Dorota Williams
Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO
Newsy

Diabeł ubiera się u... Doroty Williams

To ona wymyśla stroje uczestnikom „Tańca z gwiazdami”, ubiera bohaterów filmów i programów.

– Jak się trafia na stanowisko czołowej stylistki wielkiej stacji telewizyjnej, do tego niewielkiego, ale gustownie urządzonego gabinetu?
Dorota Williams:
Może to pretensjonalne, ale w moim przypadku prawdziwe: trzeba mieć trochę szczęścia i znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Tyle że za mną stoi 15 lat ciężkiej pracy w telewizji. Najpierw w publicznej, potem 12 lat w TVN.

– Uczestniczyłaś w jej narodzinach. To musiała być przygoda.
Dorota Williams:
Fascynujące, najważniejsze doświadczenie w moim życiu. Zaczęło się od pracy w dziale oprawy i promocji pierwszego programu TVP, gdy zmieniano styl studia i prezenterów. Żegnano Jana Suzina, Krystynę Loskę, witano Kingę Rusin, Piotra Kraśkę, Krzysztofa Ibisza. Xymena Zaniewska zaprosiła mnie do współpracy nad ich wizażem. Wtedy nikt nie znał tego zawodu; nic dziwnego, że niektórzy traktowali mnie jak fanaberię, dziewczynkę od krawatów.

– Nie da się ukryć, świetnie dobranych, choćby w „Faktach”.
Dorota Williams:
Musiałam udowodnić, że moja praca ma sens, a nie wszyscy dziennikarze czuli potrzebę pracy nad wizerunkiem. Namówić ich na przymiarkę garnituru i krawatów w garderobie – to była sztuka! Liczył się tylko news. Na szczęście już następne sezony były prostsze. Zauważyli, że wygląd jest istotny i nikomu nie przyszło do głowy przyjść do pracy w swetrze. Wszyscy byliśmy młodzi i skoncentrowani, czuliśmy, że powstaje coś wyjątkowego. Razem stworzyliśmy newsowy TVN-owski dress code, czyli wygląd charakterystyczny dla jakiejś korporacji. Te lata dały mi gigantyczny warsztat, superdoświadczenie, wielką satysfakcję. To było wyzwanie!

– Telewizja to miłość na całe życie?
Dorota Williams:
Telewizję albo się „łyka” od razu, i wtedy to miłość do końca życia, albo nie wytrzymuje, rezygnuje, odpada, bo tempo, stres, emocje, zależności. Ale to też fizyczna harówka, ciężka praca. Bywają dni, że jestem zajęta od siódmej rano do późnego wieczoru. Ostatnie pięć lat to dwie edycje „Tańca z gwiazdami” rocznie, siedem miesięcy, siedem dni w tygodniu. Jak tego nie kochasz, to… nie żyjesz! 

– Co trzeba mieć w sobie, by wytrzymać?
Dorota Williams:
Po pierwsze, odporność na stres. Z tym mam cały czas problem, ale pracuję. Wszyscy czujemy się twórcami, ujawnia się ego, ambicje. Starcia są nieuniknione, ale wszyscy gramy do jednej bramki. Trzeba być osobą świetnie zorganizowaną, która oprócz wyobraźni i kreatywności ma instynkt psychologiczny, wolę i umiejętność docierania do ludzi. Bo do każdego dociera się inaczej. Bez manipulacji, a z chęcią porozumienia się.

– Masz też doświadczenie z drugiej strony kamery, byłaś modelką.
Dorota Williams:
Och, lata świetlne temu… Dorabiałam, występując w kilku reklamach. Odnalazł je niedawno operator – dziś właściciel Farat Film Studio, ale ja je schowałam głęboko na dnie szuflady. Gdybym je gdzieś pokazała, śmiechom nie byłoby końca… Do tego trwałyby w nieskończoność. W reklamie męskich perfum Black Magic pokazywałam nagie ramiona aż po pachy. Mój tata, dzisiaj świętej pamięci, niemal się na mnie obraził. Musiałam mu się gęsto tłumaczyć, że „to kadr do ramion, tato, niżej naprawdę byłam ubrana”.


– W tej edycji „Tańca z gwiazdami” jest w czołówce kilka pięknych rywalek. W jednej z poprzednich tylko dwie – Natasza Urbańska i Anna Mucha. Która była mniej kapryśna?
Dorota Williams:
Żadna nie kaprysiła! Obie to profesjonalistki, ale różnią się temperamentem. Natasza spokojniejsza, dokładnie wie, czego chce. Nie narzuca propozycji, jest otwarta, pokorna, urocza, współpracująca. Ania bardziej żywiołowa, dyskusje z nią trwały, oj, trwały. Przyznawała się, że się nie zna na projektowaniu, ale miewała pomysły na siebie, nie zawsze zdając się na mnie. Miałam ułatwione zadanie, bo obie są pięknymi kobietami.

– Tydzień w tydzień wymyślić tyle kostiumów – to chyba wyzwanie!
Dorota Williams:
A jakie tempo! W poniedziałek wymyślamy kostiumy, we wtorek dobieramy materiały, w środę – pierwsza przymiarka, w piątek – druga. To naprawdę szycie haute couture. Udaje się tylko dzięki utalentowanym, sprawnym krawcowym. I tak nie obywa się bez przygód. Kiedyś w piątek, więc po ostatniej przymiarce, około 23.00 dostaję SMS-a. Czytam i własnym oczom nie wierzę: „Dorota, nie podoba mi się ta sukienka. Co proponujesz?”.

– Noc była bezsenna?
Dorota Williams:
Gdyby to była jedna z pierwszych edycji „Tańca z gwiazdami”, pewnie bym nie spała do rana. A tak, spokojnie przespałam noc, rano wysłałam SMS-a: „Dzień dobry, spotykamy się za chwilę na planie w Ursusie. Mam nadzieję, że przeanalizujemy problem sukienki”. Tylko że po sobotniej próbie wszystko się podobało. Nie było co analizować.

– Kobieta zmienną jest i kapryśną. Wolno spytać, która?
Dorota Williams:
Ania Mucha, ale żadna z nas nie robi sprawy z tego incydentu. Obie się z niego publicznie śmiałyśmy. Chodziło o czerwoną, seksowną sukienkę z gołymi plecami.

– W której tak świetnie wyglądała. To jednak muszą być emocje.
Dorota Williams:
Są! Uczestników pod totalnym ostrzałem oceniają wszyscy: internauci, reżyserzy, ciocie, babcie, środowisko. Mam wrażenie, że często to mało tolerancyjne oceny, a nie wszyscy są przecież odporni.

– Im bliżej finału, tym większy stres?
Dorota Williams:
Także roszczenia. Z reguły panowie trudniej eksperymentują z modą, bo są bardziej przyzwyczajeni do swego wizerunku.

– A Kasia Skrzynecka?
Dorota Williams:
Kasia jest wspaniałą, piękną kobietą, ale współpraca z nią polega na sile obopólnego kompromisu. Bardzo pracujemy obydwie, by się spotkać gdzieś pośrodku drogi.

– A jeśli ktoś ma ewidentnie zły gust i wykazuje całkowitą odporność na Twoje rady, sugestie…
Dorota Williams:
Miałam takie przypadki, ale nazwisk nie będzie, bo o gustach się nie dyskutuje. Niektórzy po prostu widzą inaczej i trzeba to zaakceptować. Ścieramy się, ale trzeba zrobić wszystko, by dojść do kompromisu. Nie należę do osób, które przystawiają komuś pistolet do głowy, pamiętam, że człowiek ma się dobrze czuć w ubraniu, nie przebraniu, są jednak sytuacje, na które nie mogę pozwolić, myśląc o atrakcyjności całego show. Przecież wszystkie panie nie mogą mieć jednocześnie czerwonych sukienek, nawet jeśli bardzo by tego chciały.

– Skąd czerpiesz pomysły, inspiracje?
Dorota Williams:
Skąd się da: z albumów, wystaw sztuki, zwiedzam muzea, galerie. Inspirację stanowią muzyka i choreografia, i oczywiście osoby, dla których projektuję – to w dużej mierze dzięki ich energii powstają te stroje. Do muzyki z filmu „Słomiany wdowiec” może być tylko jedna sukienka, a każdy wie, jak wygląda sukienka Marilyn Monroe.

