. Dzięki nim wyszłam z tego. Dlatego tak ważne jest, by rozmawiać w domu o trudnych sprawach. Cieszę się, że mój kontakt z synami jest tak bliski. 

– Czy przed tym pierwszym pokazem na Schodach Hiszpańskich przypuszczała Pani, że zajdzie tak wysoko?
Ewa Minge:
Nie, chociaż coś już tam zaczęłam robić, już o mnie robiło się głośno. Moja mama powtarzała: „Nie oglądaj się na innych. Pokonuj samą siebie”. Szłam więc własną drogą, sama sobie podnosiłam poprzeczkę. Miewałam też załamania. Zwłaszcza gdy w jednej z gazet, której naczelna była moją przyjaciółką, pojawił się o mnie bardzo pejoratywny artykuł. Pierwszy w moim życiu. Uodpornił mnie na wiele lat, ale wtedy załamałam się. Nie tym, że źle o mnie napisano, tylko że zamieściła to moja przyjaciółka. Ale może dzięki temu znalazłam nową wielką przyjaźń?

– Pani chyba w ogóle ma więcej przyjaciół niż wrogów?
Ewa Minge:
To prawda, przyjaźnię się z ludźmi po 20 lat. A wrogowie? Nie ma ich, gdy brak sukcesu. Wracając do tamtej historii – akurat przeczytałam ten tekst przed wejściem na wizję w „Pytaniu na śniadanie”. Była tam też Aida, słynna wizjonerka i piosenkarka. „Czemu pani jest smutna?”, spytała. Niemal się rozpłakałam. Po programie zaprosiła mnie do siebie, co stało się początkiem wyjątkowej, głębokiej przyjaźni. Powiedziała mi wtedy: „Nie przejmuj się, co piszą czy mówią. Za pół roku, 17 lipca, staniesz na schodach. To będzie początek wielkiej kariery”.  „Przecież ja 17 lipca jadę do Grecji na wakacje”, odparłam. „Zmienisz plany, dowiesz się o tym w marcu”. W marcu zadzwoniłam do niej: zostałam zaproszona na schody do Rzymu, na 13 lipca. „Dwa tygodnie przed pokazem zmienią datę”, odpowiedziała. Zmienili. Dopiero wtedy uwierzyłam w moją szczęśliwą gwiazdę. To nie tak więc, że uważam: jestem najlepsza. Mój tato mawia: „Dziecko, nie idź do góry. Idź przed siebie”. 

– Słucha Pani wskazówek ojca?
Ewa Minge:
Słucham, ale marzę, by zobaczyć, jak świat wygląda z góry. Gdy słyszę o moich sukcesach, gdy pisze o mnie dziennik „Le Monde” po pokazach haute couture, gdy „L’Officiel” umieszcza mnie wśród najlepszych kolekcji  haute couture, myślę sobie: A może powinnam w życiu robić coś innego? Panie Boże, daj mi znak, że właściwie używam talentu, który mi dałeś. Często rozmawiam ze swoim Bogiem. W dialogu z Nim odnajduję sens różnych zdarzeń. Wiele razy życie mnie rozczarowało. Nigdy jednak nie powiedziałam: żałuję tego czy tamtego. Nie.

– Rozczarowania? Pani? Nie wierzę.
Ewa Minge:
Największym bólem była dla mnie strata mamy. Los dał mi mamę, która mnie ukształtowała, napełniła wielką siłą. Wspominam, jak siadałam z nią w kuchni i odpowiadała mi na moje dziecinne pytania, bardzo prosto i mądrze. Nie powtarzała: „Jesteś najwspanialsza, najpiękniejsza”. Odwrotnie. Byłam grubym dzieckiem, takim brzydkim kaczątkiem. Bo chciałam zadowolić babcię i zjadałam cztery zamiast dwóch kotlecików. Mama tłumaczyła mi, że trzeba zmienić dietę, że kobieta powinna być atrakcyjna. A kiedy przesadziłam w drugą stronę, znowu pomogła mi rozmowami. Wydawało mi się, że będzie ze mną wiecznie. I raptem ta moja silna mama, ten mój wielki przyjaciel, zaczęła chorować. Rzuciłam wszystko, by się nią zająć, odwołałam pokazy. Tylko ja znałam właściwą diagnozę. Są tacy ludzie, którym nie wolno powiedzieć prawdy, bo przestają walczyć. Brałam więc ze szpitala dwa wypisy – dla rodziców i prawdziwy. Jeździłam po całym świecie, szukałam ratunku, ale wszędzie rozkładali ręce. Musiałam  udawać, że wszystko jest dobrze. Aida wcześniej powiedziała mi: „Będziesz matką dla matki”. I tak było. Zadawałam Bogu pytania: „Dlaczego mnie tak doświadczasz?”.

– Dostała Pani odpowiedź?
Ewa Minge:
Dostałam. W mojej głowie słyszałam głos: „Tylko cierpiąc, wzbogacasz siebie, staniesz się bardziej wartościowym człowiekiem, dziel się tą wiedzą, dziel się z ludźmi tym, co masz”. I dzieliłam się, dzielę nadal. Staram się nikogo nie zostawić bez pomocy. Uważam wręcz, że Bóg mnie na ten ból przygotował. Takich doświadczeń miałam wiele. Jednym z nich była podopieczna fundacji „Spełniam Marzenia” – 15-letnia, chora na raka Ania ze Śląska. Bardzo chciała mnie poznać. Pojechałam do niej, a potem  jeździłam regularnie. Umarła niemal na moich rękach, rozmową szykowałam ją w ostatnią podróż. Kilka razy w moim życiu tak blisko obcowałam ze śmiercią. Mimo to, gdy odchodziła moja mama, i tak musiałam być niewyobrażalnie silna. Tą wyjątkową siłą, jakiej ona mnie nauczyła.

– W takich chwilach jesteśmy zawsze samotni?
Ewa Minge:
Było przy mnie wielu przyjaciół i bliski mi człowiek, ale i tak  sama musiałam pokonać to wielkie cierpienie. Dzwoniłam do Aidy, mojej przyjaciółki: „Tak mi strasznie ciężko, jak sobie poradzę bez mamy”. A ona na to: „Mama będzie z tobą jeszcze bardziej, niż była”. I tak się dzieje. Codziennie rozmawiam z mamą, tak jak wtedy, gdy żyła.  Dzwonię do niej z „wirtualnej komórki”. Słyszę jej głos, widzę uśmiech. Jeszcze przed jej śmiercią wyrządzono nam straszną krzywdę. Jeden z tabloidów napisał: „Matka Minge umiera”. I moja mama, którą przekonywałam, że będzie żyła, przeczytała w gazecie, że jest śmiertelnie chora. „Mamo, przepraszam cię za moją cholerną sławę, zabiję, podam ich do sądu”. A mama: „Tam jest napisane, że jestem ci potrzebna, że cię wspieram. A ja dla ciebie byłam taką złą matką”. „Co ty, mamo, mówisz? Jesteś najlepszą matką na świecie”.

– Kiedy umiera ktoś bardzo bliski, ratunek jest w pracy?
Ewa Minge:
Rzuciłam się w jej wir. Jeszcze przed chorobą mamy powstał projekt Eva Minge Home. I chociaż myślałam, że go zarzucę, stwierdziłam, że moja mama by tego nie chciała. Kiedy myślałam, że nic już ciekawego nie zrobię, nagle mój wzrok spoczął na przepięknej starej bransolecie mamy. Wiedziałam, że to znak, że mama pragnie, żebym pracowała nadal. Poza tym miałam wsparcie w rodzinie.

