Edyta Olszówka
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek
Szczere wyznania

Edyta Olszówka: "Miałam w sobie demony"

O trudnej podróży w głąb siebie, samotności i... wielkim apetycie na życie z Edytą Olszówką rozmawia Liliana Śnieg-Czaplewska

– To prawda, że w serialu „Przepis na życie”, który okazał się hitem, Magdalena Kumorek wygrała walkę o rolę z Joanną Brodzik, a Ty z Małgorzatą Foremniak?
Edyta Olszówka:
Takie jest aktorskie życie, dużo ról przechodzi człowiekowi koło nosa. Nie wszystko jest dla nas. Casting dziś bywa bardziej stresujący niż właściwa praca, łącznie z premierą. Jest mnóstwo osób w naszym środowisku bez pracy. Ról jest mało, a aktorów dużo; co roku tylko państwowe szkoły teatralne opuszcza ponad stu absolwentów, nie mówiąc o prywatnych. I o uzdolnionych amatorach.

– Wiedziałaś, że będzie taka ostra konkurencja, gdy zaczynałaś?
Edyta Olszówka:
Wiedziałam, ale składałam się z samych marzeń, złudzeń i iluzji. Szybko okazało się, że ta praca to nienasycenie, rodzaj narkotyku, a dla aktorki dodatkowo proces przemijania podlegający publicznej ocenie. Proces okrutny, na oczach widzów. W pewnym tabloidzie ukazało się wielkie zdjęcie mojej twarzy ze strzałkami w różnych kierunkach, co, gdzie i jak powinnam sobie wygładzić, podciągnąć. Totalny brak tolerancji dla tak naturalnego procesu jak starzenie. Nic dziwnego, że jak młodsza i starsza aktorka jednocześnie zabiegają o tę samą rolę, to ta ostatnia wpada w popłoch. Ma mniejsze szanse.

– Ja tam wolę wierzyć, że wygra lepsza. Ty podobno rewelacyjnie śpiewasz. Agata Passent nie może odżałować, że zarzuciłaś śpiew, mając taki „świetny, mocny, niski głos. I świetne nogi przy okazji”.
Edyta Olszówka:
Za nogi – dziękuję. Z Agnieszką Osiecką spotkałam się po trzecim roku szkoły teatralnej, gdy dorabiałam sobie jako kelnerka w klubie Scena. Zaproponowała mi rolę Ali w „Listach śpiewających” i to był mój debiut telewizyjny. To wtedy poznałam 18-letnią Agatę. W szkole teatralnej miałam kłopoty z głosem. Niski, chrypiący. Nie byłam w stanie uwierzyć, że może być moim atutem. Paradoks…

– Dzięki głosowi w wieku siedmiu lat zdobyłaś pierwsze miejsce na konkursie piosenkarskim.
Edyta Olszówka:
Raczej za bardzo dojrzałą interpretację piosenki „Wszystko, czego dziś chcę” (śmiech) bardzo wtedy popularnej Izabeli Trojanowskiej. Dostałam wazon fajansowy i mam go do dzisiaj. Miałam chrypę, byłam chuda, brakowało mi uzębienia. Ale od kamery nie odrywałam wzroku, wypadłam podobno bardzo zmysłowo, seksualnie. Dziś rodzice mogliby mieć kłopoty.

– Na studiach obronił Ciebie i Twój głos Jan Machulski.
Edyta Olszówka:
On w ogóle lubił ludzi, był ojcowski i ciepły, wierzył w młodego człowieka. I akceptował mnie! Gdy w 1994 roku wygrałam konkurs teatrów ogródkowych, Izabella Cywińska zaprosiła mnie do serialu „Abigel”, a Wojtyszko – do teatru Ateneum. U Jana Machulskiego zagrałam w Teatrze Ochoty w sztukach „Motyle są wolne” i „Love story”. Wyruszyłam w świat.

– Czemu się nie chwalisz, że 13 lat temu we włoskim filmie „Elvis i Marilyn” w ufarbowanych na platynę włosach grałaś piosenkarkę w nocnym klubie i tak zaśpiewałaś, że film dostał dwie nagrody?
Edyta Olszówka:
Nie chwalę się, bo uważam, że każdy powinien robić to, co robi najlepiej. Dla idei mogę się nawet ośmieszyć. Albo wystąpić z Piaskiem i nagrać piosenkę w akcji charytatywnej „Dżentelmena”. Ale prawda jest taka, że nie śpiewam dobrze. Za to odnalazłam się w teatrze. Nigdy nie myślałam, że aż tak bardzo. To miejsce pełne kurzu, o specyficznym zapachu, sprawia, że czuję się w nim bezpiecznie. W teatrze czuję przepływ energii, czasami tylko na koniec spektaklu dziwię się, czemu mam mokrą sukienkę. Tak jak w sztuce „Wariatka”.

– To prawda, że o mało nie zostałaś po studiach w Stanach?
Edyta Olszówka:
W maju zdałam maturę i dostałam wizę do USA, w czerwcu przystąpiłam do egzaminów i w dwa dni później ze swoim chłopakiem Michałem ruszyliśmy do Stanów. Drugi raz bym nie zdawała. Pewnie zostałabym w Stanach. A tak Michał został, ja wróciłam.

– W Stanach musiałaś dostać niezłą szkołę jako pokojówka.
Edyta Olszówka:
Gorzej, to był tak zwany cleaning service. Grupa kobiet sprzątających domy, szpitale, biura, przychodnie medyczne. Nie mówię o bólu mięśni z przemęczenia ani o wstawaniu o czwartej nad ranem. Ręce miałam przeżarte detergentami do krwi. Poza tym byłam młoda, naiwna, nie myślałam o dbaniu o siebie.

– Jak się sprawdził Michał – młodzieńcza miłość?
Edyta Olszówka:
Inaczej zareagowaliśmy na tę nową rzeczywistość i pierwszą lekcję dorosłości. Kompletnie. Gdy niedawno byłam w Stanach z filmem „Śluby panieńskie”, spotkałam się z Michałem.

–  I co? Serce nie ścisnęło się z żalu?
Edyta Olszówka:
Okazało się, że żyjemy na dwóch różnych planetach, nie tylko na dwóch różnych kontynentach.

– Zdarza się miłość – reaktywacja.
Edyta Olszówka:
Z Michałem się nie zdarzyła. Niedawno miałam spotkanie z młodymi ludźmi w liceum. Powiedziałam im, że w życiu różnie się układa, ale należy wsłuchiwać się w siebie, swoje pragnienia, bo nie ma ważniejszej sprawy niż realizowanie marzeń. Ja miałam w sobie alergen niezależności, który mi zaszczepił ojciec. Dopiero teraz widzę, jakie to ważne i że dzięki temu utrzymuję się na powierzchni. Żadnemu facetowi nie muszę za nic dziękować, niczego zawdzięczać, nie muszę korzystać z cudzych pieniędzy. To mi daje mnóstwo satysfakcji. Strasznie w życiu ciężko pracowałam na tę wolność i niezależność. I realizowanie pasji.

– Nagrody za ten włoski film „Elvis i Marilyn” w reżyserii Manniego, zdobyte we Francji i Włoszech, otworzyły Ci oczy, że praca może stanowić konkurencję dla miłości?
Edyta Olszówka:
Nagrodę odebrałam z rąk Petera Fondy, obie ceremonie zresztą mile wspominam, a mojemu narzeczonemu przywiozłam nagrodzony film na kasecie wideo (wtedy tylko takie były), żeby mógł zobaczyć, co zrobiłam. I on nie tylko że go nie obejrzał, ale nagrał na nim mecz! Wtedy zapaliło mi się pomarańczowe ostrzegawcze światło. O rany, co będzie dalej? A tak na marginesie, z nagród nic nie wynika. Nie wiążą się nawet z większą ilością pracy. Gdy przysłano mi pocztą nagrodę z festiwalu w Gdyni za rolę w filmie „Pół serio”, której nie mogłam odebrać osobiście, bo grałam spektakl, nie było nawet zdania: „Dziękujemy, gratulujemy”. Było: „Festiwal w Gdyni, nagroda, tu kwota… minus podatek”.

– Rodzice od początku dostrzegali talent jedynaczki?
Edyta Olszówka:
Wierzyli we mnie. Jakiegokolwiek wyboru bym nie dokonała, zaakceptowaliby każdy. Pamiętam śmieszny moment, byłam już w szkole teatralnej, gdy dostałam od mojej babci nauczycielki list, w którym dało się wyczuć jej rozczarowanie i nutę żalu, że nie wybrałam sobie profesji, która „zapewniłaby mi godziwą egzystencję”. Pamiętam moją refleksję, że każdy ogląda świat swoimi oczami.

– Babcia pamiętała czasy, gdy „komediantki” były w pogardzie i nie dojadały.
Edyta Olszówka:
Na szczęście doczekała moich dobrych dni. Umarła na schodach kościoła w wieku 92 lat. Nie lubię sentymentalnych wycieczek, bo odczuwam tęsknotę i żal. Wolę horacjańskie carpe diem…

– „Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie…”.
Edyta Olszówka:
Chwytam dzień, bo uprawiam zawód wysokiego ryzyka. Zawód czasu teraźniejszego, przynajmniej na deskach teatru. Teraz telewizja emituje seriale i wszędzie mnie pełno, a u mnie myślenie o przyszłości budzi panikę. Jedynym sposobem na odzyskanie harmonii jest cieszenie się chwilą, tu i teraz. Pracuję nad tym, aby się nie przywiązywać i nie oczekiwać, tylko być wdzięcznym i dziękować za to, co mam. A mam za co dziękować.

– Skończyło się dopytywanie wścibskich o ślub z welonem, dziecko?
Edyta Olszówka:
Skończyło. Stracili nadzieję. Kiedyś takie pytania odczuwałam jako atak i presję. Archetyp Matki Polki nadal obowiązuje, choć jest w nim dużo hipokryzji i zakłamania. Wierzę w samorządność, samodzielność, bo nikt tak nam nie pomoże, jak my sami sobie pomożemy. I tylko czasu cofnąć nie można.

– Wiesz, ilu raf przez te lata bycia singlem uniknęłaś? Pamiętasz definicję miłości z filmu „Lejdis”, w którym grałaś jedną z głównych ról: „Miłość to nowela, płacz i zgrzytanie pochwy”? Zobacz, ile wokół rozwodów, zamian na świeższe modele, narodzin kolejnego dzieciątka na boku, choć na dotychczasowe brak czasu.
Edyta Olszówka:
Patrzę na świat idealistycznie… Widzę kochające się małżeństwa, ostatnio zobaczyłam trzymających się za ręce staruszków.

– W spektaklu „Wariatka” grasz kobietę, która chce mieć dziecko z obcym facetem.
Edyta Olszówka:
Przede wszystkim chce mu powiedzieć, że go kocha, dziecko to pretekst. To spektakl o miłości – trudnej w czasach konsumpcji i wielkiego zagubienia. Po tym spektaklu często słyszę: „To o tobie”.

– Mówiono także, że w filmie „Cisza” zagrałaś siebie.
Edyta Olszówka:
To film o tragedii licealistów w czasie wspinaczki na Rysy – ich rodzice przyjęli mnie do rodziny, ale ja czuję wielkie współczucie i empatię, lecz nie jestem mamą, którą spotkało takie nieszczęście.

– W „Przepisie na życie”, gdzie grasz Polę, która ma za sobą dwa nieudane małżeństwa, drugi mąż kazał jej podwiązać jajowody, bo brzydził się dziećmi. A Pola łapczywie szuka uczucia. Też grasz siebie?
Edyta Olszówka:
W takich momentach zadaję sobie pytanie, czy naprawdę taka jestem, czy po prostu gram tak dobrze.

– I jak jest?
Edyta Olszówka:
Uważam, że jestem pracowitą aktorką i dzielną kobietą. Może jestem nadwrażliwa i histeryczna, rozedrgana i zagubiona, ale stąpam po twardej ziemi. Wiem, gdzie sięgnąć po konfitury, które najbardziej mi smakują. I jak nie marnować czasu.

