Żyją w centrum wydarzeń, historii i polityki. Gdy chcą uciec, zaszywają się w swoim dworku w Chobielinie. Wychowują dwóch synów – Aleksandra i Tadeusza – i piszą książki. Tylko Vivie! udało się zajrzeć do ich sekretnego świata, do domu, gdzie na bramie wisi tabliczka: „Strefa zdekomunizowana”.

W jego życiu są trzy miłości: Polska, rodzina i Chobielin.  Żona Anne Applebaum wiadomość o nominacji męża  na szefa MSZ otrzymała w Polsce. Zawsze chce być blisko spraw ważnych dla niego i wspierać go. Być może, gdyby nie miał takiego oparcia w domu, trudniej by mu było sprawować tak odpowiedzialne funkcje. Opowieść o Radku Sikorskim jest też opowieścią o niej – wyjątkowej kobiecie. I o ich wyjątkowym związku. Bo u Radka Sikorskiego wszystko musi być niezwykłe.

Zawsze wzbudzał emocje. Przystojny, dobrze ubrany, elokwentny. Gdy pojawił się na polskiej scenie politycznej, mówili o nim wszyscy. „Sikorskiego można tylko albo bardzo lubić, albo unikać jak ognia. On nie wzbudza letnich emocji”, powiedział o nim przyjaciel z dawnych lat. Przyjaźniom pozostaje wierny, nie pozostaje za to wierny partiom politycznym. Zmienia je w zależności od tego, czyj program jego zdaniem jest najlepszy dla Polski. To także nie przysparza mu sympatyków. Właśnie jego osoba wzbudziła jak dotąd największe kontrowersje w budowaniu nowego rządu. Emocje były tak wielkie, że w pewnym momencie Donald Tusk powiedział, że nie wyobraża sobie swojego gabinetu bez Sikorskiego i że mianuje go na stanowisko ministra spraw zagranicznych, nawet jeśli prezydent nie wyrazi zgody. Sam Radek Sikorski podczas największej burzy wokół swojej osoby nie pokazywał się publicznie, nie wypowiadał się dla żadnej z gazet, a tytułowany przez dziennikarzy „panem ministrem” odpowiadał z zagadkowym uśmiechem: „Panowie, ministrem już nie jestem. I nie wiadomo, czy będę”. Prawdopodobnie w ten niespokojny dla siebie czas zaszył się w swoim azylu – dworku w Chobielinie pod Bydgoszczą, o którym nawet napisał książkę „The Polish House”. Po kilku tygodniach sprawa się wyjaśniła. Sikorski w glorii chwały objął urząd przy alei Szucha. A dziennikarzom powiedział, że szefowanie MSZ to dla niego powód do wielkiej dumy, ale gdyby nominacji nie dostał, na pewno wymyśliłby sobie inny sposób na życie. Bo jego najważniejsza maksyma z polityką nie ma nic wspólnego. „Politykiem się bywa, a człowiekiem się jest”, lubi powtarzać Sikorski. A jakim on jest człowiekiem? Nie da się go jednoznacznie zdefiniować. Jego znajomi mówią, że ma ułańską fantazję. Pracownicy zwracają uwagę na to, jak bardzo jest ambitny i uparty. Jeszcze inni mówią, że najważniejszą cechą jego osobowości jest odwaga granicząca z brawurą. On sam wyczerpał temat w wydanej niedawno książce „Strefa zdekomunizowana – wywiad rzeka z Łukaszem Warzechą”. „Chcecie coś o mnie wiedzieć? Przeczytajcie to, bo nie lubię się powtarzać”, powiedział nam kilka dni temu. Sikorski nie lubi bowiem udzielania wywiadów na tematy osobiste. Przy całych pozorach otwartości chroni też bardzo swoją prywatność. Wiele jednak można się o nim dowiedzieć, dokładnie studiując jego biografię i rozmawiając z tymi, którzy go dobrze znają.

Życiorys jak z filmu
„Którego 18-latka byłoby psychicznie stać na wyjazd do stolicy Wielkiej Brytanii na początku lat 80.?”, mówi przyjaciółka Sikorskiego z bydgoskiego liceum. „Wszyscy go za to podziwialiśmy”. Sikorski do Londynu zamierzał wyjechać na kilka miesięcy podszlifować język. W październiku miał rozpocząć studia. W Anglii został na kilka lat jako uchodźca polityczny. Gdy po powrocie do kraju nie został przyjęty na studia ze względów politycznych,  mógłby zostać wcielony do wojska. Czekałyby go też przesłuchania za działalność polityczną, bowiem Sikorski jeszcze jako licealista wraz z kolegami założył tajną organizację „Związek Wyzwolenia Narodowego”. „Mieliśmy nasz biuletyn informacyjny „Orzeł Biały”. Ukazało się kilka ulotek rozklejanych w różnych miejscach Bydgoszczy. Pisaliśmy hasła na murach... jak na przykład „Rulewskiego pomścimy”, albo „Wolność dla Konfederatów”. Nasza kotwica Polski walczącej przetrwała do dziś pod głównym mostem na Brdzie”, opowiada.

Sikorski szybko się w Londynie zaaklimatyzował. Kiedy otrzymał azyl polityczny, mógł starać się także o stypendium. I właśnie wtedy rozpoczął studia na Okfordzie. „Gdybym kiedykolwiek dzięki miłosierdziu boskiemu zakwalifikował się do nieba, to chciałbym, żeby było ono wiecznym studiowaniem na Oksfordzie”, wspomina dziś. Skończył filozofię, nauki polityczne i ekonomię, ale jego największą pasją zawsze było dziennikarstwo. Pod koniec studiów pracował już dla najlepszych brytyjskich gazet: „The Spectator” i „The Observer”. Pod koniec studiów przeżył jedną z największych dziennikarskich przygód. Jako korespondent wojenny wyjechał do Afganistanu, w którym szalała wojna. „W tamtym czasie wielu moich rówieśników fantazjowało o wykonaniu wyroku Polski podziemnej na Jerzym Urbanie albo o wyjeździe do Afganistanu. Polacy, szczególnie ci z mojego pokolenia, pragnęli brać udział w tej walce, bo najskuteczniejszą formą pomocy było pisanie prawdy o tej wojnie”, mówi dzisiaj. Z Afganistanu przywiózł nie tylko niezliczone ilości artykułów i arcyciekawą książkę „Prochy świętych”, ale także zdjęcie martwej matki i jej nieżywych dzieci, za które w 1988 roku otrzymał prestiżową nagrodę World Press Photo. „Kiedy byłem w Afganistanie, bywało, że myślałem, że oto przyjdzie mi pożegnać się z życiem. Tak było na przykład wtedy, gdy zaatakował nas patrol sowieckich helikopterów. Cudem wtedy uniknęliśmy śmierci (...). Podczas wojny człowiek konfrontuje się z własną słabością, strachem. Testuje swoją determinację i wolę. No i jest to ogromny test odporności fizycznej”, mówi. Sam na ten wyjazd do Afganistanu świetnie się przygotował. Przez kilka miesięcy uprawiał karate i zdobył nawet pomarańczowy pas.

Z Afganistanu Sikorski wrócił już prosto do Polski. Dla młodego dziennikarza to tutaj działy się najważniejsze rzeczy. Jako korespondent „Daily Telegraph” przyglądał się sytuacji w ojczyźnie. Razem z rodzicami kupił wówczas za 1200 dolarów zdewastowany staropolski dwór w Chobielinie pod Bydgoszczą. Namówił rodzinę na odrestaurowanie go. Chciał, aby to było jego miejsce na ziemi. W tym samym czasie w Berlinie burzono mur. Sikorski wiedział, że musi tam być. Pojechał razem z Anne Applebaum, Amerykanką, dziennikarką z „The Economist”, którą poznał w Warszawie.  Nie tylko subtelna i ładna, ale jeszcze piekielnie inteligentna szybko zawróciła mu w głowie. „Ta berlińska przygoda nas zbliżyła”, opowiada po latach Sikorski. Z Berlina wrócili zakochani.

Anne i Radek
Czasem bywa tak, że nie mamy wpływu na nasze uczucie. Ludzi popycha ku sobie jakaś tajemna siła. Podobnie było z Radkiem Sikorskim i Anne Applebaum. Kiedy się poznali, byli w innych związkach, a ona nawet planowała już ślub. Połączyła ich taka sama pasja, by uczestniczyć w czymś, co na świecie jest najważniejsze. „Pochodziliśmy z mężem z różnych krajów. Ja, Amerykanka, o korzeniach żydowskich, on Polak”, mówi Anne. A jednak nie odczuwali tych różnic. Oboje z Anne reprezentowali to, co najlepsze w młodym pokoleniu. „Wykształceni, dynamiczni, obyci, czują się równie dobrze w Europie, jak w Ameryce”, zachwycał się nimi Marek Brzeziński, kolega Anne Applebaum z Waszyngtonu. Ale nie tylko to ich łączyło. Z pewnością Sikorskiego pociągnęły w Anne jej żywy intelekt, talent pisarski i dociekliwość badaczki najnowszej historii. Jej książka o rosyjskim gułagu zdobyła najbardziej prestiżową dziennikarską Nagrodę Pulitzera. „Znam Radka i Anne od wielu lat”, powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Dawid Frum, były autor przemówień George’a W. Busha. „Trudno o nich mówić z osobna, są bowiem przykładem wielce wpływowej pary, która wspólnie odniosła sukces”.

Anne nigdy nie chciała wypowiadać się na tak osobiste tematy, jak miłość, ale można domyślać się, że Sikorski zaimponował jej nie tylko inteligencją i dobrym piórem, ale chyba przede wszystkim silną osobowością. Połączyło ich również pochodzenie inteligenckie, tradycje rodzinne, choć w każdym z ich domów były inne. Rodzice Radka to patrioci działający w „Solidarności” z poszanowaniem dla historii polskich i wolnościowych idei. Korzenie dobrej starej rodziny Applebaumów sięgają carskiej Rosji – jej pradziadek uciekł spod rządów cara do Ameryki.

Ojciec Anne to znany w Waszyngtonie prawnik specjalizujący się w prawie handlowym. Matka zasiada w zarządach towarzystw dobroczynnych. Anne i jej siostra, podobnie jak Sikorski,  zdobyły wykształcenie na najlepszych uczelniach dla prawników, politologów i dziennikarzy. Jednak Anne poświęciła się karierze pisarskiej, a Sikorskiego zaczęła nęcić polityka. Jako 29-latek po raz pierwszy został wiceministrem obrony w rządzie Jana Olszewskiego. Gdy droga zawodowa jego żony układała się stopniowo i miarowo, on przeżył w swoim zawodowym życiu wiele wzlotów i upadków. Jego kariera załamała się na chwilę, kiedy w 2001 roku Włodzimierz Cimoszewicz, ówczesny szef MSZ zablokował jego nominację na ambasadora w Brukseli. Wtedy dostał propozycję pracy w Waszyngtonie w prestiżowym American Enterprise Institut, czyli ośrodku eksperckim, a ona w „Washington Post” i zdecydowali wyjechać do Stanów. „Stali się tam znani jako »power couple«, para z wpływami na politykę rządu i opinię elit”, mówi obserwator polityki amerykańskiej. Podczas lat spędzonych w Waszyngtonie Sikorski przekonał się nie tylko o tym, że w razie jakichkolwiek zawirowań zawodowych zawsze znajdzie pracę. Zdobył też wiedzę o wiele ważniejszą. Okazało się bowiem, że Anne jest nie tylko jego żoną, ale także jego partnerem i przyjacielem i że może na nią liczyć szczególnie wtedy, gdy nie wszystko układa się po jego myśli. Udowodniła to wielokrotnie, także i wtedy, gdy Sikorski stęskniony za Polską namówił ją do przyjazdu do Warszawy. I chociaż ich pierwszy syn, dziś dziesięcioletni Aleksander („Nadaliśmy mu takie imię na cześć Aleksandra Macedońskiego”, żartuje Sikorski) urodził się w Londynie, Anne zgodziła się, aby wychowywać go w Polsce. Kiedy na świat przyszedł ich drugi syn, Tadeusz, Anne na dobre zamieszkała z nimi w Chobielinie. „Żona, która potrafi i ugotować, i napisać książkę, to skarb. Ale trzeba mieć silną osobowość, żeby zdzierżyć blisko siebie inny silny charakter. Międzynarodowe małżeństwo, na dodatek z taką osobą jak Ania, to nieustające pole negocjacji. To, że ciągle jesteśmy w ruchu i realizujemy ambitne projekty uchroniło nas od rutyny”, mówi Sikorski.

Chobielin – nasza miłość
Sikorski do swego ukochanego dworku przywiózł Anne w 1997 roku. Posiadłość zachwyciła ją tak samo jak jego i wspólnie zabrali się za remont zniszczonego budynku. „Przez pierwsze sześć miesięcy czułam się tam, jak na wakacjach. Nagle okazało się, że nigdzie nie muszę jeździć taksówkami. Wokół miałam tylko ciszę i spokój”, opowiadała w wywiadzie dla „Zwierciadła”. Zachwalała też warunki, jakie znaleźli tam do wychowywania synów. Obaj chłopcy są dwujęzyczni, ale pierwszym wierszykiem, jakiego nauczyli się na pamięć, był: „Kto ty jesteś, Polak mały”. Dla Sikorskiego zawsze najważniejsze było, aby jego dzieci wzrastały w duchu polskości. Teraz jest z tego bardzo dumny.

Podobnie jak dumny jest, że razem z rodzicami, jak przystało na wielopokoleniową rodzinę z tradycjami, mieszkają nie w nowoczesnej willi, lecz w przesiąkniętymi historią murami starego pałacu. Tak naprawdę rodzina Radka zdecydowała się na kupno tej zdewastowanej przed laty budowli, częściowo, żeby zachęcić syna do powrotu do Polski. Być może Sikorski nigdy by tu nie wrócił, gdyby nadal miał mieszkać w M-3 w bydgoskim bloku.

Ukochany dwór Sikorskiego i Applebaum otoczony jest wysokim ogrodzeniem. Nikt, kto przez gospodarzy nie zostanie zaproszony, nie ma tam dostępu. Mieszkańcy utrzymują za to bliskie kontakty z sąsiadami, którzy wspominają, jak młody polityk zaimponował im, kiedy przez tyle lat konsekwentnie przeprowadzał remont dworku. Największą atrakcją Chobielina są organy, które zajmują jedną ścianę salonu. Sikorski uważa, że jest to element szaleństwa, jakie powinno cechować każdy polski dwór. Przy wejściu do dworu wisi dzwon z rosyjskim napisem „Kalinińsk”, prezent od przyjaciela rodziców, a w ogrodzie jest zagroda, w której żyją daniele. Sikorskiemu marzy się czasem, że założy kiedyś prawdziwą hodowlę tych zwierząt. Przy wjeździe do dworku zawieszono tablicę z napisem: „Strefa zdekomunizowana”. „Ten napis umieściłem na złość koalicji SLD–PSL, kiedy prawica przegrała wybory w 1993 roku”. Przyjaciele ministra mówią, że ta tablica to dowód ułańskiej fantazji ministra, który potrafi cieszyś się odlotowym pomysłem, jak mały chłopiec. W garażu trzyma kolekcję bydgoskich tablic ulicznych, które wraz z żoną zdejmowali bagnetem w 1989 roku, a często do zdjęć w gazetach pozował, siedząc na swoim wojskowym motocyklu, który kupił od oficera Armii Czerwonej z NRD. „Od czasu do czasu objeżdżam nim okolice”, mówi.

Ostatnio jednak na takie wycieczki po ukochanych polach Sikorski nie ma czasu. Całe dnie spędza w swoim gabinecie w MSZ. „Stąd do dworku mam 300 kilometrów i wracam tam, kiedy tylko mam chwilę”, mówi. Postanowione zostało już także, że to w Chobielinie zestarzeją się z Anne. Nie wyobrażają sobie inaczej. Na razie jednak mają jeszcze dużo do zrobienia. I Anne i Radek. Umówili się więc, że karierę będą robili na zmianę, równo po cztery lata. Najpierw cztery lata dla Anne – tak to nazwali, potem cztery lata dla Radka. Teraz nadszedł czas Radka.

Tekst: Iza Bartosz, Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Jacek Piotrowski/AGENCJA GAZETA
Cytaty pochodzą z książki „Strefa zdekomunizowana”, wyd. AMF,  Warszawa 2007.