– Biała, plisowana, zwiewna, bez rękawów…
Dorota Williams:
Zawsze podkreślam, że praca w telewizji to praca zespołowa. Na nic zdałyby się moje wysiłki, gdyby nie sztab utalentowanych współpracowników. Ale jednocześnie nie chodzę zbyt utartymi ścieżkami. Lubię wyprzedzać trendy, pokazać coś przed innymi. Na początku w „Milionerach” sprawiłam, że Hubert w eleganckiej wersji jako pierwszy zaczął nosić ciemne koszule. Najpierw oburzano się, a potem się okazało, że to trendy, nowocześnie potraktowana męska elegancja. Po Hubercie inni moi podopieczni łatwiej godzili się na eksperymenty.

– Skąd się wzięło nazwisko Williams?
Dorota Williams:
Zwyczajnie i po ludzku – po mężu Angliku, operatorze filmowym, dziś już eks. Wyjechałam do Londynu z córeczką, to było moje drugie małżeństwo. Stałam się klasyczną housewife, co z moim temperamentem i lekkim ADHD nie było dobrym pomysłem. Rano odprowadzałam córkę do szkoły, robiłam zakupy, uczyłam się języka i… odchodziłam od zmysłów. Skończyłam kurs na instruktora aerobiku, ale się nie przydał. W końcu zatrudniłam się na weekendy w knajpie greckiej, za co mąż obraził się śmiertelnie. Weszłam z ulicy, przedstawiłam się. Grecy spytali: „Masz jakieś doświadczenie?”. „Żadnego”, odpowiedziałam uczciwie. Popatrzyli jak na kosmitkę, ale kazali przyjść nazajutrz: „Włóż białą bluzkę, czarną spódnicę i nigdy więcej nie mów, starając się o pracę, że nie masz żadnego doświadczenia”.

– Mądra rada.
Dorota Williams:
Bardzo. Ta przygoda nie trwała długo, ale dała mi taki oddech, że…

– Nareszcie coś się działo?
Dorota Williams:
Pewnie chodziło o bycie wśród ludzi, ale też zamanifestowanie niezależności, szlifowanie języka. Potem mój mąż zaczął pracować w Anglia Television – ITV, lokalnej telewizji, i znalazł coś dla mnie w programach o modzie.

– Uznał, że trzeba popierać zdesperowaną, ambitną żonę, by go nie zostawiała samego w weekendy.
Dorota Williams:
Zaczynałam od noszenia kufra z kosmetykami i parzenia kawy, ale właściwie robiłam wszystko. Stacja się rozwijała, zaczęliśmy jeździć na Fashion Week do Paryża, Londynu, Mediolanu, Nowego Jorku i w naturalny sposób zaczęłam nasiąkać modą.

– Pierwszemu mężowi zawdzięczasz córkę, drugiemu…
Dorota Williams:
…wybór drogi życiowej, rozwój zawodowy. Wspierał mnie, wierzył we mnie gigantycznie. Niestety, sam sobie zrobił kuku, bo gdy zaczęliśmy przyjeżdżać do Warszawy, a w Polsce właśnie zmieniał się ustrój, pojawiły się nowe możliwości. Matko Boska, jak było cudownie, ile było do zrobienia! Można było pójść w każdą stronę. Na rynku pojawiły się nowe magazyny. Najpierw wpadałam tu z Londynu na chwilę, pisałam relacje z targów mody, potem na dłużej. Jedna propozycja pociągała za sobą drugą.

– Ukochany mąż usłyszał: „Kochanie, rzucam cię, przeprowadzam się do Warszawy”?
Dorota Williams:
Przez pewien czas próbowaliśmy funkcjonować na zasadzie „razem, ale oddzielnie”. On tam, ja tu. Myślę, że naszą relację najlepiej określa fakt, że rozwiedliśmy się dopiero po ośmiu, dziewięciu latach jeżdżenia w obie strony. Jesteśmy w przyjacielskich relacjach. Gdy po paru latach pracy w TVN przyjechał z angielską ekipą do Warszawy, ja ich oprowadzałam. Na końcu powiedzieli, że eks-pary tak miło się ze sobą komunikującej jeszcze nie widzieli.

– Nie miałaś refleksji, choć eks Cię pewnie komplementował, że taka cena za pasjonującą karierę zawodową może być wygórowana?
Dorota Williams:
Był ze mnie dumny, że tak sobie poradziłam i że pod względem zawodowym jestem szczęśliwa. I byłam. Ale faktycznie, gdy robi się to, co się kocha, przestaje się liczyć czas, jaki się na to poświęca. Do tego związek emocjonalny z dzieckiem i już nie jesteś taka otwarta na inwestycję w miłość, w mężczyznę, w nowy dom. Mimo że rodzina jest dla mnie szalenie ważna, nie wyszło. Chyba coś za coś.

– Mąż numer trzy?
Dorota Williams:
Nie ma. Na razie nie ma. Nie ma też moich młodych rodziców, a córka jest dorosła. Tata zmarł nagle na zawał serca osiem lat temu, mama – właśnie minął rok. Podczas jej ciężkiej choroby, mimo wsparcia wspaniałych, oddanych ludzi, poczułam się samotna. Pomyślałam, że jednak nie powinno się tak lekko rezygnować z miłości. Z miłością żyje się łatwiej, ona dodaje skrzydeł. Powinnam się uważniej rozglądać dookoła.

– Poplotkujmy o kulisach filmów, które robiłaś. Na przykład o „Nigdy w życiu!”, gdzie ubierałaś piękne kobiety – Danutę Stenkę i Joannę Brodzik. One też Ci przysyłały SMS-y w środku nocy?
Dorota Williams:
Proszę uprzejmie, ale to nie będą plotki, tylko wspomnienia. SMS-ów nie przysyłały. Z Joanną spotkałam się wcześniej w serialu „Kasia i Tomek” i było bosko, z Danusią przeżyłam pierwsze kinowe doświadczenie. W „Nigdy w życiu!” jest taka scena, gdy bohaterka poznaje Adama (Artur Żmijewski), zakochuje się i na naszych oczach odradza jako piękna, zadbana kobieta. Wędruje słynnym redakcyjnym korytarzem w różnych sukienkach. Czerwonej, czarnej i gołębioniebieskiej, jakby akcentując, że zmiana na lepsze jest trwała. Tymczasem ta scena powstała wyłącznie z powodu kostiumów! Po wielu tygodniach dyskutowania nikt nie był w stanie zdecydować się tylko na jedną sukienkę. Więc wyszła bajkowa wstawka z rozmachem.

– Za to Ty sama ubierasz się powściągliwie. Fasony minimalistyczne, na ogół w czerniach, szarościach, choć z ciekawymi dodatkami.
Dorota Williams:
Tylko żeby nie wyszło, że szewc bez butów chodzi. Kocham czerń,  lubię modę, bo to szalenie ważne dla mojego dobrego samopoczucia. Chcę, żeby mój wizerunek przekonywał ludzi, do których muszę dotrzeć, ale też nie jestem fashion victim. A apetyt na modowe wyzwania miałam zawsze.

– Od małego?
Dorota Williams:
Od przedszkola. Jak mój tata odprowadzał mnie do przedszkola, był mokry z wysiłku. Kiedyś stracił cierpliwość, a ja wciąż: nie ta sukienka, nie te rajstopki, nie te buty. Kiedy indziej chciałam białe skarpetki, a on mi dał kolorowe podkolanówki we wzorki. Dla mnie to już wtedy była gigantyczna różnica. W moim zawodzie to detale są najważniejsze, to one decydują o stylu. Przebierałam się wiele razy w ciągu dnia. Bliscy mówili mi, że wyglądam jak cudak, a ja – bardzo pewna siebie – dziecinnym językiem tłumaczyłam im, że tak jest ładnie, że taki jest styl. Jak się uparłam na coś, nie było zmiłuj. Już wtedy kreowałam swój wizerunek. Pamiętałam po latach, jak która ciocia była ubrana na rodzinnym przyjęciu. Kiedy w perełkach, kiedy z broszką, rodzina dziwiła się, jak można pamiętać takie detale. Moja piękna mama wprowadzała mnie w świat estetyki, uczyła, jak pięknie wyglądać.

– Tu, w tej służbowej szafie, w służbowym gabinecie masz ratunkowy zestaw podręczny na nieprzewidziane okoliczności?
Dorota Williams:
W bagażniku samochodu wożę kilka par butów, bo mieszkam poza Warszawą. Przecież na plan filmowy nie włożę niebotycznych szpilek Louboutina, bo albo ekipa umarłaby ze śmiechu, albo zaplątałabym się w kable i złamała nogę.

– Na pytanie, kto ubiera Dorotę Williams…?
Dorota Williams:
Odpowiedź brzmi: Dorota Williams. Staram się nowinki, trendy wypróbowywać na sobie. Lubię ładnie wyglądać. Żeby coś komuś zaproponować, muszę nadawać ton, być dobrym przykładem.

– Córka Klaudia idzie w ślady mamy?
Dorota Williams:
Kompletnie nie. Studiuje italianistykę we Włoszech, właśnie wróciła po rocznym pobycie do Warszawy. Ma chłopaka Australijczyka.

– Trochę daleko może Ci dziecko uciec.
Dorota Williams:
Już jej powiedziałam, że zgadzam się na Włochy, bo je kocham, ale na Australię zgody nie ma (śmiech). Parę miesięcy temu byłam na Fashion Week w Mediolanie i było cudownie. Ludzie tam kochają modę, żyją nią. Są kreatywni, pomysłowi, mają to „coś” i wcale nie sprowadza się to tylko do pieniędzy i makijażu od świtu, ale do tego, by się chciało chcieć. Kobiety się prześcigają, starając się pięknie wyglądać. Przeżyłam zabawną sytuację, gdy Włoszki na 12-centymetrowych obcasach zatrzymały mnie na ulicy. Akurat byłam w klapkach, bo złamałam palec u stopy, i ubolewałam, że nie mogę nosić zgrabnych szpilek. A zrobiły to, by mi powiedzieć, jak bardzo mi zazdroszczą, że nie mam szpilek na nogach. „Bo wiesz – mówią – my musimy pięknie wyglądać”.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska

Newsy
Viva!: "I co, teraz szykuje się rosyjski romans?" Edyta Herbuś: "Szczerze?"
Zwycięstwo w Konkursie Tańca Eurowizji, wywalczone z Marcinem Mroczkiem, przejdzie do historii. Teraz Edyta wyjeżdża do Rosji. Po co i kto na nią tam czeka?

– Jesteś ulubienicą plotkarskich portali. Niedawno szukano Ci chłopaka, „martwiono się” o odsłonięte pośladki, a Ty zostałaś właśnie „dobrem narodowym”. To chyba miłe uczucie? Edyta Herbuś: To prawda. Czuję, jakbym unosiła się nad ziemią. A wiesz, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Wszyscy wokół identyfikują się z tym sukcesem. – Samą Cię zaskoczyła ta wygrana? Edyta Herbuś: Zaskoczę cię, jeśli powiem, że nie do końca (śmiech). W tym przypadku z Marcinem Mroczkiem postawiliśmy wszystko na jedną kartę. W czasie wakacji każdą wolną chwilę spędzaliśmy na sali treningowej. Wszyscy bawili się coraz mocniej opaleni, a my, bladzi i poobijani, niezmiennie wybieraliśmy salę treningową. Przyznam szczerze, mocno wierzyłam, że uda nam się osiągnąć sukces. Pewnie przyczyniła się do tego książka „Sekret”. Dostałam ją w prezencie od Marysi Wałęsy. To właśnie „Sekret” przypomniał mi o bardzo prostym, ale jakże ważnym prawie rządzącym we wszechświecie, o prawie przyciągania. Jeśli nasze myśli i pragnienia krążą wokół czegoś, musi się to spełnić. Co robiłam? Wciąż afirmowałam ten najważniejszy moment, kiedy wygrywamy turniej. Wyobrażałam sobie, że stoję w świetle reflektorów, dostaję kwiaty, puchar, a publiczność skanduje: Polska, Polska… Wierzyłam w to i ćwiczyłam przy ogromnym wsparciu trenera Romana Pawelca. A kiedy wsiadłam do samolotu, wzięłam głęboki oddech i powiedziałam głośno do siedzącej obok przyjaciółki: „Wiesz co, Ela, jadę rozwalić ten turniej”. Spojrzała na mnie dziwnie. Ela Mazurek, świetna makijażystka, zna mnie od dawna i dobrze wie, że nigdy nie pchałam się przed szereg. Zawsze wychodziłam z założenia: „Co ma być, to będzie”. Marcin zdenerwował się, gdy mnie usłyszał: „Nie mów tak, bo jeśli...