– Wyczuwam jednak żal za dzieckiem… Leżałam w szpitalu z matką trojga dzieci, która dwa miesiące czekała na przyjazd któregoś i nie doczekała się. Innej syn pozwala się utrzymywać do czterdziestki, jeszcze inny rozrabia z promilami we krwi. Znam dziateczki, które umieściły zamożną matkę w pielęgniarskim domu opieki. Wszystkie przypadki z życia.
Edyta Olszówka:
Wiem, ile wokół jest przemocy w rodzinie, nadużyć, molestowania. Dzieciaki są zagubione, ale dorośli też. Każdy człowiek musi się spotkać z mrokiem w sobie, z własnymi demonami, z tym, czego najbardziej się boi. Sama mam za sobą ciężkie dojrzewanie, też mam za uszami. Przeszłam trzęsienie ziemi, musiałam odpowiedzieć sobie na najbardziej bolesne pytania, było dużo cierpienia, dopiero potem przyszło zrozumienie. I akceptacja.

– A propos demonów, uporałaś się choćby z dwiema paczkami papierosów dziennie?
Edyta Olszówka:
Nie do końca. Mam silny gen autodestrukcji. Jem też kompulsywnie. Zajadam zdenerwowanie, nadmiar lub brak. Od pięciu lat nie używam alkoholu, więc słodyczami się nagradzam. Po spektaklu muszę się „rozchodzić”. Po „Wariatce” na przykład fizycznie odczuwam potrzebę, by emocje ze mnie zeszły. Uważam, że ci, którzy mają w głowie nieporządek, muszą mieć porządek wokół siebie. Więc dbam o czystość… Kiedyś miałam idée fixe, by móc cały swój dobytek spakować w jedną walizkę. Teraz już nie jestem taka ekstremalna, ale nadal dbam, aby nie gromadzić, nie otaczać się przedmiotami. W moim domu nie wiszą moje zdjęcia. Nie mam aparatu.

– A umiałabyś być tą trzecią, wejść z butami w cudzy związek?
Edyta Olszówka:
Marzę, by tak żyć, aby nikt nie czuł się przeze mnie skrzywdzony, zraniony, ale mężczyzna to nie mebel, który kobiety przestawiają. Jak wina, to obojga. Albo i trojga. A może w ogóle nie ma winy? Ale nie znamy siebie do końca, nie wszystko o sobie wiemy. I tak mało wiemy o miłości. A tak na marginesie, ciekawe, ilu katolików pod koniec dnia robi rachunek sumienia? Myślę, że niewielu pamięta o psie na łańcuchu, bez wody w upał, o przykrym słowie rzuconym słabszemu, o krzyku zamiast mowy, o sięganiu po cudze. Wielu się samookłamuje. I co? I kicha. W co wierzę? W samoodradzanie i to mi przyświeca. Zaczynanie od nowa, bez zniechęcania się. Upadasz, ale się podnosisz kolejny raz. Ale błędy zapamiętuję, by ich nie powtarzać.

– Co robisz, jak zauważasz, że zaczynasz użalać się nad sobą?
Edyta Olszówka:
Płaczę, ale też staram się wziąć do roboty, próbuję ten wektor przekierować na pomoc innym ludziom. To zawsze dobrze robi. Jest rodzaj pustki, który nosimy w sercu, której żaden partner nie zapełni. Nikt nas nie zbawi. W tę bajkę już nie wierzę. Natomiast w zapełnienie pustki zwanej samotnością – tak. Próbuję pomagać. Dużo w świecie widziałam nieszczęścia, ale też wyszłam z nieszczęścia, to mi bliskie.

– No i podróżujesz sama. Podziwiam za odwagę.
Edyta Olszówka:
Zastanawiam się, czy to jeszcze odwaga, czy już głupota. Pierwszy raz wyjechałam sama tak naprawdę wbrew sobie. I szybko doszłam do wniosku, że każda kobieta powinna raz w życiu pojechać w podróż sama. Odważyć się i zrobić to bez przyjaciółki, bez rodziny! Podróże to kształtowanie charakteru i osobowości. Bezcenna lekcja. „Zawsze będę dla siebie kobietą swego życia”, powiedział ktoś mądry. Świat jest piękny. Lubię podpatrywać ludzi. Wierzę we wspólnotę ludzi ponad religiami, rasami, polityką. Wierzę w uczucia i emocje, i pokrewieństwo dusz.

– Tylko dlaczego na drugim krańcu świata?
Edyta Olszówka:
…ale i we własnym pokoju! Istotą jest podróż do wnętrza pokoju – do samego siebie, skupienie na oddechu, na świętym „jam jest”. To jest modlitwa, rozmowa z Bogiem, którego mamy w sercu. „Szukać sensu w bezsensie”. To wszystkich obowiązuje i wszystkich dotyka.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek
Stylizacja Pola Madej-Lubera
Asystent Mateusz Farenholc
Makijaż Paweł Bik/YSL
Fryzury Piotr Wasiński
Produkcja Szymon Machnikowski
Współpraca Ula Szczepaniak

Newsy
Co one wiedzą o kochaniu?
Doświadczona mama, singielka i dwie kobiety w ciąży. Takie są naprawdę. Iza Kuna, Edyta Olszówka, Magda Różczka, Anna Dereszowska. Najgorętsze nazwiska sezonu.

Spotkały się na planie superkomedii Tomasza Koneckiego i Andrzeja Saramonowicza „Lejdis”. Przed nami Lejdis w prywatnej rozmowie o miłości, przyjaźni i trudnych wyborach. Nie tylko dla pań! – Jesteście podobne do Lejdis? Anna Dereszowska: Przyznaję, że w pierwszej chwili po przeczytaniu scenariusza pomyślałam: „Tak się w życiu nie dzieje, tak jak Korba żadna kobieta przecież nie mówi”. Magda Różczka: Nie ty jedna tak pomyślałaś. Pamiętam, jak denerwowało mnie to, że moja bohaterka jest totalnie zakompleksiona. Rozmawiałam z reżyserem, Tomkiem Koneckim, próbując go przekonać, że to ktoś nieprawdziwy. Popatrzył na mnie uważnie. „Zagrasz w krótkiej spódnicy”, rzucił krótko. „Nie, nie lubię pokazywać nóg”, odpowiedziałam. I to jedno wywalczyłam. Ale wystarczyło jeszcze parę pytań i okazało się, że to, co tak mi się w Moni nie podobało, wydawało sztuczne i nie do zagrania, to tak naprawdę cała ja. Parę dni temu na sesji zdjęciowej nie chciałam odkryć ramion, włożyć sukienki. Bywam ze swoją cielesnością na bakier. Grając w „Lejdis”, zrozumiałam, że kobiety często wypierają się tego, jakie naprawdę są. Edyta Olszówka: Kompleksy. Znam dobrze. To moja słabość. Ale też i siła. Wolę patrzeć na siebie krytycznie i wciąż zadawać pytanie: „Czy jestem wystarczająco dobra?” Nie umiem kokietować, flirtować, być miękka. Przed kamerą, ale i w życiu. Zwyczajnie nie mam na to „papierów”. Boję się kobiecości, czułości, bliskości. W „Lejdis” najtrudniej przyszło mi zagrać scenę romantyczną. Dziewczyny wiedzą, jak bardzo przeżywałam jej kręcenie. Wcześniej z nerwów jadłam i jadłam. A przeciwko mojej filmowej bohaterce też się buntowałam. Daje się wpuszczać mężczyźnie w kanał, jest tak naiwna i...

Newsy
Daria Widawska: „Jestem Kaszubką”
Jej chłopak Michał wie, że jeśli Daria nie zna rozmiaru kołków rozporowych, uwiedzie pół sklepu i do domu przyniesie właściwe.

– Nerwicą Twojego pokolenia jest chęć zaistnienia za wszelką cenę. Jeśli mnie gdzieś nie ma, to znaczy, że nie istnieję, mówią Twoi równolatkowie. Masz jakiś patent, by w tym świecie nie zwariować?   Nie mam patentu. Rzadko bywam na imprezach, bo niewiele tam się może zdarzyć. Drażni mnie, że ludzie nie patrzą sobie w oczy i każdy poświęca na rozmowę z tobą dziesięć sekund, przy okazji szukając już kolejnego, ciekawszego rozmówcy. To jest nerwica tych czasów. Być, słyszeć, załatwić, wylansować. Mało mnie to interesuje. – A nie masz wrażenia, że Twoje pokolenie nie umie czekać? Wszystko musi się wydarzyć już, natychmiast. Sukces należy osiągnąć do trzydziestki, bo potem już wielu ludziom nie smakuje... Ja bardzo długo czekałam. Przez pięć lat od skończenia szkoły teatralnej nie dostałam żadnej znaczącej propozycji. Oczywiście grałam w teatrze, czasem trafił się jakiś dzień zdjęciowy w serialu, ale były chwile, gdy na castingu do jakiejś roli dochodziłam do ostatniego etapu i przegrywałam z inną aktorką. Wtedy mój narzeczony Michał przywracał mnie do pionu. Mówił: „Kochana, ale ty byłaś jedną z dwóch, doszłaś bardzo daleko, widocznie zabrakło ci szczęścia”. Wydawało mi się to marnym pocieszeniem. Każdy aktor wymaga adoracji, komunikatu zwrotnego, że się podoba. Aż w końcu dostałam propozycję wzięcia udziału w castingu do „Magdy M. ” i wygrałam! Teraz rozumiem słowa Michała i doceniam to, co mam. – Nerwicą tych czasów jest też nieumiejętność rezygnowania z propozycji. Jak macie pracę, gracie we wszystkim, do upadłego. Nie przeraża Cię casus Roberta Gonery? Wcześniej sądziłam, że bardzo łatwo odreaguję w tym zawodzie. Wracam do domu, biorę prysznic, idę na dobrą kolację albo na basen. Szybko wyrzucam z...

ramówka TVN, makijaże i fryzury gwiazd
Newsy
Anna Guzik wierzy w miłość
„Nigdy nie podejrzewałam, że cała Polska będzie się emocjonować, czy mam faceta, czy nie”, mówi Anna Guzik.

– Fajnie pomyśleć o sobie: jestem najlepszą partią w Polsce? Anna Guzik: ... – Hmm, nie przyzna się więc Pani i do tego, że zarabia 100 tysięcy miesięcznie, jak podliczają brukowce? Anna Guzik: ... – Cóż, mało mówi Pani o sobie. Może jednak otworzę któreś zamknięte drzwi? Anna Guzik: Proszę próbować. – Podejrzewała Pani kiedyś, że będzie bohaterką takich prasowych enuncjacji? Że cała Polska będzie się emocjonowała tym, czy ma Pani faceta, czy nie? Anna Guzik: Nigdy. Może zacznę przyjmować zakłady bukmacherskie? Otworzę stronę www.zaklady@guzik.pl i zbiję grubą kasę? – To wcale nie jest zły pomysł. Jeździ Pani swoim porsche? Anna Guzik: Jeżdżę. – Może powinna Pani włożyć do niego białe futro i botki za kolana? Anna Guzik: Moi znajomi mogliby mnie nie wpuścić do domu… (śmiech). Ale być może fajnie byłoby zagrać taką postać. – Mężczyźni pewnie żyć Pani nie dają? Anna Guzik: Nie mogę narzekać. Jestem romantyczką. Wierzę w miłość na całe życie. – Zamierza Pani zmienić coś w sobie? Anna Guzik: Całe życie zmieniamy się przez doświadczanie, poznawania, odkrywanie. Już teraz widzę to po sobie. Stałam się spokojniejsza, mniej impulsywna. Złagodniałam, choć moi koledzy z teatru pewnie się uśmieją, czytając te słowa (śmiech). – Sprawia Pani wrażenie zakochanej? Anna Guzik: Tak? Może dlatego, że mam teraz trochę więcej czasu na sprawianie sobie przyjemności. Mogę wypić rano spokojnie kawę, pójść na basen, spotkać się z przyjaciółmi i pobyć ze sobą. Nadal także intensywnie pracuję. – Pani jest po prostu zakochana w życiu? Anna Guzik: Ładnie to pani powiedziała. Tak, w życiu właśnie. A ono jest...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner