Anna Kalata
Iza Grzybowska / MAKATA
Wywiady Krystyny Pytlakowskiej

Drugie wcielenie Anny Kalaty

Anna Kalata
Iza Grzybowska / MAKATA

– Pani Minister, co Pani z sobą zrobiła?
Anna Kalata:
(Śmiech). Po pierwsze, już nie pani minister. Po drugie, po prostu schudłam 38 kilogramów. Postanowiłam dojść do mojej wagi z klasy maturalnej – 60 kilogramów.

– To był impuls?
Anna Kalata:
Nie do końca. Do takiej decyzji trzeba dojrzeć. Przywyknąć do myśli, że należy ograniczyć kalorie. To nie jest łatwe, bo trzeba zmienić styl życia. Dieta to rodzaj filozofii.

– Gdy była Pani w rządzie i oglądała siebie na ekranie, wyłączała Pani telewizor?
Anna Kalata:
Szczerze mówiąc – nie. Nie przeszkadzało mi, że miałam nadwagę, że włosy naprędce spinałam w kitkę. Ważna dla mnie była praca, a nie to, jak wyglądam. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, dokonuję porównań i widzę, że rzeczywiście jest różnica.

– Co więc się stało, że zdecydowała się Pani na taką metamorfozę?
Anna Kalata:
Na pewno bezpośredni wpływ na potrzebę zmian miały Indie. Pierwsza wizyta. Jeszcze byłam ministrem pracy, kiedy w czerwcu 2007 roku pojechaliśmy z oficjalną wizytą do Delhi. Boże, jaki to piękny kraj, pomyślałam. Jacy cudowni ludzie. Ile serdecznych uczuć. Wszystko notowałam w pamięci. I nieznajomych, którzy się do siebie uśmiechali. I syna prowadzącego pod rękę matkę staruszkę. I słońce, które nas oślepiało. I kolory, jakimi mieniła się ulica. I…

– ...i zdawało się Pani, że nie pasuje do tego krajobrazu?
Anna Kalata:
Może tak, może dotarło do mnie, że idąc w tym upale, się męczę, że mam za dużo ciała na sobie, że w tej radosnej atmosferze chciałabym znowu mieć 20 lat i wyglądać jak wtedy. Pokażę pani zdjęcie z tamtego okresu.

– Ale ładna! W zasadzie niewiele się Pani teraz różni od tamtej dziewczyny.
Anna Kalata:
Chyba właśnie wtedy doszło do mnie, że jeśli nie wezmę spraw w swoje ręce, to nigdy nie będę mogła bez zmęczenia chodzić po indyjskich ulicach. Bo wtedy już pomyślałam, że będę tu wracać. A jak się uprę, osiągam cel. Jestem bardzo konsekwentna. Miałam jednak pracę w Polsce, swój zakres działań politycznych, więc Indie włożyłam do szufladki z napisem: marzenia. Ale po powrocie ciągle o nich myślałam. I postanowiłam stosować dietę, którą sama obmyśliłam. Wykreśliłam z jadłospisu słodycze, skrobię, przeszłam na gotowane warzywa i mięso. Do dziś jem mnóstwo warzyw.

– Bo akceptowała Pani siebie jako polityka, nie akceptując w sobie kobiety?
Anna Kalata:
Dociekliwa pani jest. Powiem tak: nie czułam się źle w swojej skórze. Nie zastanawiałam się nad sobą jako kobietą, chociaż koleżanki próbowały mnie zmobilizować do troski o wygląd. „Może zmieniłabyś fryzurę?”, podpowiadały delikatnie. „Może kup sobie nową sukienkę?”. Do wagi nie nawiązywały, bo wszystkie wiemy, jakie to trudne zrzucić kilka kilogramów. Tylko mąż mawiał, że wprawdzie kochanego ciałka nigdy za dużo, ale „może byś troszkę zeszczuplała”. Ale to nie brzmiało bardzo nachalnie, raczej traktowałam to jako żart. Nikomu się nie zwierzałam, gdy przeszłam na dietę. Po miesiącu sami zauważyli, bo schudłam 13 kilogramów. Dziś wiem, że za szybko, że mogłam za to zapłacić zdrowiem.

– Często na taką odmianę wpływają jakieś wydarzenia z życia osobistego.
Anna Kalata:
Pyta mnie pani, czy mąż miał kochankę? Nie, nie miał. A przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Czy ja miałam kogoś? Nie miałam. Czy dzieci mnie dopingowały do odchudzania? Też nie. One kochają mnie w każdej postaci. Po prostu we mnie nastąpił przełom, właśnie na tej delhijskiej ulicy. Poczułam tam, że wszystko może mi się udać, bo Indie napełniły mnie dobrą energią i wiarą w siebie. Pierwszy miesiąc był najgorszy. Ale efekt dopinguje do wytrwałości. W ministerstwie koledzy patrzyli na mnie z niedowierzaniem, ponieważ różnica już była widoczna. A to dopiero początek.

– 13 sierpnia 2007 roku dostała Pani dymisję z rządu. W stresie zazwyczaj je się więcej.
Anna Kalata:
Ja nie, bo nie byłam jakoś tym załamana. Żadnych depresji, łez. Pomyślałam: trudno, jakoś sobie poradzę. Przecież nie muszę być ministrem. Miałam już w życiu dużo ról i dużo funkcji. Oczywiście był niepokój, co dalej – to przecież bardzo ludzkie. Ale pomyślałam jednocześnie, że może właśnie dostałam wolność, żeby zmienić również moje życie zawodowe, żeby wymyślić coś, co zwiąże mnie z Indiami na długo. I to nie tylko turystycznie. Że wszystko ma swój głębszy sens.

– I została Pani wiceprezesem Polsko-Indyjskiej Izby Gospodarczej?
Anna Kalata:
I zostałam. Zamieszkałam w Bombaju. I nie zarzuciłam diety. Kontynuowałam ją z dużym samozaparciem – wcześniej przecież lubiłam słodycze, a w ogóle to uwielbiam gotować i nigdy nie gotuję mało, tylko jak dla pułku wojska. Lecz sama nie ulegałam swoim słabościom. A po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do tych moich 1000 kalorii i zmiany stylu żywienia. Po roku ważyłam już 30 kilogramów mniej, po dwóch latach – 38. Przestałam związywać włosy w kok, odłożyłam do szuflady okulary. Wcześniej sądziłam, że dodają mi powagi, powinnam więc je nosić, a mam tylko niewielką wadę wzroku. W sklepach z ciuchami kierowałam się do półki z rozmiarami 38. Dawniej musiałam kupować rzeczy numer 50. Czy pani wie, jak trudno znaleźć coś efektownego w takim dużym rozmiarze? Teraz doszłam do numeru 36 i myślę, że starczy – ważę 58 kilogramów.

– Łatwiej kochać życie, gdy ludzie mówią, że jest Pani piękna?
Anna Kalata:
Na pewno łatwiej. Dawniej, idąc ulicą, czułam, że przechodnie mijają mnie obojętnie, wzrok mężczyzn się po mnie prześlizguje, nie zatrzymując na dłużej. A teraz… Nieskromnie opowiem o pewnej sytuacji z 2008 roku. Wracałam z kursu angielskiego. Szłam Nowogrodzką w kierunku placu Trzech Krzyży. Byłam zamyślona, późne popołudnie, wieczór prawie. I nagle zastąpił mi drogę mężczyzna w białej koszuli, elegancki, przystojny. Mówi do mnie: „Jaka pani jest piękna!”. Zamurowało mnie.

– Od dawna pewnie Pani nie słyszała takich słów?
Anna Kalata:
Od bardzo dawna. Nie wiedziałam, jak mam zareagować. W myślach biegłam do moich domowych obowiązków, kolacji dla rodziny. A tu nagle taki komplement. Podziękowałam i odeszłam.

– Nie wzięła Pani wizytówki?
Anna Kalata:
Nie, chociaż uczynił taki gest, jakby chciał mi ją wręczyć. Pomyślałam sobie wtedy: Może on ma rację? Może jestem piękna?

– Kobietę to zawsze uskrzydla. A mąż Pani to mówił?
Anna Kalata:
Na początku małżeństwa – tak. A potem to sama pani wie, jak to jest. Byliśmy małżeństwem 27 lat.

– Jak to „byliśmy”?
Anna Kalata:
Rozeszliśmy się dwa lata temu. Nikomu z tego się nie zwierzam, bo to nie była dla mnie, dla nas, bardzo bolesna sprawa. Po prostu ja sobie teraz wyznaczyłam inne cele. Bardzo ważna dla mnie jest praca. Dzieci są już dorosłe: córka ma 27 lat, syn – 25. Mogę podróżować, mieszkać w Indiach, trochę w Polsce. A małżeństwo nie lubi rozłąki. Postanowiliśmy więc z mężem się rozejść, chociaż łączą nas nadal bardzo przyjacielskie relacje.
Ale nie miałabym czasu dla małżeństwa, pracując tak, jak teraz pracuję. Poza tym muszę mieć poczucie, że jestem wolna, że nie muszę się nikomu spowiadać z mojego czasu.

– Ale i tak pozostaniecie razem już na zawsze, bo są dzieci, będą i wnuki...
Anna Kalata:
Wnuczka ma się urodzić w tych dniach. Będzie mieć na imię Julia. Szaleję z radości.

– Gdyby nie zmieniła Pani wyglądu, małżeństwo by trwało?
Anna Kalata:
Tak pani myśli? Każdy związek ma swoją porę. Tę decyzję podjęliśmy oboje, bardzo spokojnie. Dlatego, że życie nie kończy się na pięćdziesiątce czy czterdziestce plus. Kończę niebawem 45 lat i chcę dać sobie szansę, by resztę życia przeżyć tak, jak chcę. Zdobywać wiedzę, poznawać nowych ludzi, realizować nowe pomysły.

– Znalazła Pani wreszcie swoje miejsce?
Anna Kalata:
Myślę, że tak. Od trzech lat pozostaję poza polityką, nie angażuję się w żadną partię. Wielu moich przyjaciół mówi: „Ania, jak ty tam możesz mieszkać, gdzie taki terroryzm, tak niebezpiecznie”. Ale trzeba nauczyć się tam żyć. Ja znakomicie się w Indiach odnalazłam.

– Ale jak żyć bez miłości?
Anna Kalata:
Mam nadzieję, że coś się wydarzy w moim życiu takiego, co zapełni tę lukę. Że spotkam odpowiedniego mężczyznę. Poza tym zupełnie nie czuję się samotnie. I przecież mam dużo miłości: kocham moje dzieci, przyrodę, zwierzęta. Mama mówiła: „Znowu przyprowadziłaś do domu jakiegoś nieszczęśnika”. Bo ja jako dziecko znosiłam ptaki z połamanymi skrzydłami, kulejące kotki, poranione psy. Psa to zawsze brałam ze schroniska, a nie z hodowli. A teraz inwestuję w siebie, w podróże. Może pani napisać, że moją miłością są Indie. Powiem jeszcze coś: w Indiach zaczęłam malować. Nigdy tego nie robiłam, a tam wieczorami siadam do sztalug. Maluję obrazy i to też część mojego życia.

– Pewnie niejeden mężczyzna chciałby namówić Panią na wspólne życie?
Anna Kalata:
Może niejeden, ale teraz potrzebuję czasu tylko dla siebie. Wreszcie dla siebie.

– By zagrać na przykład w filmie?
Anna Kalata:
Mówi pani o tym filmie dla Bollywood? Zaproponowano mi małą rolę amerykańskiej matki. To była świetna przygoda, chociaż zastanawiałam się, czy przyjąć tę propozycję. Trochę się bałam. Ale nigdy nie byłam na planie filmowym, więc ciekawość przeważyła. Zresztą moim marzeniem z dzieciństwa było zagrać w filmie. Nawet wysyłałam zdjęcia do producentów „Czterdziestolatka” – marzyłam o roli jego córki. Nie wyszło, ale za to teraz to nadrabiam (śmiech).

– Boi się Pani upływu czasu?
Anna Kalata:
Nie przeżywam tego. Ja nawet w moim poprzednim wcieleniu czułam się w duszy bardzo młodo. A teraz dusza wyszła na ciało.

– Rzeczywiście, jak młodnieje ciało, młodnieje i dusza? Czujemy się bardziej na miejscu na przykład w dyskotece?
Anna Kalata:
Cofamy się jakby do okresu młodości. Teraz tak chętnie chodzę w dżinsach. I uwielbiam tańczyć. A ostatnio zrobiłam sobie 21-kilometrowy spacer w cztery i pół godziny. Pierwszy taki długi, odkąd żyję. Pomyślałam: Anka, jesteś szalona.

– Co jeszcze szalonego Pani zrobiła w nowym wcieleniu?
Anna Kalata:
To było zabawne zdarzenie. Konsul Generalna Egiptu zorganizowała w Bombaju prezentację turystyki ich kraju. Siedziałam w pierwszym rzędzie. Po części oficjalnej zaczęła się artystyczna. Tańce egipskie. Jeden z tancerzy wyciągnął mnie na scenę. Miał wielką spódnicę, taką płachtę, którą kręcił. Musiałam z nim zatańczyć, choć na sali siedziało pewnie z 300 osób. W pewnym momencie nawet musiałam się położyć na estradzie – to jedna z figur. I zrobiłam to, a pani konsul roześmiała się: „No, za rok to zatrudnimy panią jako tancerkę”. Wszyscy bili brawo. Byłam dumna z siebie, że nie odmówiłam, że wyszłam na tę scenę i że tak dobrze mi poszło. Bo to nie był łatwy taniec, może mi pani wierzyć…

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Iza Grzybowska/MAKATA
Stylizacja Marta Siniło
Makijaż Beata Milczarek/METALUNA
Fryzury Klaudia Jaspińska
Produkcja Szymon Machnikowski

Więcej na temat Anna Kalata
Przeładuj

Te gwiazdy zainwestowały w swoje zęby! Kiedyś nie uśmiechały się tak chętnie: Pazura, Piaseczny, Lewandowska...

zobacz 01:22