– I podobno w przystojnym mężczyźnie, którego otacza Pani tajemnicą?
Ewa Minge:
Ten człowiek, który jest przy mnie, to mężczyzna o intrygującej powierzchowności, dla jednych demoniczny, dla drugich bardzo przystojny. Jedno jest pewne – niezwykle silny. Kiedy się poznaliśmy, śmiałam się, że chłopcy szukają kobiet podobnych do matek, a dziewczynki mężczyzn podobnych do ojców. Mam więc ojca numer dwa, chociaż jest w moim wieku. Daje mi wielkie poczucie bezpieczeństwa i jest dumny z tego, jaka jestem. Przeszedł ze mną najtrudniejszy okres mojego życia. Pomaga mi we wszystkim. Uczę się od niego, jak zarządzać biznesem – mam duży zespół ludzi, powstały dwie nowe firmy. Nauczył mnie najważniejszego w biznesie: dzielenia się władzą... Mówię, że prawdziwą kobietę może stworzyć tylko prawdziwy mężczyzna. Kiedy mnie poznał, powiedział: „Czemu nosisz ciuchy jak komandos Minge? Bojówki, trampki, T-shirty? Bądź bardziej kobieca”. I efekt jest taki, jak pani widzi (uśmiech).

– Widzę czarne spodenki z aksamitu, srebrny T-shirt, aksamitną kurteczkę. Bardzo sexy.
Ewa Minge:
W mojej garderobie znajdują się teraz doskonale skrojone spodnie i marynarki. Taka prosta moda pret-a-porter. Nie chodzę w sukniach z doszytymi skrzydłami, chociaż na pokazie haute couture ta kreacja wywarła wielkie wrażenie. Niedawno, kiedy pakowałam rzeczy mamy, znalazłam u niej 40 torebek. Jakbym usłyszała jej słowa: „A to ci zrobiłam niespodziankę. Takie ładne torebeczki dla ciebie wynalazłam”. Moja mama też projektowała stroje, była plastyczką z wykształcenia. I zaczęłam nosić rzeczy z jej szafy. Przepiękne kamizelki futrzane, torebki. Zaczęłam nawet porządnie składać jej ubrania, chociaż jestem trochę bałaganiara. A jej rzeczy prawie celebruję. Wyczuwam, jak mi podpowiada: jesteś kobietą spełnioną, szczęśliwą, nie zarzucaj niczego. Nie zarzucam więc. A wszystko układa się teraz jak pod sznurek. Bo ona mi pomaga. Ja po prostu czuję, że wszystkiemu dam radę. Wiem to.

– I nie będzie się Pani przejmować, gdy znowu napiszą, że miała pani sześć operacji plastycznych i kilka małżeństw? 
Ewa Minge:
Tym się nigdy nie przejmowałam. Prawdę mówiąc, oglądając swoje zdjęcia, powiedziałam do przyjaciółki: „Słuchaj, gdybym nie wiedziała, jak jest naprawdę, też podejrzewałabym tę kobietę o takim dziwnym kształcie oczu o interwencje chirurgiczne”.

– A włosy? Ich też się czepiają.
Ewa Minge:
Postanowiłam na jedno ze spotkań z klientkami uczesać się gładko w hiszpański kok. Na drugi dzień organizator poprosił: „Pani Ewo, chcemy pani loków. Klientki się domagają”. Ataki na mnie znoszę bez problemu. Dotknął mnie tylko tekst w „Rzeczpospolitej” zarzucający kłam mojemu udziałowi w haute couture. Że nic nie znaczyłam, bo „Le Monde” nic o mnie nie wspomniał. Otóż więc po następnym pokazie w 2009 roku wspomniał, a nawet napisano recenzję pełną komplementów. Ale tego w Polsce już nie sprostowano.
 
Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Marcin Tyszka
Stylizacja Maria Antczak
Makijaż Pomme Seller
Fryzury Jenifer Jouvin
Produkcja Elżbieta Czaja
Współpraca Ewa Piotrowska/SMART PRODUCTION

 

 

Więcej na temat Ewa Minge
Przeładuj

Poznali się na planie "BrzydUli", do dziś są bardzo szczęśliwą parą! Kim jest o 20 lat starszy partner Julii Kamińskiej?

zobacz 01:27