Hanna Gronkiewicz-Waltz
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek
WYWIADY KRYSTYNY PYTLAKOWSKIEJ

Hanna Gronkiewicz-Waltz – Pani prezydent walczy

Hanna Gronkiewicz-Waltz
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek

– Czy wie Pani, jak ludzie teraz Panią nazywają?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Mam różne przezwiska… Z tych ładniejszych: żelazna dama.

– Syrena na wale.
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
O, tego jeszcze nie słyszałam. Zabawne.

– Nie obraża się Pani?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Najważniejsze to mieć dystans do siebie. No tak, jeśli syrena – to alarmowa. Zgadza się. Na wale – też. Spędziłam na nich dwa tygodnie.

– O powodzi powiadomiono Panią telefonicznie w nocy?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Oglądałam z mężem wieczorem w telewizji dramatyczne zdjęcia z południa Polski. Od razu miałam przeczucie, że fala dopłynie do Warszawy. Był weekend, pamiętam, że strasznie padało, krople deszczu uderzały w okno na dachu. W Internecie sprawdziłam prognozę pogody. I byłam pewna, że Wisła osiągnie wysoki stan i u nas, w stolicy. Przecież w dzieciństwie mieszkałam u dziadków w Płocku, gdzie co jakiś czas zalewało część miasta.

– I co Pani zrobiła, gdy już było wiadomo, że woda idzie na Warszawę?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Zatelefonowałam do Jarka Jóźwiaka, wiceszefa mojego gabinetu, i Ewy Gawor, szefowej Biura Bezpieczeństwa, i zarządziłam spotkanie zespołu kryzysowego. Do możliwości nadejścia powodzi byliśmy gotowi od wielu miesięcy. Rok temu opłynęłam całą Warszawę, poleciłam wyciąć 500 drzew i 30 tysięcy krzewów, które stanowiłyby zagrożenie podczas powodzi. Inwentaryzacji ciężkiego sprzętu dokonaliśmy w czasie zimowych roztopów. A potem w maju co godzinę zaczęły przychodzić sms-owe prognozy dotyczące opadów i stanu Wisły. Szybko podjęłam decyzję, żeby dokupić worków, chociaż woda jeszcze nie wyglądała groźnie. Następnego dnia zaczęliśmy wzmacniać Wybrzeże Helskie, by chronić warszawskie zoo.

– Bała się Pani?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
To nie był strach, tylko napięcie. Takie, które czuje się w mięśniach na karku. Wiedziałam, że nie wolno czekać. Kazałam omówić mapy terenów zalewowych, poinformować szpitale o sytuacji kryzysowej, przygotować procedury ewakuacyjne.

– Telefonowała Pani do męża, żeby pakował dokumenty i cenniejsze przedmioty? Mieszkacie przecież w zalewanym Wawrze?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
W Wawrze, ale za torami, na bezpieczniejszym terenie. Nie wpadłam w panikę. Przeszłam niezły trening, gdy byłam prezesem NBP. Gdyby prezes banku centralnego panikował, trzęsły mu się ręce na wizji, oblewał potem ze strachu, bo złoty słabnie, to mogłoby mieć straszne konsekwencje. Wtedy, w latach 90., przecież kurs złotówki nieustannie się zmieniał. Mężowi nie musiałam nic tłumaczyć. Tylko mamę prosiłam: „Może przyjedziesz do nas?”. Mama mieszka na Dolnym Mokotowie. Ale odpowiedziała, że w razie czego przeniesie się do sąsiadki, wyżej. O bliskich więc nie musiałam się martwić. Nawet o córkę Dominikę, która z dziećmi mieszka na Ursynowie. Nikt wtedy nie przypuszczał, że Ursynów też będzie zagrożony na skutek wylania rzeczki w Piasecznie. Najgorsza była nieprzewidywalność całej sytuacji, konieczność skoordynowania działań wszystkich służb. Był moment, gdy woda wdarła się do Portu Praskiego i zaczęła znikać w jakimś kanale, którego nie było na mapach. Baliśmy się, że dostanie się do systemu kanalizacji albo do rur ciepłowniczych i zaleje część Pragi.

– Kiedy tak Pani słucham, myślę, czy to jest zajęcie dla kobiety.
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
To zajęcie dla osoby o określonym charakterze, niezależnie od płci. Trzeba mieć zdolność podejmowania decyzji. Są mężczyźni, którzy decyzji nie podejmą, i są kobiety, które podejmą ją błyskawicznie. Muszę powiedzieć, że ucieszył mnie komplement strażaków, którzy powiedzieli: „Z panią łatwo pracować, bo pani jest decyzyjna”.

– Ta powódź była dla Pani największą próbą, sprawdzianem?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Tak myślałam, ale mąż przypomniał mi: „Pamiętasz, jak było trudno w czasie kryzysu bankowego?”. Rzeczywiście, emocje wtedy były nieporównywalne z niczym, co nastąpiło później. Banki padały po kolei. Część z nich musiałam postawić w stan upadłości, zlikwidować. Byłam przerażona, lecz nie dawałam tego po sobie poznać. Niewypłacalność banków była dla wielu ludzi podobnym wstrząsem jak powódź. Tracili oszczędności życia, tak jak powodzianie dom i cały dobytek.

– Co Pani robi w stresie? Pije herbatę za herbatą? Pali papierosy?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Nie palę od dawna, a herbata… Piję jej dużo, jakby mimochodem. Nie mam jakiejś specjalnej czynności, która mnie uspokaja. Nie stawiam pasjansa. Wchodzę co chwila do Internetu, sprawdzając, czy nie ma nowych wiadomości. Człowiek podświadomie czeka na informacje napełniające optymizmem. Teraz długo ich nie było, ciągle tylko coś przeciekało, przemiękało...

– Nocowała Pani w gabinecie?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Nie, nie, wracałam do domu około pierwszej, drugiej w nocy, a wtedy mój zastępca obejmował dyżur. Musiałam pospać, by być przytomna, bo nikt nie miał pojęcia, ile to będzie trwało.

– Kiedy widziałam Panią w telewizji, bałam się, czy Pani to wytrzyma.
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Byłam zmęczona. Jak przyjeżdżałam do domu, to tylko prysznic i spać. Musiałam się wyłączyć, by móc rano działać ze świeżą głową.

– I pomyśleć, że kiedyś żyła Pani spokojnie, pracowała na uniwersytecie, robiła habilitację. A tu nagle Wałęsa Panią wydobył z uniwersyteckich sal i wrzucił do banku.
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Rzeczywiście wszystkich zaskoczył. Tylko że ja zawsze byłam „polityczna”. Przewodnicząca „Solidarności” na wydziale, przewodnicząca strajku na praktyce robotniczej i gospodyni klasy.

– To z ambicji?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Z osobowości. A potem przeszłam od polityki do gospodarki, później z gospodarki z powrotem do polityki.

– Wcześniej, w 1995 roku, bardzo przeżyła Pani porażkę w wyborach na prezydenta kraju?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Żadna porażka nie jest przyjemna, ale ważne, żeby przekuć ją w doświadczenie. Ja to sobie tłumaczę tak, jak mówi moja mama: życie nie składa się z samych sukcesów. Wszystko trzeba wziąć na rozum. Powiedziałam więc sobie, że to nowe doświadczenie, bardzo ciekawe, które bardzo mi się przydało w kampanii na prezydenta Warszawy. To też były przecież wybory bezpośrednie. Czułam się już zahartowana, w myśl zasady: co cię nie zabije, to cię wzmocni.

– Ale popłacze Pani sobie tak po babsku? Po cichu?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Nie, raczej się złoszczę, gdy przeczytam w Internecie jakiś nieprawdziwy wpis. Ktoś napisał: „No, Warszawie to się udało, bo całą straż ściągnęli z kraju”. A przecież nasi stołeczni strażacy pracowali w całej Polsce. Ale jeśli ktoś wie lepiej niż ja i głosi swoją bzdurną tezę, robi mi się przykro. Z bezsilności.

– Podczas kłótni z Joachimem Brudzińskim w programie „Co z tą Polską?” o mało się Pani nie rozpłakała ze złości. Mało nie rzuciła mu się Pani do gardła. Podobała mi się Pani waleczność.
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Nie jestem wojującą feministką, ale popieram parytety, walczę o sprawy kobiet. Denerwuje mnie traktowanie kobiet polityków pobłażliwie. A tak się wtedy stało.

– Jako dziecko płakała Pani z powodu dwói w szkole?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Skąd! Uczeń bez dwói to jak żołnierz bez karabinu, jak mawiali moi rodzice. Wychowywano mnie tolerancyjnie. Nie musiałam bać się z powodu niepowodzenia w szkole.

– Może dlatego wyrosła Pani na tak silną kobietę?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Jeden z kolegów powiedział mi kiedyś: „Bo ty jesteś taka twarda”. Twarda? Nie. Jeśli już chcesz coś powiedzieć o moim charakterze, to jestem dzielna. Tak byłam wychowywana przez mamę i babcię – dwie bardzo dzielne kobiety.

– Ojciec – adwokat – też miał na Panią duży wpływ?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Gdyby nie on, nie wiem, czy zaangażowałabym się w „ Solidarność”. Z tatą dyskutowaliśmy o polityce, on chodził na wywiadówki, tłumaczył wychowawczyni, że mam jego zgodę, by nie brać udziału w obchodach 1 maja. Z dzieciństwa dokładnie pamiętam audycje Wolnej Europy. Potem, gdy spotkałam Jana Nowaka-Jeziorańskiego, natychmiast rozpoznałam go po głosie.  Jako nastolatka dyskutowałam z koleżankami nie o ciuchach, tylko o polityce. Mama dbała, żebym uczyła się języków. Rodzice się uzupełniali. Natomiast babcia ciągle podejmowała jakieś działania biznesowe (uśmiech). Już była blisko siedemdziesiątki, gdy otworzyła firmę prężenia firan, jak to się nazywało. Przed wojną miała sklep. A druga babcia – mama ojca – była właścicielką pralni chemicznej przy Wspólnej w Warszawie. Prowadziła ją ponad 50 lat. Miałam więc po kim odziedziczyć gen silnej kobiety. I gospodarność. Mam zamiłowanie do porządkowania świata.

– Nawet krążyło wśród polityków  powiedzonko: „Hania od sprzątania”. Nie chciała Pani być premierem?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Premierem nie. Może trudno w to uwierzyć, ale ja raczej podejmuję wyzwania, które do mnie przychodzą, nie planuję z góry swojej kariery.

– Kobieta nie powinna być szefem rządu?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Może nim być, bardziej niż prezydentem. Moim zdaniem kobieta nie zostanie wybrana na prezydenta Polski zbyt szybko, choć chciałabym się mylić. Przykład zza oceanu, czyli starania Hillary Clinton, nie napawają optymizmem.

– Czy polityka niczego Pani nie zabrała?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Czego?

– Nie stała się Pani życiem zastępczym?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Nie, przecież ja wszystkie role wypełniłam. Wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, mam dwoje wnuków, niebawem będzie trzeci (uśmiech).

– Wyszła Pani za mąż bardzo wcześnie, bo mając 21 lat.
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Tak, jeszcze na studiach. Najpierw długo chodziliśmy ze sobą, potem się pobraliśmy.

– Miała Pani dużo szczęścia, bo trafiła na jedynego mężczyznę na świecie, który potrafi być oparciem dla żony z ambicjami?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Na pewno gdybym miała innego partnera życiowego, byłoby mi o wiele trudniej. Ale Andrzej nie zazdrości mi sukcesów. Ma swoją dziedzinę, w której się spełnia. Jest inżynierem, jego pasja to transport. W zeszłym roku na Kongresie Kobiet Polskich powiedziałam: „Mówi się, że za sukcesem mężczyzny stoi kobieta. To działa w drugą stronę: Za sukcesem kobiety stoi mężczyzna”. Mąż akceptuje to, co ja robię, nie wtrąca się zbytnio. Sam ma zresztą różne zamiłowania i też nie akceptowałby sytuacji, gdybym ja wsadzała mu tam swoje trzy grosze. Mówi na przykład: „Piękna pogoda, o piątej rano jadę na żagle”. I wyjeżdża.

– Sam?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Często jadę z nim, chociaż nie jestem fanką łódki i wody. Nie pływam zbyt dobrze, prawdę mówiąc, z trudem utrzymuję się na powierzchni. Pocieszył mnie teraz jeden ze strażaków, mówiąc: „Woda jest gorszym żywiołem niż ogień, bo nad pożarem można zapanować, a nad wodą – nie”. Gdy wakacje spędzaliśmy na łódce, to spaliśmy na lądzie. Jak mąż pływa sam, nocuje na wodzie.

– Lubi pływać z Panią?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Myślę, że lubi, gdy razem jemy jakiś makaron z sosem – na łódce nie przyrządza się skomplikowanych potraw. Ale pewnie go złości, gdy czasami jestem podenerwowana: burza idzie, zwijamy się, wracajmy.  A mąż: „Nie histeryzuj”. Jego spokój jest zarażający. Znajomy powiedział niedawno: „Andrzejowi za samą obecność należałoby płacić. On tak dobrze działa na ludzi”. Mąż jest też dla mnie głosem eksperckim, choćby w czasie powodzi.

– Wracała Pani w nocy, budziła go: „Andrzej, czy to przęsło wytrzyma?”.
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Nie musiałam. On pracuje wieczorami. Czekał na mnie, aż wrócę. Wiedział, że będzie mi potrzebny.

– Lubi Pani kwiatki podlać? Kota nakarmić, zrobić zakupy?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Pytała pani, czy polityka zabrała mi część życia. Odpowiedziałam, że nie, i to jest prawda. Ja na przykład nie rozumiem, co to znaczy nie wziąć co roku urlopu, nie wyjechać z rodziną. Lubię wypoczywać, po prostu posiedzieć sobie w ogrodzie. Bardzo lubię zakupy. Ale robię je w pobliżu domu. Nie jeżdżę do dużych supermarketów. Bo z perspektywy tabloidu zakup czegokolwiek urasta do wielkiego wydarzenia.

– Jest Pani celebrytką.
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Dawniej celebrytami byli tylko artyści. Teraz i polityków tak się traktuje.

– Jaki córka ma zawód?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Jest prawnikiem, jak ja. Odkąd ma własne dzieci, jej relacje ze mną bardzo się poprawiły. Stała się wyrozumiała dla matki.

– Dla wnuków jednak Pani pewnie nie ma czasu?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Mniej niż mąż. A dziadek to ważna instytucja. Mój się mną zajmował, miałam poczucie, że gdybym kogoś zabiła, to powiedziałby: „Haniu, czym cię tak ktoś rozzłościł?”. Wiele wartości przejęłam od dziadków.

– Głęboką wiarę w Boga też? Nadal Pani jeździ co roku na Jasną Górę medytować w klasztornej celi?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Już nie. To był taki cykl, który po czterech latach się skończył. Ale ufam cały czas, że Bóg nade mną czuwa. Gdy dzieje się coś dobrego i coś złego. Na pewno oparcie w Bogu jest bardzo dla mnie ważne.

– W trudnych momentach ma Pani jednak skłonność do depresji?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Nie jestem depresyjna, tylko miewam nastroje.

– Nastroje?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Potrafię się rozzłościć, ale szybko mi przechodzi. W czasie powodzi na przykład mobilizowałam się, miałam mnóstwo adrenaliny, która trzyma człowieka w równowadze. Dopiero potem wyszło zmęczenie i odreagowywałam.

– Nigdy nie miała Pani ochoty rzucić tego wszystkiego?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Co jakiś czas mam ochotę wrócić do pracy naukowej. Prawdę mówiąc, gdy przyjechałam po pięciu latach z Londynu, gdzie pracowałam jako wiceprezes w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju, liczyłam na to, że zostanę sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Ale wtedy Donald Tusk mi powiedział: „Najpierw musisz jeszcze popracować”. Wystartowałam więc do sejmu, a potem na prezydenta Warszawy. Nadal jednak uważam, że bycie sędzią w trybunale to zaszczyt.

– Marzy Pani nadal o pracy w Trybunale?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Nie marzę, w ogóle nie marzę. Bez grymasów przyjmuję to, co niesie życie. Nigdy zresztą bym sobie nie wymarzyła tego, co robię i kim jestem. Nie wymyśliłabym takiego życia. Nie miałabym aż takiej wyobraźni.

– I pewnie dlatego kalosze kupiła Pani dopiero podczas powodzi?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
Zdziwi się pani, kupiłam je przed powodzią, jakby coś mnie tknęło.

– Gumowce w motylki?
Hanna Gronkiewicz-Waltz:
W kropeczki, takie malutkie, że prawie ich nie widać. Z klamerką. Wybrał je mąż.

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek
Stylizacja Marta Siniło
Asystentka stylistki Areta Szpura
Makijaż WILSON/D’VISION ART
Fryzury Łukasz Pycior/D’VISION ART
Produkcja Anna Wierzbicka
Współpraca Maciej Bieliński

Więcej na temat Hanna Gronkiewicz-Waltz
Przeładuj

Trendy na wiosnę 2020 w pigułce. Oto 5 największych hitów, które będziemy nosić tej wiosny

zobacz 01:14