Historia miłości

Anna Maria Jopek i Marcin Kydryński: "Myślisz, że będziemy żyli długo i szczęśliwie?"

„Rzadko mamy czas pobyć we dwoje. Ale to może jest właśnie tajemnicą naszego szczęśliwego, dziesięcioletniego związku”, mówi Ania.

Kiedy Ania koncertuje, Marcin przyjeżdża tu sam. Wtedy pisze do niej SMS: „Może będziesz mnie kiedyś odwiedzać w moim domku na zakręcie rzeki, kiedy już zrobisz tę międzynarodową karierę...”


Ten dom jest naszym azylem. Tu dobrze się myśli i rzadko kiedy jest zasięg dla telefonów. Sarny, lisy, kuny, dzikie ptactwo. Próbuję z nimi rozmawiać, jak doktor Dolittle – opowiada Marcin Kydryński, spacerując po brzozowym lesie nad rzeką Liwiec. Ten kawałek ziemi kupili kilka lat temu. Wtedy jeszcze dom bardziej przypominał skład desek, niż miejsce, w którym można zamieszkać. Marcin zarzeka się, że z pozoru nie ma w nim nic nadzwyczajnego. „Meble kupiliśmy z przyjacielem od ludzi z pobliskich miejscowości. Miały iść do pieca na rozpałkę. Pomalowałem ściany na dziwne kolory, jak Frida z Mazowsza. Teraz panuje tu eklektyzm i każdy przedmiot pochodzi z innego miejsca na ziemi”.


To nie wystrój wnętrza jest jednak najważniejszy, ale atmosfera, jaka w tym domu panuje. Marcin godzinami może tu słuchać muzyki, grać, czytać i pisać teksty. Tu powstała ich poprzednia płyta „Niebo”. „Gdybyśmy byli rockową kapelą nastolatków, komentującą rzeczywistość z pierwszych stron gazet, pewnie czulibyśmy się lepiej w garażach warszawskiej Pragi”, mówi Ania. „Ale ja – dodaje Marcin – zbliżam się powoli do czterdziestki, interesują mnie raczej kwestie kondycji ludzkiej niż korupcji w rządzie, miasto mnie męczy i czuję, że tu jest moje miejsce”. Najczęściej przyjeżdża sam, kiedy Ania jest w trasie. Jeśli złapie zasięg, pisze do niej SMS-y. Ania najbardziej lubi ten sarkastyczno-żartobliwy, zaczynający się od słów: „Może będziesz mnie kiedyś odwiedzać w moim domku na zakręcie rzeki, kiedy już zrobisz tę międzynarodową karierę...”

 

Tym razem jednak Marcin przyjechał z Anią. Zależało im, by choć na jeden dzień wyrwać się z Warszawy i odpocząć po niedawno ukończonej płycie „ID”. „Rzadko mamy czas pobyć we dwoje. Ale to może jest właśnie tajemnicą naszego szczęśliwego, dziesięcioletniego związku”, mówi Ania i patrzy spod zmrużonych powiek na męża. „Ja po prostu często wyjeżdżam i jeszcze do tej pory nie miałeś okazji się mną znudzić. Błogosławiona jest ta moja praca. Bo co by było z nami, gdybyś mnie miał na co dzień?” Marcin mówi, że to chyba rzeczywiście najlepsza recepta na udane życie we dwoje. Warto się za sobą tak naprawdę stęsknić. „To nasze życie jest tak dynamiczne, nieprzewidywalne.”


Teraz Marcin z Anią stali się sobie bliżsi bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Miniony rok był dla ich rodziny wyjątkowo ciężki. Oboje stracili ukochanych ojców: Lucjana Kydryńskiego i Stanisława Jopka. Swoją najnowszą płytę dedykowali właśnie im, ale nie chcą w rozmowie kontynuować tego tematu.

Muzyka marzeń
„Gdyby nie muzyka, to musielibyśmy uciec się do pomocy tybetańskich mnichów czy najlepszych psychologów, by pogodzić się z tym, co nas spotkało. A tak mieliśmy studio wypełnione dźwiękami i siebie nawzajem. To była najlepsza, choć oczywiście tylko częściowo skuteczna terapia”, opowiada Ania. O właśnie nagranych piosenkach może mówić godzinami. Bo ta płyta jest zarazem największym wyzwaniem, szaleństwem, jak i spełnieniem, ukojeniem. Prawie wszystkie teksty napisał Marcin. On także skomponował niektóre utwory i gra na gitarach. Ania jest pewna, że gdyby nie on, taka płyta nie powstałaby nigdy. „To Marcin mnie przekonał, że warto realizować marzenia, choćby nie wiem jak szalone”. Dzięki niemu na płycie grają muzycy należący do najlepszych na świecie, których kochali od lat: Branford Marsalis na saksofonie, Richard Bona na basie, Manu Katche na perkusji, Mino Cinelu na instrumentach perkusyjnych, Tord Gustavsen na fortepianie, Oscar Castro-Neves na gitarze, Dhafer Youssef na arabskiej lutni oud. Wraca Leszek Możdżer, pojawia się Kayah. Brzmi tyle różnych języków, mieni się tak wiele kolorów. Chcieli spotkać ludzi, którzy byli dla nich w muzyce najważniejsi. Uczyć się od nich, czerpać energię, czasem po prostu być blisko. Wędrowali za nimi po całym świecie, po studiach Nowego Jorku, Londynu i Paryża. Zapraszali ich w rewanżu do Łomianek i Izabelina.


Marcinowi zależało, by cały projekt został zmiksowany w studiu Petera Gabriela, otwartym na eksperymenty, na muzykę etniczną, gęstą, dziwną. „Studio Gabriela Real World mieści się w starym młynie. Izolowane wodą, przestrzenne, wyłania się z angielskich łąk jak statek kosmiczny. Słuchanie naszej muzyki w takiej scenerii jest przeżyciem niezapomnianym. Sama obecność Petera, który okazał się niezwykle ciepłym i zrównoważonym człowiekiem, miała dla nas ogromne znaczenie”, opowiada Marcin. „Podskakiwałam przy nim jak dziecko, ze szczęścia, że mogę spotkać mistrza moich pierwszych muzycznych zachwyceń”, wspomina Ania. „Tak się w tych podskokach i zadyszanych słowach zapamiętałam, że kiedyś pożegnałam się z nim i wsiadłam do taksówki, zapominając walizek, a on – wspaniały – taszczył za mną te torby i pakował do samochodu… chyba najbardziej niezręczna, ale i zabawna, cudowna sytuacja w tym przedsięwzięciu! ”


Teraz żyją wspomnieniami tej pracy. Spacerując wśród brzóz, Ania opowiada o chwili sprzed miesiąca, dwóch, czterech. „Ta płyta jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że w przyrodzie istnieje niezrozumiała dla nas harmonia. Że tracąc tak wiele, jak w tej najsłynniejszej piosence Joni Mitchell, jednocześnie coś dostajesz”.


Ważny jest tytuł. „ID” to identyfikacja, określenie siebie, poszukiwanie własnego, odrębnego głosu w ogromnym, różnorodnym świecie wielu kultur, religii, muzycznych tradycji. Wśród tylu ras, języków, stylów, Anna Maria Jopek i Marcin Kydryński znajdują tę niszę, w której mogą zamieszkać. Czy to jazz, pop, muzyka świata, eksperymentalna, alternatywna? „Żadna z nich, mamy nadzieję, i wszystkie zarazem”, mówi Marcin. Chcą być „ponad granicami i gettami gatunków. Poza podziałami. Na przekór nim. Przeciw nim”.
Nagle, po roku – spokój. Marcin wspomina, jak jeszcze niedawno wspólnie budzili się rano i myśleli już tylko o tym, żeby synów odprowadzić do szkoły i szybko jechać do studia coś jeszcze dograć, coś poprawić. „A dzisiaj o 8.30 przed wyjazdem nad Liwiec ze zdumieniem uprzytomniliśmy    sobie, że oto mamy wolne i donikąd nie musimy się spieszyć. Poszliśmy z Anią na kawę na plac Wilsona. To był poranek doskonale, szczęśliwie zmarnotrawiony”.

Dzieci potrzebują olśnień
Do swego wiejskiego domu Marcin rzadko zabiera synów. Twierdzi, że chłopcy są zbyt energetyczni i zwyczajnie się tam nudzą. Kiedy już jednak przyjadą, to wspólnie z tatą sadzą drzewa, spacerują po lesie. Starszy syn Franio ma dziewięć lat, Staś jest dwa lata młodszy. Rodzice twierdzą, że chłopcy „różnią się od siebie jak dwie krople wody”. Franio to typ leniwego naukowca, który uwielbia zadawać dociekliwe pytania. Niedawno sam też o sobie powiedział, że przypomina tatusia, bo podobnie jak on szybko się denerwuje. Stasio jest spokojniejszy, ale za to ciągle z głową w chmurach. Pewnie dlatego rodzice nazywają go kosmitą.


„Kiedy patrzę na moich ukochanych synów, to zastanawiam się, skąd w amerykańskich filmach pojawiają się ci grzeczni chłopcy w schludnych ubraniach, którzy rzucają się rodzicom na szyję, mówią szeptem, wyznają: »Kocham cię«. Nasi chłopcy są raczej z »Władcy Much«, w stanie wiecznej wojny, jak licealiści. Zastanawiam się, co to będzie, kiedy naprawdę staną się zbuntowanymi nastolatkami?”, zastanawia się z uśmiechem Marcin.


Obaj już teraz chodzą do szkół muzycznych, a rodzice dbają jak mogą, żeby zdobyli takie wykształcenie, jak kiedyś Ania. „Dzieci potrzebują w życiu olśnień. Ja przeżyłam je kilkakrotnie przede wszystkim dzięki memu ojcu. Z dzieciństwa pamiętam jego okrzyk: »Ania do grania!« I mimo że często się buntowałam, wiem, że nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie on”. Ania zamyśla się na chwilę. Wspomina, jak uczyła się do klasówki z biologii. Tata niespodziewanie wszedł do jej pokoju i powiedział: „Ubieraj się, idziemy do opery”. „Protestowałam wtedy i mówiłam, że muszę się uczyć, ale tata powiedział, że już za kilka tygodni nie będę pamiętała, jaki stopień dostanę z klasówki, a »Carmen« zapamiętam sobie do końca życia”.


Mimo że w domu nad Liwcem chłopcy są rzadkimi gośćmi, obok wielkiego łóżka z moskitierą, należącego do rodziców, stoją dwa mniejsze i zawsze na nich czekają.

Żyć długo i szczęśliwie
Jeszcze wiosna nie rozgościła się na dobre w ich wiejskiej posiadłości. Momentami wieje chłodny wiatr. W trakcie jednego ze spacerów spada nawet deszcz. Ania szybko ucieka do domu. Tam zaparza aromatyczną zieloną herbatę z cytryną. Razem z Marcinem zastanawiają się, co by było, gdyby przeoczyli siebie nawzajem. „Na poprzednią płytę Ani napisałem tekst »A gdybyśmy się nigdy nie spotkali?« Pracując nad nim, nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Na szczęście”. Płyta „Niebo” była samymi pytaniami, w „ID” siłą rzeczy więcej jest odpowiedzi. Prostych, bo o nie najtrudniej.


Niewiele brakowało, by jednak się minęli. Kiedy Ania kilkanaście lat temu wysłała Marcinowi do radia płytę z nagraną przez siebie piosenką „Cry me a River”, usłyszała przez pośrednika, że powinna dać sobie spokój ze śpiewaniem.


Decydujące spotkanie miało miejsce w radiowej „Trójce”. Ania śpiewała tam w koncercie kolędowym, a Marcin, przysłuchując się temu, zrozumiał, że ma do czynienia ze wspaniałym muzykiem. Wtedy postanowili, że razem nagrają całą sesję. Kiedy rozpoczęli pracę nad płytą, która miała stać się albumem „Szeptem”, byli zaledwie kolegami. Kiedy się ukazał na rynku, byli już małżeństwem i rodzicami miesięcznego Frania.


„Dla mnie najważniejsze jest to, że po tych dziesięciu wspólnych latach czuję się z Marcinem bardziej zżyta niż kiedykolwiek. Najgorsze bowiem, co może spotkać dwoje ludzi, to moment, kiedy jedno z nich budzi się nad ranem i pyta samego siebie, kim jest ta obca osoba, która leży obok”, dodaje Ania. Marcin jest dla niej mężem i ojcem jej synów, opiekunem i przyjacielem. „Pomógł mi uwierzyć w siebie nie tylko pod względem muzycznym. Byłam ze sobą niepogodzona. Nie potrafiłam o niczym zdecydować, nie podobało mi się, jak wyglądam i jak się zachowuję. A Marcin z tym moim niezdecydowaniem umiał sobie radzić. Dzięki niemu w końcu dobrze poczułam się we własnej skórze. A to jest dla mnie wspaniałe doświadczenie. Znajduję swoje ID”. I właśnie taka Ania, pewna siebie i swojej kobiecości, najbardziej podoba się Marcinowi.
„Ciekawe, że moja żona z każdym rokiem podoba mi się coraz bardziej. Mimo swojej pasji do dziwnych nakryć głowy. Bałem się, że w życiu jest inaczej, że ten licealny zachwyt nad czystą fizycznością nieuchronnie mija po kilkunastu miesiącach zaledwie, a tymczasem u mnie fascynacja Anią rośnie każdego dnia. Dziwne. Dziesięć lat to przecież szmat czasu, zwłaszcza u par na okładkach pism ilustrowanych, prawda? ”, śmieje się.


Nagle ściany ich drewnianego domu rozświetla słońce. Ania wychodzi i wdycha świeże powietrze. Na ciemnym niebie, nad bezkresnymi, złotymi polami pojawia się tęcza. „Doświadczyliśmy kruchości życia i teraz staramy się nie roztrwonić żadnej danej nam sekundy”, mówi Ania. „Ja – dodaje Marcin – mam często dni, kiedy paraliżuje mnie lęk. O chłopców, o nas, o świat, który na przestrzeni tych ostatnich kilku lat oszalał już kompletnie. I kiedy Ani nie ma przy mnie, piszę do niej: »Myślisz, że będziemy żyli długo i szczęśliwie?« Nawet jeśli odpowiedź nie przychodzi natychmiast, to wiem, że Ania w końcu powie: »Tak. Właśnie tak myślę«. A ja wierzę jej zawsze”.

Tekst Iza Bartosz
Zdjęcia Jacek Poremba
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Gonia Wielocha
Fryzury Freak/Dotyk SPA
Produkcja sesji Elżbieta Czaja

Newsy
Marcin Wrona. Witaj Ameryko!
Co niedziela elektryzował telewidzów, prowadząc „Pod napięciem” w TVN. Emocje budził i program, i on sam. Psychopata planował zamach na jego życie. Dziennikarz z rodziną odnalazł spokój w Stanach Zjednoczonych i choć tam niemal na oczach dziennikarki VIVY! padł ofiarą przestępstwa, cieszy się każdym dniem w roli korespondenta TVN w Waszyngtonie.

Uwielbiam Stany! To miejsce, gdzie człowiek może naprawdę wszystko – z rozmarzeniem opowiada Marcin Wrona, korespondent TVN-owskich „Faktów”, spacerując wzdłuż Pensylvania Avenue w Waszyngtonie. „To miejsce jest... jest... O rany, nie, to niemożliwe! Ukradli mi samochód”. Tak zaczęła się nasza przygoda z Marcinem Wroną w Ameryce. Wrona stał przy pustym miejscu po starym, ale ukochanym aucie i z niedowierzaniem powtarzał, że to niemożliwe, nie w jego Ameryce. Ponad godzinę czekaliśmy na siarczystym mrozie na policjanta, a Marcin pytał sam siebie, czemu zdarzyło się to akurat teraz. „I co?”, pyta. „Będziesz miała niezły początek?” Witaj, Ameryko! Wrona przyjechał do Waszyngtonu przed Bożym Narodzeniem. Po kilku tygodniach sprowadził żonę Olę i córeczkę Marysię. Pierwsze dni na obczyźnie były trudne, trzeba było jak najszybciej znaleźć dom, sprowadzić rzeczy, znaleźć przedszkole dla Marysi. Okazało się, że korespondent nie jest osobą, która dostaje wszystko na tacy. Jeśli chce coś zdobyć, musi to zrobić sam. Równolegle z układaniem sobie życia w Ameryce musiał pracować, nagrywać pierwsze newsy, śledzić sprawę tarczy rakietowej i wiz dla Polaków. „W Polsce, jak robisz temat do »Faktów«, to umawiasz rozmówców na rano, jedziesz od jednego do drugiego i przygotowujesz materiał”, opowiada Wrona. „Tutaj zajmuje to co najmniej trzy dni”. Ale Wrona nie zraża się do Ameryki. Najważniejsze, że jest w centrum świata. I że jest tu z ukochanymi kobietami. Koresponduje i gotuje Ola, żona Marcina, zapisała się w Waszyngtonie na studia z projektowania wnętrz. Na razie nie ma pozwolenia na pracę, a nie nadaje się do roli „zdesperowanej gospodyni domowej”. Ich mała córeczka właściwie nie potrzebuje niani,...

Newsy
Stefano Terrazzino: "Osiądę gdzieś na Sycylii z liczną rodziną"
Historia poczęcia Stefano Terrazzino jest tak romantyczna, że słowa same układają się w wiersze... Rodzina Terrazzino i rodzina Giglio sąsiadowały ze sobą od lat. On, Antonio, był przystojnym młodzieńcem o czarnych oczach, ona – Giovanna – śliczną dziewczyną. Antonio spacerował pod oknami Giovanny całymi godzinami, ona zakochana pąsowiała na jego widok.

Miłość ta mogłaby latami zostać niespełniona, bo dziewczyna miała zaledwie 16 lat, ale szczęśliwie ciotka Pippina dyskretnie zostawiła kochankom klucze do swego domu i wyszła na długi spacer. „Kiedyś rodzice pokazali mi ten dom, miejsce, w którym zostałem poczęty”, opowiada Stefano. „Oczywiście w tamtych latach ciąża u 16-letniej dziewczyny, bez ślubu, była czymś karygodnym. Dziadkowie uradzili, że młodzi muszą się pobrać, i to natychmiast”, opowiada. Kilka miesięcy później młodzi państwo Terrazzino wyemigrowali do Niemiec. Osiedli w Mannheim, gdzie już czekała część rodziny, i tam urodził się Stefano. Jednak tancerz zapewnia: „Chociaż wychowałem się w Niemczech, każdego roku jeździłem do rodziny na Sycylię, spędzałem tam długie miesiące, żyjąc wesołym, głośnym włoskim życiem”. Rodzice Stefano pochodzili z ubogich rodzin. Jego mama musiała zajmować się swoim młodszym rodzeństwem, ponieważ jej matka nigdy nie doszła do siebie po stracie trójki dzieci. Ojciec jako dziecko pracował w polu, zdarzało mu się spać w stajni ze zwierzętami. Może dlatego starali się swojemu ukochanemu synkowi zapewnić dobre życie. Lepsze niż to, które było ich udziałem. Stefano kontra Alessandro Terrazzino wciąż się uśmiecha. Opowiada z rozanieleniem o włoskiej kuchni, którą uwielbia, tym bardziej że jego tata jest kucharzem, a także o swojej licznej rodzinie. Stefano ma dwóch młodszych braci – Vincenza i Marco. Śmieje się, że wcale nie chciał mieć takiego „starodawnego” imienia. Niestety, jego włoska rodzina zmusiła rodziców, by – zgodnie z tradycją – pierwszemu wnukowi nadać imię po dziadku. „Mama wolała Alessandro. Ja też wolałbym Alessandro, ale rodzina taty uparła się, że wnuk będzie Stefano. Przyjechali do szpitala i urządzili awanturę we włoskim...

Newsy
Karolina Malinowska i Olivier Janiak: Najpiękniejsze słowo świata "MY"
Para o szczęściu, miłości i rodzinie

Praga. Dochodzi 22. W drzwiach salonu połączonego z kuchnią wita mnie Karolina i cavalierka Fany. Z miękkiego światła wyłaniają się książki, obrazy, bibeloty, wygodny fotel, kwiaty i mnóstwo dziecięcych zabawek. Olivier jest na piętrze, usypia dzieci: pięcioletniego Fryderyka, trzyipółletniego Christiana i rocznego Juliana. Dziś wyręcza żonę, bo Karola miała lekki macierzyński kryzys. „Od rana byłam z chłopakami sama – tłumaczy się speszona – co chwilę: mamci, mami, mama… albo płacz. Pod wieczór ogarnęło mnie totalne wyczerpanie, nawet nie fizyczne, tylko psychiczne”. Kiedy Olivier dołączy do nas po półgodzinie, powie: „Opieka nad tyloma dziećmi to hardcore. W pierwszych latach kobieta rezygnuje z 90 procent siebie, a te 10, co jej zostaje, to na sen. Dlatego tak was podziwiam, drogie panie. Bo choć wydaje mi się, że potrafię być zaangażowanym ojcem, to nigdy nie będę tak dobrym ojcem, jak moja żona potrafi być matką”. Byłam pod wrażeniem. Vespa i urodziny Niedawno pan domu świętował 40. urodziny. „Trudno jest coś fajnego ofiarować mężczyźnie, który teoretycznie ma wszystko, a jak nie ma, to może kupić”, opowiada Karolina, nalewając mi zimnej wody do szklanki. Niegazowanej, innej nie piją. „Dlatego wymyślenie prezentu na 40. urodziny dla Oliviera było wyzwaniem. Skuter, czarna vespa, najnowszy model, przyjechał w sobotę rano, w dniu urodzin. Wyglądał imponująco do momentu, kiedy nagle zamknęła się na nim brama garażowa, bo dostawca… się zagadał. Zmiażdżona vespa odjechała do wymiany. Oli dostał tylko kluczyki i kask. Powiedziałam: »Kochanie, reszta w poniedziałek, żeby cię nie kusiło«, bo wieczorem organizował imprezę urodzinową na 250 osób”. Korzystam z tego, że jesteśmy same: „Czułaś lęk, kiedy myślałaś, że mąż...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner