Mówiła: „Świetny aktor i tancereczka.To się nie może udać”. Co więc sprawiło, że znów są razem?

– Do tańca trzeba mieć dystans?

Powinno się mieć. Do tańca jako sztuki, ale i do zawodów, rywalizacji. O dystansie można powiedzieć dopiero wtedy, gdy już przestaje się tańczyć i ogląda się jako widz albo juror.

– A nie nabiera się dystansu, gdy urodzi się dziecko?
To też. Do tej pory wszystko bardzo przeżywałam. Każdą porażkę. Były takie chwile, gdy nie czułam się dowartościowana. I nawet nie mogłam sobie powiedzieć: dość, bo od tańca człowiek się uzależnia jak od narkotyku. Przegrana może złamać. Ale kiedy urodziła się Julka, taniec przestał być najważniejszy. Zrozumiałam, że ja już nie muszę nikomu nic udowadniać. Zobojętniało mi, czy wejdę do finału mistrzostw świata, czy nie, zawsze znajdzie się ktoś, komu mój taniec nie będzie się podobał.

– I tak przypadek zaważył na Twoim stosunku do świata?
 To nie był przypadek... Ja od dawna marzyłam o dziecku, rodzinie. Czułam, że nic nie ma sensu, jeśli nadal będę żyć tak, jak żyłam. Za takie myśli pewnie odpowiedzialna jest biologia, jej zegar. A ja już bardzo czułam go w sobie.

– Bo na wszystko przychodzi właściwa pora?
Tak. Strasznie długo było mi pod górkę. Z moim partnerem Marcinem Wrzesińskim tańczymy już 10 lat. Przez pierwsze dwa lata nie mieliśmy sukcesu. I nie wiedzieliśmy, jak po ten sukces iść. I gdzie. W pewnym momencie poczułam, że taniec nie przynosi nam żadnej radości, za to kosztuje dużo nerwów i pieniędzy. Nawet nasz trener Arek Pavlović był bezsilny. I nagle otrzymałam propozycję wzięcia udziału w programie „Taniec z gwiazdami”. Wpadliśmy też na pomysł zrobienia show. Piotr Galiński stworzył nam wspaniałą choreografię. Wtedy uwierzyłam w siebie, w swoje możliwości, mimo że w uszach jeszcze brzmiały mi krytyczne, bezlitosne uwagi, jakie usłyszałam wcześniej. To mnie podbudowało, pomogło się pozbierać i dostrzec, że mam swój styl, osobowość.

– Silną, jak rozumiem. A pisano o Tobie jako słabej, ofierze pewnej sytuacji, młodej, naiwnej, która dała się wykorzystać.
W tańcu?

– Ogólnie w życiu.
To nieprawda. Nie należy wierzyć tabloidom. Przede wszystkim mam już 29 lat i daleko mi do naiwności. Jestem straszną siłaczką, spartanką. Tyle było w moim życiu przeciwności, a ja sobie jakoś poradziłam. Pamiętam, że nie miałam pieniędzy na taniec, ale dzięki swojej determinacji i pomocy pierwszej trenerki, pani Beaty Barton, zaczęłam pracować. Miałam 14 lat, ale już pomagałam jej w prowadzeniu zajęć tanecznych, kiedy była w ciąży, dorabiałam w drukarni, introligatorni, piekarni, lodziarni. I zarabiałam. Kiedy pierwszy raz pojechaliśmy z Marcinem szkolić się do Londynu, moja mama pożyczyła pieniądze, które spłacaliśmy potem przez trzy lata. Marcin sprzedał za bezcen komputer. Zamieszkaliśmy w budynku w stanie surowym, spaliśmy na łóżku, z którego jedno z nas spadało, gdy przestało się trzymać drugiego. Na zajęcia dojeżdżaliśmy rowerami nawet w zimie. Codziennie płakałam, ale zaparłam się, że muszę to przetrzymać.

– Twój partner taneczny był też partnerem życiowym?
Tak. A rozstaliśmy się między innym z powodu braku sukcesu. Na mistrzostwach Polski liczyliśmy na finał, a zostaliśmy w ćwierćfinale. To był dla nas szok. Zaczęliśmy się obwiniać. I przestaliśmy dbać o nasze uczucie. Ale mimo że nie byliśmy już razem, nigdy się na nim nie zawiodłam. Do dziś jest dla mnie bardzo ważny i potrzebny – mam nadzieję, że ja jemu też. Teraz razem prowadzimy szkołę tańca.

– Gdy zaczęłaś tańczyć z Piotrem Gąsowskim, dawałaś mu wielki wycisk?
Z trudem, ale dotarło do mnie, że nieważne, jak ktoś tańczy, tylko czy telewidzowie go lubią. Piotr powiedział, że on nawet nie będzie udawał tancerza, że zostanie po prostu Piotrem Gąsowskim. A ja po Witku Paszcie – moim pierwszym partnerze z „Tańca z gwiazdami”, którego zakatowałam niemal na śmierć – byłam już mądrzejsza. Poszliśmy więc na pełen spontan. Bardzo oboje żałowaliśmy, że odpadliśmy. Na szczęście pożegnaliśmy się z widzami w ładnym stylu walcem angielskim.

– Wtedy między Wami już iskrzyło?
 Tak. Oczywiście broniliśmy się przed tym, ale gdy się z kimś tańczy, wyzwala się bliskość. U nas doszła jeszcze chemia. Jeśli jej nie ma od pierwszego dotknięcia, spojrzenia, taniec staje się rzemiosłem. Myślę, że dla nas ten taniec był jakby przebudzeniem.

– Z czego?
Piotr dość długo po rozstaniu z Hanią żył dla siebie. Myślę, że był bardzo samotny, zgubił azymut. I szukał sensu życia w różnych związkach, podróżach. Ale nie chcę o tym mówić. To wyłącznie jego sprawa. Ja też byłam samotna.

– Mimo tańca?
Ależ w tańcu jest się strasznie osamotnionym. Tu nie ma miejsca na przyjaźnie, bo za chwilę twój przyjaciel staje się rywalem. Cały czas trzeba się ścigać, a wyścig jest właśnie samotny, bo to ja mogę popełnić błąd, ja mogę gorzej wyglądać, mnie w danej fryzurze jest nie do twarzy. Partner też ma swoje rozterki, problemy i wymagamy od siebie coraz więcej. A to rodzi niesnaski.

– Poszukiwanie miłości bierze się z osamotnienia?
Ta gotowość do miłości na pewno. Ja po Marcinie miałam jeszcze dwa związki, ale nie utrzymały się. Nie byłam pewnie jeszcze gotowa ani dojrzała. A tu właśnie w „Tańcu...” spotkałam dojrzałego mężczyznę, który był na tyle silny, by wprost powiedzieć: kocham swojego syna, pracę i jestem z tym szczęśliwy. To zrobiło na mnie wrażenie, bo ja też kochałam taniec – to był mój mąż, kochanek, dziecko, wszystko. A jednak nie byłam szczęśliwa. Spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu. To Piotr zabrał mnie pierwszy raz na sushi, na turniej golfowy. Namówił mnie na pierwsze od dziewięciu lat wakacje. Przedstawił mnie swoim przyjaciołom, pokazał inny świat. On chyba też od dawna nie miał okazji spędzić z kobietą tyle czasu, poznać jej, odkryć się przed nią.

– Bez tańca to byłoby niemożliwe?
Myślę, że tak, bo taniec ujawnia nasze słabości. Poza tym byliśmy sobą zainteresowani. Ja jego, a on moim światem. Dużo rozmawialiśmy o wszystkim. I on słuchał tego, co mówiłam. To jest niesamowite, że chciał wiedzieć o mnie wszystko. Mało kto chce nas tak uważnie wysłuchać. Piotr po prostu lubi ludzi, jest ciekaw, co myślą. Ale i tak zawarliśmy układ, że to tylko praca, wakacje na koloniach od normalnego życia. Że kolonia się skończy i rozejdziemy się – każde w swoją stronę. Bo nie mamy szans – on, świetny aktor, i tancereczka.

– „Tancereczka”? Jakiś kompleks?
Nie, zdaję sobie tylko sprawę z tego, że taniec nie jest dziedziną, bez której nie można żyć.

– Stało się jednak inaczej?
Los zadecydował za mnie. Zaszłam w ciążę! I zdałam sobie nagle sprawę, że co innego cieszyć się takim cudem i szczęściem u innych, a co innego, gdy to dotyczy ciebie. Nie wiedziałam, czy nasz związek przetrwałby bez dziecka. I czy on tego pragnie? W dodatku zachorował i strasznie cierpiał. To nie była najlepsza pora na życiowe decyzje.

– A tu taka poważna sprawa jak dziecko.
W tym momencie poczułam, że kończy się kolonia i trzeba wrócić na ziemię. Myślę, że sobie nie najlepiej poradziłam z tym wszystkim.

– Strach?
Przeraziłam się. Próbowałam wziąć to wszystko na siebie i znowu poczułam się strasznie sama. Nie chciałam, żeby Piotr myślał, że po prostu wpadł i znajduje się w matni. Powinien podjąć decyzję samodzielnie, a nie pod presją. Postanowiłam więc, że jako osoba bardzo niezależna będę o tę niezależność walczyła i że muszę wziąć się w garść i poradzić sobie sama.

– Jak zawsze?
Jak zawsze. Ale nie do końca. Mam szczęście do ludzi. Wokół mnie znalazło się wiele ciepłych, dobrych i mądrych dusz. Zawsze też mogłam liczyć na moją kochaną mamę. I bardzo chciałam mieć tę istotkę. Czułam, że we mnie rośnie kruszynka, dla której będę mogła żyć. Chyba tak się dzieje u wielu kobiet, skoro w ciąży dostają nadludzkiej siły? Powiedziałam sobie, że na przekór wszystkiemu muszę być zdrowa, uśmiechnięta, wyspana, zacisnąć zęby.

– Nie rozłożyłaś odpowiedzialności na dwoje?
Nie. Wręcz odwrotnie – do ostatniego dnia przed porodem prowadziłam zajęcia w mojej szkole. Łatwiej mi z tym było, niż leżeć w domu i rozmyślać. Poza tym musiałam zawsze mieć swoje pieniądze.

– Byłaś gotowa zaakceptować każdą jego decyzję?
Każdą. Ponadto w ciąży zrobiłam się płaczliwa, a nie chciałam tymi smutkami sprawiać nikomu przykrości. A potem urodziła się Julka, piękna, zdrowa.

– I stał się cud?
Narodziny są cudem. Nic nie może się z nimi równać. I w ogóle stał się cud, bo doszło do poważnej rozmowy między nami. Piotr wpadł do szpitala o 22, jadąc gdzieś, zajrzał po drodze zobaczyć małą. I wtedy…

– Wtedy się wściekłaś?
O rany, wszystko we mnie wybuchło. Byłam jeszcze słaba po cesarce i 23-godzinnym porodzie. Byłam taka zmęczona, że nie miałam siły na jakąś kontrolę, gierki. Szczerze więc wylałam z siebie wszystko, co czułam, jak mi było źle, jak ciężko. I że jestem taka niepewna, co będzie, nie wiem, czy on chce być z nami, czy nie. Czy nas kocha. Że muszę wiedzieć, jak dziecko będzie się nazywało: Głogowska czy Gąsowska.

– Jest Julia Gąsowska?
Oczywiście! To były moje niepotrzebnie skrywane obawy. Piotr nie ingerował w moją postawę, bo byłam taka twarda, taka ciągle na baczność. Nie zdawał sobie sprawy z moich uczuć, bo wydawało się, że nic mnie nie rusza. Mówiłam: wszystko jest dobrze, idź sobie, załatwiaj swoje sprawy, baw się. On zawsze był taki zabiegany, spotykając się ze mną, zwykle odbywał dziesiątki zawodowych rozmów przez komórkę. Nie chciałam go więc ograniczać, a on nie chciał ograniczać mnie. My oboje jesteśmy bardzo niezależni. Nas nie da się trzymać na smyczy. Jak Piotr chce zostać na imprezie do rana, to zostaje. A ja wracam do domu, bo jestem śpiąca. I nie mam mu za złe, że on nie wraca ze mną. Z show kończącego tę edycję „Tańca...” wyszłam dużo wcześniej. Na pewno napiszą, że już się rozstaliśmy.

– Tym się w ogóle nie przejmuj. Julka bardzo zmieniła Wasze życie?
Kompletnie. To mój największy skarb. Nie pamiętam już, jak było bez niej. Biegnę do niej, a myślami jestem przy niej cały czas. Czuję, jak mi wzbierają piersi, tęsknię za nią – ten łepek, te łapeczki, ten buziaczek.

– Piotr też jest w niej zakochany?
Bardzo! Jej nie można nie kochać. I jest taka podobna do taty.

– Czujecie się już rodziną?
Z każdym dniem coraz bardziej. Na pewno jest to rodzina wyjątkowa, składająca się z samych osobowości. Mieszkamy razem – przeprowadziłam się do Piotra.

– Jedno jest pewne – będziecie związani do końca...
Tak, Julka będzie nas wiązała, niezależnie od tego, czy zostaniemy razem, czy nie.

– Liczysz się z tym, że nie?
Nie jest łatwo oprzeć się mężczyźnie tak inteligentnemu i pełnemu uroku jak Piotr. Ciągle otacza go tłum atrakcyjnych kobiet. Sama też nie jestem święta (śmiech).

– Ale to Ciebie wybrał.
Tylko że czuję się jeszcze taka niedoświadczona, jeszcze tylu rzeczy nie wiem, nie umiem rozmawiać ani postępować z mężczyznami jak mądra dojrzała kobieta.

– Dojrzałość nabywa się z wiekiem.
Tak. Dlatego nie popadam w kompleksy. Na razie trenuję taniec, realizuję się w nim. I mam Julkę – cudowne uczucie. A z Piotrem staramy się ukraść każdą minutę, by wspólnie zjeść coś, by poczuć się rodzinnie, podzielić obowiązkami. Myślę, że nam obojgu potrzeba było jakiegoś uporządkowania.

– Czy Kuba, 12-letni syn Piotra z poprzedniego małżeństwa, zaakceptował siostrzyczkę?
Od razu. Potrafi godzinami się jej przyglądać, mówić do niej. Jemu nie chce się od nas wychodzić, tak Julka go fascynuje. Podejrzewam, że gdyby w swoim czasie nie zaakceptował mnie, sytuacja byłaby bardzo trudna. Nie jestem pewna, czy bylibyśmy wtedy razem. Poza tym pewnie ma znaczenie, że bardzo lubimy się z Hanią – mamą Kuby.

– Nie uważasz, że ktoś za nas wszystko planuje?
Zastanawiam się nad tym. Gdyby nie taniec, którego zaczęłam się uczyć, mając 12 lat, moje życie ułożyłoby się całkiem inaczej. A tak wszystko ma swoje konsekwencje.

– To słynny efekt motyla?
Machnął gdzieś skrzydełkiem i fale od tego machnięcia zagarnęły mnie jak lawina. Moje życie dopiero teraz się zaczęło – tak czuję.
I naprawdę strasznie się cieszę, że ten motyl tak się zamachnął.

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Iza Grzybowska/MAKATA
Stylizacja Michał Kuś
Makijaż i fryzury Paweł Bik/ARTDECO
Scenografia Piotr czaja
Produkcja sesji Elżbieta Czaja

Więcej na temat Anna Głogowska Piotr Gąsowski