Dorota Gardias-Skóra
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Photo-shop.pl
Newsy
Dorota Gardias-Skóra – Szkoła przetrwania
Piękna pogodynka ciągle szuka swojej życiowej drogi

– Rozbijasz się już porsche? Dorota Gardias-Skóra: Jeszcze nie. A szkoda... Załatwiam formalności związane z jego odbiorem. Podatek i tak dalej. Ale gdy je będę miała, pojadę do rodziców, do Tomaszowa Lubelskiego, żeby się nacieszyli nim razem ze mną. – Nie oddasz autka mężowi? Dorota Gardias-Skóra: Pożyczę tylko. Będziemy się zamieniać samochodami, żeby i on poczuł przyjemność szybkiego jeżdżenia. Ale mu nie oddam, bo wiem, że jest wariatem za kierownicą. Bałabym się o niego. Zresztą każde ma swój samochód, ja mercedesa klasy A, on – hondę accord, do której dołożyłam się. – Hojna jesteś! Dorota Gardias-Skóra: Jestem raczej oszczędna. Miałam takie momenty w życiu, gdy mi pieniędzy bardzo brakowało. – Kiedy to było? Dorota Gardias-Skóra: Na studiach. Rodzice stracili pracę, kiedy jeszcze uczyłam się w liceum. Było nam ciężko. Pamiętam, jak wieczorami martwili się, sądząc, że my, dzieci, nie słyszymy, skąd wziąć pieniądze na opłaty. – Dzieci zawsze słyszą takie rzeczy... Dorota Gardias-Skóra: Przed dziećmi nic się nie ukryje, więc ja i moi dwaj bracia powołaliśmy sztab antykryzysowy. Bracia wymyślili, że będą organizować dyskoteki w szkołach, a ja... Mój ojciec jest przede wszystkim muzykiem, więc postanowiliśmy, że będziemy jeździć po weselach. Tata będzie grać, a ja – śpiewać. Od ósmej klasy pracowałam z tatą. – Nie wstydziłaś się? Dorota Gardias-Skóra: Nie, bo jestem artystyczną duszą. Poza tym miałam za sobą udział w zespole teneczno-wokalnym. Tata nawet chciał, żebym skończyła szkołę muzyczną. Ale po trzech latach zrezygnowałam. – Żałujesz, że nie zostałaś gwiazdą estrady? Dorota Gardias-Skóra: Nie można wszystkich...

Newsy
Krystyna Janda i Maria Seweryn: "Grać, znaczy żyć!"
Szczera rozmowa matki i córki o życiu w "Vivie!"

– Co miesiąc premiera. Niedawno na afisz weszła „Miłość blondynki” w Och-Teatrze. Za chwilę w Teatrze Polonia zobaczymy „Medeę”. Krystyna Janda: I już możemy zapowiedzieć „One mąż show” Szymona Majewskiego w Och-Teatrze, premiera w czerwcu.   – Budzi się Pani czasem przerażona, że nie uciągnie kolejnego spektaklu? Krystyna: Spektaklu? Nie. Takiego życia? Też nie. Nie czuję się wypalona, czasem zmęczona czy rozżalona z bezsilności. Ale na razie to wszystko ma sens, jesteśmy zgranym zespołem w obu teatrach. Nauczyliśmy się razem działać i wiemy, o co nam chodzi. Nie czuję się przede wszystkim osamotniona. – Aktor, bez względu na wszystko, musi grać. Bilety sprzedane, publiczność czeka… Krystyna: Tak, to prawda. Zresztą praca, granie jest najlepszym lekarstwem na wszystko. – W dniu śmierci męża zagrała Pani spektakl. Żadnej taryfy ulgowej? Krystyna: Mogłam odwołać, wszyscy by zrozumieli. Ale nawet do głowy mi to nie przyszło. Zresztą byłam w szoku, działałam instynktownie. Nic nie pamiętam z tego wieczoru, jak zresztą z wielu wieczorów późniejszych, działałam jak automat. A odwołanie spektaklu w każdej sytuacji uważam za ostateczność. Jak mówili starzy mistrzowie z mojej młodości, aktor odwołuje spektakl tylko w jednym wypadku – kiedy umiera. Ale wracając, praca to najlepsze lekarstwo, nawet na rozpacz. – A pamięta Pani, jak Marysia powiedziała, że chce zostać aktorką? Nie była Pani tym zachwycona? Krystyna: Nie tyle, że nie byłam zachwycona, co się o nią bałam. Pracowałam już wiele lat w zawodzie i wiedziałam, jak potrafi być okrutny. I jak okrutny bywa świat sztuki, środowisko, niezależnie od tego, czy ma się talent, czy nie. Wiedziałam, że Marysia będzie miała kłopoty, dopóki nie...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner