Nikt nie przypuszczał, że to właśnie on będzie najpoważniejszym konkurentem Hillary Clinton, dotąd niekwestionowanej faworytki Demokratów. Ale czy amerykańscy wyborcy nie przestraszą się własnej odwagi?

Miałem sen, że pewnego dnia czwórka moich dzieci będzie żyła w państwie, w którym ludzi nie osądza się po kolorze skóry, lecz po tym, jacy są naprawdę”, powiedział kiedyś Martin Luther King. Niedługo potem został zamordowany. Dopiero dziś, 40 lat po jego śmierci, ta przepowiednia powoli zaczyna się spełniać. A to wszystko dzięki Barackowi Obamie, pierwszemu czarnoskóremu politykowi, który ma realne szanse, by zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Niespodziewanie wygrał w pierwszych przedwyborach w Iowa. W New Hampshire deptał Hillary Clinton po piętach. Ona, choć wciąż uważana za mniej sympatyczną, ma po swojej stronie kobiety. Szykuje się długa i trudna potyczka, na pewno nikt nie podda się bez walki. Na razie nie wiadomo, kogo nominują Demokraci. Obama zaciera ręce, myśli o kolejnym przemówieniu i zagadkowo się uśmiecha. Wygląda na to, że jego idea, by starać się być politykiem ponad podziałami, okazuje się słuszna.

Amerykańscy socjolodzy przyznają, że kandydat z taką charyzmą i talentem oratorskim zdarza się raz na kilka dekad. Ostatnim, który spełniał te warunki, był Bill Clinton. Wszędzie, gdzie tylko się pojawił, witały go tłumy. Bez względu na to, co mówił i jakie wpadki z przeszłości wyciągali mu kontrkandydaci, wzbudzał pozytywne emocje. I – paradoksalnie – to nie żona Hillary jest jego następcą, a właśnie Barack. Z Obamą jest tylko jeden problem. Trudno znaleźć na niego haka. Może poza tym, że czasami wydaje się politykiem zbyt idealnym, aby naprawdę mógł być prawdziwy.

Husajn na prezydenta?
Specjaliści od czarnego PR-u przekopują góry dokumentów, by coś na niego znaleźć. Ale Barack nie ma się czego bać. Nauczony doświadczeniem Clintona i tym, jaki szum wywołała kiedyś sprawa młodzieńczej słabości prezydenta do marihuanowego skręta, Obama zawczasu przyznał się do wybryków sprzed lat. W autobiografii „Dreams from My Father: A Story of Race and Inheritance”, w której opisuje trudną młodość naznaczoną przeprowadzkami z kraju do kraju, otwarcie wspominał o eksperymentach zarówno z marihuaną, jak i kokainą. A co ważniejsze – nie próbował udawać, że się „nie zaciągał”. Wprost przeciwnie. Jak sam mówi: „Nosiłem czarną skórzaną kurtkę, czytałem Marksa, a nocami w oparach papierosowego (i nie tylko) dymu dyskutowaliśmy z kolegami na temat jego teorii socjalizmu i burżuazyjnego wyzysku”. Jedynym usprawiedliwieniem tych „ekscesów” był dla Baracka fakt, że jako nastolatek boleśnie przeżywał poszukiwanie własnej tożsamości i miejsca w otaczającej rzeczywistości. Czuł, że nie przynależy do świata, w którym przyszło mu żyć, brakowało mu ojca. Rodzice Obamy – ubogi Kenijczyk, którego rodzice byli rolnikami, i biała Ann Dunham wywodząca się z robotniczej, amerykańskiej rodziny z Kansas – poznali się w czasie studiów na Hawajach, a rozstali, kiedy Obama miał zaledwie dwa lata. Miłość skończyła się prawie tak samo szybko, jak się zaczęła. Ojciec Obamy wyjechał próbować sił na Harvardzie, potem wrócił do rodzinnej Kenii. Nie interesował się synem (widzieli się potem tylko raz, kiedy Barack miał 10 lat). Jego matka wyszła za mąż za kolegę studenta, tym razem z Indonezji, a po studiach we trójkę wyjechali do Dżakarty. To właśnie tam Obama miał (według niektórych kontrkandydatów) chodzić do ultraradykalnej muzułmańskiej szkoły i – w domyśle – stać się skrytym talibem, który teraz pragnie rozbić amerykańską potęgę, wspinając się na sam jej szczyt. Jedyny dowód, jaki mieli w tej sprawie jego przeciwnicy, to chyba tylko drugie imię Baracka – Husajn, którego z oczywistych względów w tej kampanii nie używa.

Jaki tam z niego Murzyn...
Obama chciał studiować, a taką szansę dawało mu jedynie amerykańskie stypendium dla ubogich Murzynów.  Wrócił więc do rodzinnego Honolulu, zamieszkał z dziadkami, skończył tamtejszą szkołę średnią i ruszył w świat. Najpierw próbował szczęścia w Los Angeles. Przez chwilę uczył się w liberalnym i artystowskim Occidental College, potem przeniósł się na Uniwersytet Columbia w Nowym Jorku, gdzie skończył stosunki międzynarodowe. Ale zamiast po studiach rozpocząć karierę w jednej z korporacji, która pozwoliłaby mu odbić się od dna, i zacząć zarabiać prawdziwe pieniądze, wyjechał do Chicago. Po co? By zająć się tamtejszymi bezdomnymi i ludźmi, którym najniższe zarobki nie pozwalają na godziwą egzystencję. Prowadził pozarządowy program dla najuboższych, zarabiając pieniądze, które wystarczały mu jedynie na skromne przeżycie każdego tygodnia. To wtedy wpadł na pomysł, żeby rozpocząć studia na Harvardzie, jak kiedyś jego ojciec. Ale nie potrafił być tylko jednym z wielu zdolnych studentów. Szybko został wybrany na prezesa „Harvard Law Review”, prestiżowego pisma prawniczego redagowanego przez niezależną grupę studentów. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że był pierwszym ciemnoskórym szefem tej gazety. Ci, którzy chcieli ująć mu zasług, twierdzili, że to nic wielkiego, przecież Obama nie jest Murzynem, ale Mulatem! Tylko on wie, jakie jeszcze upokorzenia musiał znosić ze względu na kolor skóry. Ale Barack nie należy do tych, którzy za wszelką cenę pragną pokazać „białym”, jak musieli zmagać się z rasowymi uprzedzeniami. I również dlatego „biali” tak bardzo go pokochali. Przełamywanie schematów i sztucznie skonstruowanych barier to coś, co zawsze sprawiało Barackowi największą satysfakcję i przyjemność.

Kochanie, daj się pocałować
Niemal równolegle ze studiami na Harvardzie Obama rozpoczął letnią praktykę w firmie prawniczej Sidley & Austin. Zawsze go nosiło i zawsze wydawało mu się, że nie dość ma jeszcze pracy. To właśnie tam poznał Michelle Robinson, młodą czarnoskórą prawniczkę, która została mu przydzielona jako opiekunka stażu. Nie bez powodu. Byli jedynymi ciemnoskórymi pracownikami tej firmy. Michelle śmieje się dziś, że chociażby dlatego romans od początku wisiał w powietrzu. Przez kilka pierwszych tygodni Michelle starała się nie łączyć emocji z pracą i dzielnie odpierała ataki wysokiego przystojniaka o szerokim, szczerym uśmiechu. W końcu jednak dała się zaprosić na kolację i do kina. Obydwoje doskonale pamiętają, co wtedy oglądali – „Rób, co należy” („Do the Right Thing”) Spike’a Lee. Barack śmieje się, że Michelle jest „potwornie porządną dziewczyną” i jedyne, na co pozwoliła mu na pierwszej randce, to położyć rękę na kolanie. A to i tak niby niechcący. Rodzice Michelle nie traktowali tej znajomości poważnie. Może mieli wobec dobrze ułożonej, grzecznej córki inne plany? Domyślili się, że to coś poważnego, kiedy poprosiła brata koszykarza, żeby ten go dla niej „sprawdził”. W rodzinie Robinsonów wszyscy wierzyli, że człowieka najlepiej można poznać po tym, w jaki sposób... gra w koszykówkę. Brat co prawda nie chciał być tym złym, który powie Michelle coś przykrego o Obamie, ale na szczęście chłopak zdał ten dziwny test. „W grze był pewny siebie, ale nie chojrak, bezinteresowny, ale nie mięczak, potrafił opanować swoje ego na rzecz drużyny”, wspomina po latach. Cztery lata później, w październiku 1992 roku, Barack i Michelle byli już małżeństwem. To właśnie wtedy Obama rozpoczął długą i powolną drogę na szczyt amerykańskiej polityki. Mógł być wysoko opłacanym prawnikiem, na którego koncie co roku ląduje przynajmniej siedmiocyfrowa, okrągła sumka, ale po raz kolejny wybrał mniej opłacalną, za to bardziej wyboistą drogę. Tylko polityka naprawdę go interesowała. Może dlatego, że tak mało było w niej ludzi o innym pochodzeniu niż „biali anglosascy protestanci”? W 1996 roku został wybrany do Senatu Stanu Illinois. W 2004 roku, trochę dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, a trochę dzięki płomiennemu przemówieniu, które wywołało burzę oklasków wśród reszty senatorów, Barack dostał się do Senatu Stanów Zjednoczonych. Wydawało mu się, że osiągnął szczyt swoich marzeń. Do czasu, kiedy obydwoje z żoną postanowili na początku ubiegłego roku, że będzie kandydował z ramienia Demokratów na urząd prezydenta.

To jedyny kandydat, któremu można ufać
Była to obopólna decyzja. „Na szczęście u Obamy nie wyglądało to tak: »Chcę kandydować. Czy będziesz mnie wspierać?« – wspomina Michelle. – Usiedliśmy i razem próbowaliśmy zastanowić się nad tym, jaki to ma dla nas i naszej rodziny sens. Na początku wcale nie byłam zachwycona. Wiem, co oznacza samotnie zajmować się domem (kiedy Obama został senatorem, musiał przeprowadzić się do Waszyngtonu. Michelle z córkami zostały w Chicago – przyp. red.). Kampania, a później ewentualna prezydentura oznacza jedno – wielką nieobecność. Ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że w takiej Ameryce, jaka jest teraz, też nie chcemy żyć. Wyjście z tej sytuacji było jedno – pozwolić Obamie startować w tych wyborach. To był jedyny kandydat, któremu naprawdę mogłam zaufać. Kiedy to zrozumiałam, wszystko stało się prostsze. Nawet rezygnacja z pracy, którą kocham” (na razie na czas kampanii – przyp. red.).

Obserwatorzy twierdzą, że Michelle od początku jest jednym z najmocniejszych atutów Obamy. Łączy w sobie to, co najlepsze – elegancję, wytworność i opanowanie Jackie Kennedy z błyskotliwą inteligencją Hillary Clinton i rodzinnym ciepłem Laury Bush. Podobnie jak mąż jest otwarta, uśmiechnięta i ma doskonały kontakt z ludźmi. Choć dziś jest dobrze zarabiającą wiceszefową Klinik Medycznych Uniwersytetu Chicago i dogląda wielkiego, wiktoriańskiego do-mu na przedmieściach, dorastała w skromnej kawalerce w zwykłym bloku i doskonale pamięta, co to znaczy porównywać ceny pieczywa w różnych sklepach. Ma dystans do siebie, mężowi jeszcze nigdy nie wystawiła laurki. Twierdzi, że jest świetnym facetem, „ale w końcu to tylko mężczyzna”. Publicznie śmieje się z tego, że jak setki innych mąż rozrzuca skarpetki po mieszkaniu i zapomina wyrzucić śmieci. A może to tylko poza, taktyka przyjęta na czas wyborów? Zwykli ludzie najlepiej potrafią wyczuć oszustwo. Na wiece Obamy przychodzą tysiące, bo on jako jedyny niesie im nadzieję. Nie prowadzi „kampanii nienawiści”, nie wytyka kontrkandydatom błędów z przeszłości. Skupia się na tym, co dla niego najważniejsze, czyli na „wielkiej zmianie”. Nie odwołuje się do żadnej ideologii i nie chce być tylko kandydatem Demokratów. Chce stworzyć w amerykańskiej polityce nową jakość, porozumienie ponad podziałami, tak żeby kraj przestał się dzielić na niebieskich (Republikanów) i czerwonych (Demokratów), białych i czarnych, imigrantów i miejscowych. Chce wycofać wojska z Iraku i zacząć w biednych państwach, które w przyszłości mogą stać się zarzewiem politycznych konfliktów, pracę u podstaw, zamiast straszyć je militarną potęgą Stanów Zjednoczonych. A że do tego jest wspaniałym mówcą, potrafi porwać tysiące ludzi. Cytowanie jego przemówień nie ma sensu. Mogą wydać się wtedy proste, nawet banalne. Bo ważne jest jeszcze to, kto i z jakim nastawieniem te przemówienia wygłasza. W jednej z debat Hillary zarzuciła mu pustosłowie. On odparł z uśmiechem: „Ależ co pani mówi!”. Słowa mają inspirującą, a czasem nawet uzdrawiającą moc. Dlatego ludzie chcą go słuchać. I dlatego potrafi przekonać do siebie nawet Republikanów. Tylko czy Ameryka da mu ostatecznie szansę?

Anna Rączkowska

Więcej na temat Barack Obama