– Czy na pewnym etapie życia ma się potrzebę zrobienia czegoś dla innych? Działalności charytatywnej?


U mnie był to przypadek. Po prostu szefowie ITI zadecydowali, że chcą mieć fundację i najlepiej będzie, jak ja ją poprowadzę. Bałam się tego, bo wiadomo, że trzeba zbierać pieniądze, a ja nie umiem chodzić i żebrać. Potem jednak doszłam do wniosku, że skoro jestem dziennikarką, pracuję w telewizji i mogę się nią wesprzeć, to powinnam pomóc w dawaniu szansy tym, których dotknęło nieszczęście.

– To było pięć lat temu?


Tak. Inauguracja Fundacji „Nie jesteś sam” nastąpiła podczas meczu uczestnicy „Big Brothera” i dziennikarze TVN kontra artyści. Potem przez trzy lata robiliśmy mecze charytatywne. Dochód z ostatniego, z którego byłam bardzo dumna – Legia vs Wisła przeznaczony został dla Dziecięcego Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

– Jest Pani taką osobą, która, widząc żebraka, schyla się, żeby wrzucić mu do pudełka pieniążek?


Szczerze mówiąc – nie, od czasu, kiedy zobaczyłam żebraka bez nóg, nagle zrywającego się z ziemi i gnającego za nastolatkiem, który wrzucił mu do czapki kamienie zamiast pieniędzy. Ale prowadzenie fundacji jest czymś nadzwyczajnym, co zdarzyło mi się na zakończenie mojej kariery dziennikarskiej. Robimy bardzo dużo różnych akcji – to jakby przygotowywanie nowego programu telewizyjnego.

– Na czym zna się Pani najlepiej.


Tak i dobrze się w tym czuję.

– Polacy mają dobre serca?


Bardzo dobre i są niezwykle wrażliwi, zwłaszcza na nieszczęście dzieci. Niestety, ciągle nie widzimy nieszczęścia starych ludzi.

– Bo starość nie jest w modzie?


Powiedziałabym, że starość nie jest atrakcyjna, nie jest piękna, nie ma przyszłości. W naszym kraju w dodatku starość jest biedna, a więc nikt wciąż o tych ludzi nie zabiega. Nie jest, jak to się dziś mówi, żadnym interesującym „targetem” chyba dla nikogo.

– Pani to rozumie, chociaż sama nie może się na nic uskarżać.


Toteż w żadnym wypadku nie narzekam. Moje życie ułożyło się świetnie. Może dlatego, że trafiłam na wspaniałego człowieka, który zawsze wiedział, jak postępować. Jego intuicja jest niesamowita. Na wszystkim się zna i nie jest to żadna poza. Wiele razy dawał mi zawodową siłę, taki power. A w życiu jest niezawodnym opiekunem.

– Spotkaliście się na schodach przed radiem w Katowicach.


Już ponad 40 lat temu. Zaczynałam właśnie pracę w katowickim radiu, a Mariusz już pracował w telewizji. Zaledwie się poznaliśmy, on oznajmił mi: „Wyjeżdżam do Warszawy”. Dopiero po kilku latach wpadliśmy na siebie na Woronicza.

– Pomyślała Pani wtedy, że to człowiek na całe życie?


Absolutnie nie! Dopiero po kilku randkach wiedziałam, że można na niego liczyć w każdej sytuacji. A ja tego właśnie potrzebowałam. Byłam dość słabej konstrukcji, potrzebna mi była podpora.

– Doświadczyła Pani trudnego wojennego dzieciństwa.


Bywają trudniejsze, ale rzeczywiście moje łatwe nie było. Ojciec zginął w Katyniu, matka, wyrzucona z domu z małym dzieckiem – ze mną, musiała znaleźć pracę i jeszcze zapewnić mi jakąś opiekę. Szarpała się. Może dlatego zrodziła się we mnie taka potrzeba silnego mężczyzny, którego wtedy przy nas nie było. Przez całe dzieciństwo i wczesną młodość przewodnikiem po życiu był dla mnie dziadek – artysta plastyk. Dużo malował i pasjonował się polityką, jego idolem był Gandhi. Ciągle mi o nim opowiadał. Miałam może pięć lat, a o Gandhim wiedziałam wszystko. Do dziś pamiętam z tych opowieści słowo „transcendentalizm”. Nie wiem, jak udało mi się je zapamiętać.

– Musiała Pani szybko wydorośleć?


Tak. Kiedy podjęłam pracę w telewizji, musiałam się całkowicie temu poświęcić. Wtedy mama, której nie było blisko, gdy ja dorastałam, przejęła opiekę nad moim synem, za co jestem jej do dziś wdzięczna. W ten sposób zachowujemy ciągłość w spłacaniu życiowych długów.

– Od razu zaakceptowała Mariusza Waltera?


Szło to powoli, bo mama trudno oswaja się z nowymi sytuacjami.

– Pani też?


Zawsze byłam nieśmiała, właśnie po mamie. Ale, podobnie jak ona, zwalczyłam tę nieśmiałość z czasem. Można sobie jakoś z tym poradzić, chociaż nadal przed kamerą mam tremę, jestem spięta i dopiero po chwili mobilizuję się, stawiając na baczność cały mój organizm.

– A jednak to właśnie Pani, mimo tremy, robiła pierwszy w Polsce program na żywo, i to wielogodzinny.


Program na żywo był dla mnie idealny, bo nienawidzę nagrywania, powtarzania po kilka razy ujęć. Dostaję wtedy szału. A na żywo, co raz powiedziane, idzie w eter.

– Studio 2, które Pani prowadziła w latach 70., było wielkim sukcesem.


To był program, który wymiatał ludzi z ulicy. Prawie jak mecze piłki nożnej. Wszyscy biegli do domu i zasiadali przed telewizorami. Studio 2 pojawiło się wraz z pierwszą w Polsce wolną sobotą, za Gierka.

– Mówiło się nawet „gierkowska telewizja”.


To była pierwsza taka pozycja czysto rozrywkowa. Dostaliśmy zgodę na to, by ściągać zachodnie seriale i artystów. Abbę na przykład. Wydarzenie wtedy nieprawdopodobne. Zresztą do dziś się je w telewizji wspomina. Pracowało nam się cudownie. Miałam znakomitych kolegów – Edwarda Mikołajczyka, Tadka Sznuka, Tomka Hopfera.

– A całością zarządzał Pani mąż?


I ten zestaw dziennikarzy został świadomie przez męża skompletowany. Uzupełnialiśmy się. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że naprawdę lubię telewizję.

– Nie wierzę, że odbyło się to bezstresowo...


Tak się bałam pierwszego programu, że poszłam do lekarza, neurologa, i mówię: „Mam stresującą sytuację, poproszę coś na uspokojenie”. Dał mi jakiś lek. Na szczęście postanowiłam go przedtem wypróbować. Dzień wcześniej zażyłam tabletkę – akurat usiedliśmy do przeglądania materiałów do programu. Usiadłam i zasnęłam. Na program poszłam już bez żadnych używek.

– Pani uroda była słynna. Kiedy szła Pani między stolikami w telewizyjnej kawiarni „Kaprys”, wszyscy mężczyźni się na Panią patrzyli.


Oczywiście mogę tę legendę podtrzymywać, ale chcę być uczciwa – nie byłam wcale najpiękniejsza.

– Nie spierajmy się o urodę. Wygląd pewnie nieraz Pani pomagał?


Miałam świadomość, że nie jestem brzydka, więc odważnie ładowałam się w różne sytuacje, kiedy czułam, że wygląd może pomóc. Na przykład żeby coś dla kogoś wywalczyć.

– A dla siebie?


Zdarzało się. Pierwszą pracę w telewizji zaraz po skończeniu studiów dostałam w ten sposób, że udało mi się oczarować dyrektora krakowskiej stacji.

– W Pani życiu wszystko zawsze się dobrze układa?


Bardzo dobrze, bo jestem konsekwentna i mam tak zwaną żelazną rękę.

– Pani? Taka łagodna kobieta?


Tak, ja. Wytyczam sobie cele i realizuję je po kolei. Najpierw więc Kraków, potem Katowice, aż w końcu Warszawa. Kiedy jestem zdeterminowana, nie odpuszczam. Proszę sobie wyobrazić, jakie to dla mnie było trudne przenieść się do stolicy, nie znając tam nikogo.

– Ale szybko poznała tu Pani ludzi, z którymi przyjaźni się do dziś, jak Tadeusz Sznuk.


Sznuka poznałam w radiu na długo przed Studiem 2. Zaprosiłam go z radia do telewizyjnego programu „Licytacje”. Okazało się, że jest świetny. Ale tak naprawdę z wyżej wspomnianej grupy przyjaźnię się z żoną Edwarda Mikołajczyka i oczywiście z nim samym.

– Wiele lat później odkryła Pani Krzysztofa Ibisza.


Tak się złożyło. Przy programie „5-10-15” wymyśliliśmy „Klub Yuppies” i tam właśnie zaprosiłam Krzysztofa, z którym kiedyś spotkałam się na kursie angielskiego. Przystojny, aktor z wykształcenia, pełen wdzięku i pasji. Przy „Czarze par” sprawdził się znakomicie, jako niezwykle sprawny prezenter.

– „Czar par” to następny hit, jaki Pani zrealizowała. Lubi Pani nowości?


Lubię etap powstawania czegoś, tworzenia, kompletowania zespołu, wymyślania kształtu. Potem, gdy już coś wchodzi w ustalone tory, przestaje mnie bawić. Bardzo źle się czułam na początku w TVN, kiedy zaczęto sprowadzać tak zwane formaty, czyli gotowe programy, łącznie z tym, jakie ma być oświetlenie, w którą stronę kierować kamerę itd.

– Jeszcze w telewizji publicznej mówiono, że to mąż Panią lansuje.


Nie lansował mnie. Wziął mnie do Studia 2, bo nie miał innego wyjścia, byłam najbliżej niego, no i byłam dobrze ocenianą i lubianą przez widownię spikerką. Byłam tak zwaną twarzą, trzecią w kolejności, po Edycie Wojtczak.

– I Irenie Dziedzic?


Irena to gwiazda, miała własny program, była panią na swoim terenie.

– Podobno ona Panią znalazła i wychowała?


Tak, znalazła. Pewnego dnia, patrząc na mnie – pracowałam wtedy w radiu i wybierałam listy do jej programu – powiedziała: „A może by tak ciebie spróbować przed kamerą”. I zaprosiła mnie. Byłam wtedy w ciąży z synem. Irena postanowiła: „Urodzisz dziecko i potem będziemy się zastanawiać, co dalej”. I tak to się zaczęło.

– Kilka razy byliście z mężem w sytuacji podbramkowej, na przykład gdy zwolniono go z telewizji?


Umiem znosić sytuacje kryzysowe, a po stanie wojennym w naszej rodzinie był totalny kryzys. Przez pewien czas to ja utrzymywałam dom, pracując w redakcji dziecięcej. Mąż był bezrobotny. Dopiero potem Jan Wejchert zaprosił go do współpracy przy tworzeniu ITI. Całe życie mojego męża to jedna wielka harówka. Dziś na przykład wyszedł o 8. rano, a wróci około 20., i tak od 45 lat. Uwielbiam w moim mężu to, że zawsze wymyśla coś nowego. Ciągle coś się dzieje w naszym życiu.

– To dobrze, gdy ludzie mają podobny zawód?


Uważam, że tak. Doskonale się rozumiemy. Bo taka praca wymaga ciągłego wysiłku, oddania. Gdybym tego nie rozumiała, małżeństwo by się dawno rozpadło, nie zniosłabym jego wiecznej nieobecności. I nie chciałabym być kobietą siedzącą w domu, czekającą. A z kolei on też był wyrozumiały, gdy ja zarywałam noc na montaż.

– Nigdy się nie zniecierpliwił?


On się nigdy nie niecierpliwi.

– Jak wytrzymać 40 lat z jednym mężczyzną?


Mnie się ciągle wydaje, że jesteśmy dwa, trzy lata po ślubie. To może banał, ale ja się nigdy z mężem nie nudziłam. Najpierw praca, którą wspólnie wykonywaliśmy, później dom, dzieci. A teraz…  ciągle podróżujemy, coś sobie wymyślamy. Nie siedzimy w ciepłych kapciach.

– Panią trzeba nieustannie zdobywać?


Nie wiem. Wiem natomiast jedno – mąż zmienia się dla mnie. Nienawidzi zwiedzać muzeów, ruin. A ja to uwielbiam. I on cierpliwie chodzi ze mną po tych wszystkich zabytkach. I nawet zaczęło mu się to podobać. Mówi, że jest szczęśliwy.

– A Pani? W czym zmienia się dla męża?


Musiałam stać się bardzo tolerancyjna, wyrozumiała. Mąż jest wybuchowy. Szczególnie gdy bywa zmęczony, przepracowany. Biorę więc na wstrzymanie, nie ciosam mu kołków na głowie. Nie robię scen.

– Zazdrości?


Byłam o niego bardzo zazdrosna. On zawsze miał powodzenie u kobiet. Jest mistrzem flirtu, w taki niezwykle urokliwy sposób. Towarzyski, łatwy w kontaktach, uwielbia rozmawiać z ludźmi i lubi kobiety. Byłam zazdrosna o uwagę, którą im poświęca. Ale nigdy nie dopuścił do tego, żebym straciła grunt pod nogami, pomyślała: „O, to może być niebezpieczne”. To były takie lekkie ukłucia.

– Z czasem zazdrość przechodzi?


Trochę na pewno. Nie lubię tylko, gdy przy mnie prawi komplementy innym kobietom. Ale on już taki jest, trudno.

– Gdyby mogła Pani cofnąć czas, zmieniłaby coś Pani?


Żałuję, że nie miałam więcej czasu dla dzieci, gdy były małe. Szczególnie teraz, gdy patrzę na moją synową i na wnuki – Zuzię i Maksa. Ileż ona poświęca im czasu, jak cierpliwie się do nich odnosi. A ja byłam ciągle zabiegana. Mój syn też jest rewelacyjnym ojcem.

– Dokonała Pani po prostu wyboru. Trudnego?


Zrobiłam to świadomie. Nie umiałabym się zamknąć w domu, z dziećmi. Mam inną osobowość. Teraz też nie jestem wylewną babunią, która biega za wnukami z bananem. Jeśli Zuzia chce się przytulić, to się przytula. Nie zmuszam jej do wylewności. Nie na siłę. Myślę, że jestem babcią nowoczesną.

– I ciągle ciężko pracującą.


Ależ ja bardzo lubię pracować, zwłaszcza gdy są efekty tej pracy. A to, co teraz robię, jest szczytem moich marzeń. Stykam się z fantastycznymi ludźmi, z niepełnosprawnymi, którzy ścigają się ze swoimi ułomnościami, pokonując własne słabości. Zdobywają nieosiągalne dla przeciętnego człowieka sukcesy. Pokonują szczyty, wygrywają wyścigi, zakładają rodziny, niańczą dzieci. Cieszą się z każdego sukcesu, jak nie potrafimy się cieszyć my, pełnosprawni. W fundacyjnym programie „Zielone drzwi” oglądamy różne tragedie ludzkie. Największe wrażenie robią na mnie rodzice walczący jak herosi o swoje chore dzieci. Pomagamy im od pięciu lat. Przez ten czas uzbieraliśmy aż 46 milionów złotych.

– Niewyobrażalna suma. Na co ją przeznaczyliście?


Myślę, że pomnikiem, który zostanie po Fundacji TVN i hojności Polaków, jest odnowa Centrum Zdrowia Dziecka. To wielka praca, którą wykonaliśmy wspólnie z Fundacją „Porozumienie bez barier”. A w Krakowie w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym budujemy teraz oddział patologii noworodków. Opiekujemy się też domami dziecka w Morągu i w Stalowej Woli. Najserdeczniej związana jestem z Instytutem w Rabce, gdzie leczą się dzieci chore na mukowiscydozę.

– Pracuje Pani też dla pieniędzy?


Nigdy nie były dla mnie ważne. Nie dążyłam do tego, żeby mieć więcej i więcej. Nawet w tym krótkim okresie, gdy mąż był bez pracy, a ja byłam jedyną żywicielką rodziny, nie szarpałam się, żeby jeszcze jakąś złotówkę dorobić. Zawsze żyliśmy na poziomie takim, na jaki było nas stać. I kto wie, czy tamtego małego domku na Sadybie nie lubiłam bardziej niż tego dużego, w którym teraz mieszkamy.

– Tam mąż sam podlewał ogródek?


Bardzo to lubił. Teraz też dba o nasz ogród, ciągle coś w nim nowego sadzi. Nawet w ogrodzie coś się musi dziać – musi być ruch w interesie (śmiech).

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcie Piotr Porębski/Metaluna
Stylizacja Jola Czaja

Makijaż Iza Wójcik

Fryzury Wojtek Zieliński

Produkcja sesji Elżbieta Czaja

Więcej na temat Bożena Walter