Anna Przybylska z dziećmi
Iza Grzybowska/Move
Wywiady Krystyny Pytlakowskiej

Anna Przybylska: Dobijam do portu

Anna Przybylska z dziećmi
Iza Grzybowska/Move

– Ile razy się przeprowadzałaś?


Anna Przybylska: Poczekaj, niech policzę. Najpierw były Wronki, potem z Wronek do Poznania. Z Poznania na chwilę do Gdyni, później Turcja, z Turcji znowu do Gdyni. Urządzaliśmy się też przez moment na Cyprze, potem powrót do Łodzi, a teraz z Łodzi do Gdyni. Osiem razy.

– A ile lat ma Wasza córka Oliwka?


Anna Przybylska: W październiku skończy dziesięć.

– I to dziecko cały czas widzi, jak pakujesz kartony?


Anna Przybylska: Dzieci mają wybiórczą pamięć. Myślę, że ona nie patrzy na nasze życie przez pryzmat przeprowadzek. Będzie pamiętała domy, koleżanki, nauczycielki ze szkoły. Najlepiej chyba zapamięta Łódź, chociaż Turcję też wspomina. Podobnie zresztą jak ja. Antalya była jak bajka. Niedawno nawet się popłakałam na samą myśl o niej.

– Ale Ty przez kilkanaście lat spędzonych z Jarkiem żyjesz na walizkach, a to chyba szalenie męczące?


Anna Przybylska: Dla mnie pakowanie jest zajęciem naprawdę traumatycznym. Bardzo tego nie lubię, emocjonalnie mnie to spala, zawsze wtedy mam zły humor i jestem wściekła na cały świat. A już apogeum osiągnęłam, gdy Jaś miał trzy tygodnie i wyjeżdżaliśmy na Święta Wielkanocne. Wtedy Wielkanoc przypadała dosyć późno, bo w kwietniu. Musiałam więc dla wszystkich dzieci zabrać rzeczy i ciepłe, i letnie, i przeciwdeszczowe. Trzy dni wcześniej dostałam histerii przez to pakowanie walizek, bo robiłam to tak nieumiejętnie, jakby to było pierwszy raz. Z czasem oczywiście nabierałam wprawy, chociaż zwykle jak każda kobieta biorę za dużo rzeczy. Nie lubię tylko, jak mi ktoś w tym przeszkadza. Dlatego staram się, żeby podczas pakowania dom był pusty, bo w tych momentach bywam bardzo nieprzyjemna.

– Znam to z autopsji, wszystko wtedy człowieka złości i lepiej zejść mu z oczu.


Anna Przybylska: A w dodatku wiem, że na pewno czegoś zapomnę. Kiedyś jechaliśmy też na jakieś święta i okazało się, że nie wzięłam torby z butami. Wyszłam tak jak stałam, w klapkach. Byłam tym totalnie rozbita. Ale ten czas pakowania właśnie się kończy, już nigdy w życiu nie będę musiała podróżować z domu do domu.

– Bo powracasz na Wybrzeże, gdzie kupiliście dom, i tam już zostaniesz?


Anna Przybylska: Tak, wracam do swojego kochanego rodzinnego miasta. Zresztą taki był plan, że gdy Jarek skończy karierę, zamieszkamy w Gdyni. Ale on kariery nie skończył. Podpisał z Lechią Gdańsk, swoim macierzystym klubem, dwuletni kontrakt. I to jest tak cudowne, aż trudno mi uwierzyć, że dzieje się naprawdę. Szczypię się na dowód, że nie śnię.  

– Po latach tułaczki dobijasz więc do spokojnego portu?


Anna Przybylska: Tak i jestem niesamowicie szczęśliwa, bo Gdynia była taką moją ziemią obiecaną, takim wyjściem z tymczasowego więzienia. Ale nie mogłabym się tak tym cieszyć, gdyby ta ostatnia przeprowadzka wiązała się z przejściem Jarka na piłkarską emeryturę. A tak nie dość, że wracamy, i to do własnego domu, to Jarek będzie robił to, co tak uwielbia, w czym się spełnia. A ja się czuję tak, jakbym wracała do Złotopolic.

 

– Czujesz się jak panna młoda? Przecież poznaliście się właśnie na Wybrzeżu. To miejsce ma więc dla Was też wartość sentymentalną.


Anna Przybylska: Oczywiście – poznaliśmy się w Trójmieście. Ale abstrahując od tego, oboje mamy tu rodziny i oboje jesteśmy bardzo mocno z Trójmiastem związani. Zapytaj każdego, kto chociaż raz był w Gdyni czy w Sopocie, co go tutaj przyciąga. Mieliśmy taką namiastkę okna na świat, dającego poczucie wolności. Dlatego Trójmiasto, a zwłaszcza Gdynia, było dla nas, Polaków, takie ważne. I masz rację, czuję się jak panna młoda. I chociaż tak naprawdę zawsze wściekałam się na karierę piłkarską Jarka, trudno by nam było, gdyby nagle okazało się, że Jarek przestaje grać i robi kompletnie coś innego.

– Byłby sfrustrowany, nieszczęśliwy, a Ty razem z nim?


Anna Przybylska: Pewnie tak i zanim znalazłby sobie inne zajęcie, to może proza życia by nas pokonała. A tak nie musimy zmieniać naszego rytmu.

– Aniu, jaki jest związek po 11 latach?


Anna Przybylska: Wiesz co, nie zastanawiałam się nad tym. Przy trójce dzieci taki związek wydaje mi się nierozerwalny. Tyle razem przeżyliśmy, tyle podróżowaliśmy, to nas bardzo łączy. Ale czy w życiu jest coś pewnego? Nasuwa mi się na myśl przykład Louisa Armstronga, który miał cudowną żonę, a jednak ich małżeństwo się rozpadło. Mnie się jednak wydaje, że po wszystkim, co myśmy przeszli, nie ma możliwości, żebyśmy się rozstali.

– Odpukać?


Anna Przybylska: Odpukać. Chociaż ja uważam, że jesteśmy bardzo solidną firmą. Myślę też, że przy trójce dzieci nie może być takiego kryzysu czy konfliktu, którego nie dałoby się zażegnać i nie próbować się dogadać.

– Związkowi przeszkadza jednak jakaś rutyna, która zabija spontaniczność?


Anna Przybylska: U nas nigdy nie było rutyny. Wręcz przeciwnie, cały czas tęsknimy do siebie, u nas nie ma nudy. Zwłaszcza w piłkarskiej rodzinie. Ciągła zmienność. A ja, jako kobieta piłkarza i aktorka, przecież gdzie indziej mieszkam, gdzie indziej pracuję. Ale nauczyliśmy się pokonywać te trudności. I moim zdaniem już nie ma mocy, która by nas rozdzieliła.

– A nie masz poczucia, że się poświęciłaś dla kariery Jarka, że mogłaś osiągnąć dużo więcej zawodowo, ale nie było Cię długo tu, w Polsce?


Anna Przybylska: Poświęcenie? To jakaś nowomowa. Przecież to my, kobiety, walczyłyśmy o równouprawnienie i o prawa wyborcze, a nagle okazuje się, że się poświęcamy. Rodzina to poświęcenie?! Nie odpowiem ci więc, czy ja się poświęciłam, czy coś straciłam, bo to sprawy, które przemijają. Tylko rodzina jest trwała i na zawsze. Nie można porównywać jej z ulotnością kariery zawodowej.

– No dobrze, ale dlaczego wobec tego nie wzięliście nigdy ślubu?


Anna Przybylska: Bo tak naprawdę nie jest on nam do niczego potrzebny. Ten temat zresztą rozdmuchały media, dla nas on nie ma żadnego znaczenia. Przyjdzie czas, to być może weźmiemy ten ślub, ale na pewno nie dlatego, by zaspokoić ciekawość tabloidów. Nie mamy poczucia, że czegoś nam brakuje. Jesteśmy bardzo dobraną parą. A nasza statystyka w ilości miejsc zamieszkania, liczbie dzieci i sposobów godzenia pracy z życiem rodzinnym to najlepszy dowód miłości.

 

 

 

– A co odpowiesz, gdy Oliwia zapyta: „Mamusiu, czemu się nie pobraliście?”.


Anna Przybylska: Pyta. I nic się nie dzieje. Tysiące razy o to pyta i jej świat nie rozsypuje się na kawałki, nie jest dyskryminowana w szkole ani przez sąsiadów. W ogóle nie ma tego problemu.

– A Wasze mamy? Matki zwykle chcą, żeby ich dzieci żyły w usankcjonowanym prawnie związku?


Anna Przybylska: Nasze mamy są bardzo tolerancyjne, idą z duchem czasu i zupełnie im brak naszego ślubu nie przeszkadza. Nie jesteśmy przecież jedyną parą, która tak żyje.

– Ale teraz macie dom, wspólny dorobek. Może bezpieczniej czułabyś się, będąc żoną?


Anna Przybylska: Pytasz, jak kobieta z ciemnogrodu. Przecież można się prawnie zabezpieczyć inaczej. Nie trzeba mieć papierka z urzędu stanu cywilnego, jak również glejtu od Pana Boga. On i tak w żaden sposób nikogo nie zwiąże. Ludzi łączy miłość i wzajemne zaufanie. A my je mamy.

– Jarek nie jest o Ciebie zazdrosny?


Anna Przybylska: Na pewno na swój sposób jest. Ja go podziwiam, bo przecież nieustannie pracuję z mężczyznami. W większości ról towarzyszyli mi fajni aktorzy, poczynając od Czarka Pazury po – ostatnio – Michała Żebrowskiego i Kubę Wesołowskiego. I grałam odważne sceny, w których bywałam roznegliżowana. Poza tym spędzałam na planie mnóstwo czasu. Może inny facet by szalał z zazdrości. Lecz Jarek ma poczucie własnej wartości, uważa, że jest całkiem niezłym „towarem”, z czym ja się w zupełności zgadzam (śmiech). Nie dość, że przystojny, nie dość, że piłkarz, to jeszcze dowcipny.

– Ale Ty też jesteś niezła laska. Zawsze zachwycała mnie Twoja uroda.


Anna Przybylska: O, dziękuję ci. Ale wiesz co? Z tą urodą nie ma nic oczywistego i do końca życia. Nawet Cindy Crawford powiedziała, że rano nie wygląda jak Cindy Crawford. A ja rano nie wyglądam jak Ania Przybylska.

– Upływ czasu ma dla Ciebie znaczenie?


Anna Przybylska: Jasne, że ma. Przecież zaczynałam grać jako nastolatka, a teraz… Nie zawsze lubię patrzeć w lustro.

– Co Ty opowiadasz? Przecież masz dopiero 34 lata!


Anna Przybylska: Tak, ale ostrość HD jest bardzo niekorzystna dla aktorki. Postęp techniki bardzo wpływa na nasz wizerunek. Jeżeli naprawdę tak wyglądam, to dziękuję bardzo. Czasem mam poczucie, że moja kariera dobiega końca.

– W Gdyni będziesz miała blisko mamę i siostrę. Możesz podrzucać im dzieci i poświęcić więcej czasu swojej urodzie…


Anna Przybylska: Ależ ja dbam o urodę, muszę o nią dbać, bo cały czas jestem twarzą Astora. Jak sobie to wyobrażasz – być ambasadorem firmy kosmetycznej i nie dbać o urodę?! Skóra, zęby, włosy są najpiękniejszą biżuterią kobiety. To oczywiście też dar od Boga, ale należy go cały czas pielęgnować.

– Byłaś dziewczyną, a teraz jesteś kobietą. Z klasą i elegancją. Nie powinnaś mieć żadnych kompleksów.


Anna Przybylska: Nie mam ich, ale trzeba myśleć realnie i wiedzieć, kiedy z godnością zejść ze sceny. Pewnych spraw nie można w nieskończoność przeciągać. Moja przygoda z Astorem powoli zmierza ku końcowi i to nie jest żadną tajemnicą. Mówię sobie: „To była cudowna współpraca, ale swoje apogeum już osiągnęłam”.

 

 

 

– Źle to znosisz?


Anna Przybylska: Nie, nie mogę się buntować przeciwko czemuś, co jest nieuchronne. Zresztą na razie jeszcze gram matki kilkuletnich dzieci, jest więc znośnie. Nie wiem, co będę czuła, gdy obsadzą mnie w roli matki 18-letniej dziewczyny. Może to będzie dla mnie trudne do przełknięcia? Ale taka jest przecież kolej rzeczy.

– Jak, Twoim zdaniem, będzie wyglądała Wasza przyszłość? Wyobrażasz sobie siebie, Was, za 20 lat?


Anna Przybylska: Chciałabym, żebyśmy wytrzymali próbę tych okrutnych czasów. W tym konsumpcyjnym szaleństwie i internetowym szale żebyśmy mogli zachować wartości, które już dawno temu przestały się liczyć. Lojalność, przyjaźń, bliskość. Chciałabym, żebyśmy zawsze umieli się dogadać i żeby los dał nam szansę, by wspólnie wychować nasze dzieci. Ale przede wszystkim pragnę być pogodzona ze sobą, mieć pokorę, radość i optymizm.

– A nie jesteś ze sobą pogodzona?


Anna Przybylska: Póki mam rodzinę, partnera i pracę, to jestem. Pozostaje mi tylko prosić opatrzność, żebym umiała sobie z każdą trudną sytuacją poradzić. Przede mną jeszcze przecież tyle różnych wydarzeń życiowych. Gdy dzieci wyjdą z domu, pójdą na studia, poznają partnerów, a ja będę musiała znaleźć z nimi porozumienie. Nie wiem, jak się wtedy zachowam. I jaka będę. Chcę być normalną, życzliwą, a nie zrzędliwą panią w średnim wieku. Widzisz, może dlatego, że straciłam wcześnie ojca, jestem pesymistką i wolę spodziewać się najgorszego niż najlepszego. Jakby na wyrost uodparniam się na takie sytuacje. Ojciec był bardzo ważny w moim życiu. Nie chciałabym już żadnej ważnej osoby tracić.

– Zeszłyśmy na takie poważne tematy, a przecież świeci słońce, jest lato, a Ty planujesz wielki powrót. To kobieta jest odpowiedzialna za klimat domowy?


Anna Przybylska: W jakiejś sztuce padło zdanie, że mój dom jest tam, gdzie moja rodzina. Ja przez te wszystkie lata nauczyłam się ten dom organizować i to było bardzo piękne. Często z Jarkiem wspominamy nasze pierwsze mieszkanko we Wronkach, przy więzieniu. Ono było takim naszym cukiereczkiem, dwupokojowe, z maleńką łazieneczką. Tam były początki naszej wielkiej miłości. Natomiast Poznań był dla nas bardzo ważny, bo tam urodziła się dwójka naszych cudownych dzieci. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak nam się los potoczy, ale tych 11 lat upłynęło jak jedna chwila. Potem każde miejsce było dla nas bardzo istotne. A Łódź, do której długo nie mogłam się przekonać, na zawsze już pozostanie miejscem, w którym przyszło na świat nasze trzecie dziecko. Dzieci to takie nasze punkty na mapie życia.  

– Człowiek jednak musi mieć swoje miejsce na ziemi i stabilizację.


Anna Przybylska: I dlatego też czujemy ogromną ulgę, że zbliżamy się do końcowego etapu, tej, jak ją nazywasz, tułaczki. Chociaż to właśnie ta tułaczka nas ukształtowała, bez niej bylibyśmy kompletnie inni. Może nawet już nie bylibyśmy razem? To była nasza szkoła życia.

 

 


– Czujesz się teraz też tak, jakbyś wracała do swojego dzieciństwa?


Anna Przybylska: Do dzieciństwa to nie, ale mam takie momenty wzruszenia, kiedy spotykam się z dawnymi koleżankami. Naprawdę byłam pod tym względem wyposzczona. No i przestanę wreszcie ciągle czegoś szukać. Nie będę głowiła się nad tym, gdzie mam świecę do chrztu na kolejne chrzciny. Czy ona jest w Łodzi, w Gdyni, czy może w Poznaniu? Albo u mojej mamy w garażu? Ostatnio szukałam jakiejś faktury i nie pamiętałam, czy zostawiłam ją na blacie w kuchni w gdyńskim domu, czy może jednak jeszcze w Łodzi w kredensie. Koniec, tego tematu już nie będzie. Teraz ulokuję te rzeczy w jednym miejscu.

– Będziesz miała swój pokój?


Anna Przybylska: Swój, czyli taki tylko dla mnie? Nie, ja nie marzę o takim pokoju. Lubię, gdy jesteśmy wszyscy razem i chociaż dzieci mają swoje pokoje, to często śpimy w piątkę na dużym łóżku. W Łodzi w pokoju dzieci leżał na podłodze taki wielki materac i bardzo często wszyscy układaliśmy się tylko na nim. Uwielbiałam ten rozgardiasz u Oliwi i Szymka, pogryzmolone ściany z nierówno przyklejoną tabliczką mnożenia. Teraz też czekam, kiedy ten gdyński dom obrośnie takim kontrolowanym bałaganem, w którym poczujemy się wreszcie u siebie. Ja zresztą wszystko kolekcjonuję: dyktanda, rysunki, zeszyty. Mają dla mnie ogromną wartość. Kolekcjonuję też Jarka pamiątki ze wszystkich jego zgrupowań, jego koszulki piłkarskie. On już nie musi tym się zajmować.

– A kiedy właściwie się przenosicie?


Anna Przybylska: Nowy rok szkolny już będzie mnie czekał w Gdyni.  

– Myślisz, że będziesz teraz Jarka miała więcej w domu?


Anna Przybylska: Chyba nie, dokładnie będzie tak samo jak przedtem, ale weekendy będę mogła spędzać z mamą, siostrą i gdyńskimi przyjaciółmi, z którymi jestem związana od bardzo dawna. Zadzwoniła do mnie właśnie moja serdeczna przyjaciółka z liceum i mówi: „Anka, no nareszcie”. Myśmy się właściwie widywały raz, dwa razy do roku, ale teraz czuję się tak, jakby czas się zatrzymał, a my nadal jesteśmy uczennicami szkoły średniej. Mamy sobie tyle do powiedzenia. Zawsze jak się widzimy, to pękamy ze śmiechu, gdy wspominamy szkolne anegdoty. Poza tym obie mamy dzieci, więc i teraz łączą nas wspólne tematy.

– Osiądziesz tu już chyba na długo?


Anna Przybylska: Myślę, że już się nigdy nigdzie nie przeprowadzę. Po pierwsze, ze względu na dzieci. Oliwia idzie już do czwartej klasy, powinna pozostać w jednym miejscu, nie chcę szykować jej zmian.  

– Myślę, że taka przeprowadzka do pierwszego własnego domu wpłynie też na temperaturę uczuć między Tobą i Jarkiem?


Anna Przybylska: Wiesz co? Nawet słońce wpływa na koloryt życia. Nie wiem, jak to będzie, zadzwoń do mnie za rok i zapytaj. Albo ja do ciebie zadzwonię i opowiem o tych uczuciach. Bo, być może, w końcu weźmiemy ślub, a może się okaże, że jestem w czwartej ciąży? Albo się rozstaniemy? Nie wiem tego. Na pewno mamy przed sobą nowe wyzwanie. Lekcję stabilizacji. A teraz muszę już pędzić, bo umówiliśmy się z rodziną Jarka na Monciaku. On nie ma rodzeństwa, posiada za to liczne kuzynostwo. Pójdziemy na kolację, a po kolacji na tradycyjne lody, wypijemy to samo tradycyjne espresso i będzie super.   

 

 

 

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska            
Zdjęcia Iza Grzybowska/Move
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Justyna Terej
Makijaż Julita Jaskółka
Fryzury Rafał Żurek
Produkcja Ela Czaja

 

 

Więcej na temat Anna Przybylska
Przeładuj

Czy Marlena i Seweryn z "Rolnik szuka żony" naprawdę się rozstali? Zobacz ich historię miłości

zobacz 02:12