Party Stories
Doda z mężem Emilem Stępniem
Krystian Ferretti z "Hotel Paradise 3"
Anita Werner
Robert Wolański
Wywiady Piotra Najsztuba

Anita Werner – Niemoralne rozmowy

„Prowadząc rozmowy w TVN24, myśli Pani: jaki mam fajny biustonosz?”, „Czy występuje u Pani potrzeba wielkiej namiętności?” Najsztub pyta, a Anita Werner... się czerwieni.

– Pani jest naprawdę taka poważna?
Anita Werner:
Nie.

– To po co ta poza?
Anita Werner:
To nie poza.

– Poważna, bo dziennikarz musi być poważny?
Anita Werner:
W naszej pracy nie ma specjalnie z czego się śmiać.

– Jak to? Sami w sobie jesteśmy śmieszni, groteskowi i od pierwszego do pierwszego – opisujemy świat, który jest śmieszny i groteskowy.
Anita Werner:
Tylko ta śmieszność i groteska jest w konflikcie z powagą spraw, którymi się świat czasami zajmuje, a nasza groteskowość – z poważną materią, którą się zajmujemy.

– I to ma być poważne?
Anita Werner:
Ma duży wpływ na ludzi. A czy ja jestem poważna...? Jeżeli zapytałby pan o mnie kolegów z „Faktów”, to myślę, że ten przymiotnik byłby ostatnim, który przyszedłby im do głowy.

– To od której do której jest Pani w tej poważnej pracy?
Anita Werner:
Od 9 do czasami 17, 20, 22. Ale nie jestem z tych, którzy żyją po to, żeby pracować.

– Dobrze zrozumiałem, 90 procent czasu spędza Pani w pracy, ale nie jest osobą, która żyje po to, żeby pracować?
Anita Werner:
Nie 90 procent. Mam jeszcze strasznie dużo czasu na to, żeby być z osobą mi bliską, sprawdzić, co słychać u mojego taty, i potrenować trzy razy w tygodniu po dwie godziny na siłowni.

– Czemu siłownia?
Anita Werner:
Bo to dobrze robi na głowę.

– Jest jakiś problem z głową?
Anita Werner:
Nie, właśnie dlatego, że trenuję. Mamy w sobie pokłady takiej mocy, która w sytuacjach stresowych może się skończyć agresją. Przerobiona na wysiłek fizyczny robi dobrze. Uwielbiam to dobre, sportowe zmęczenie.

– Jedźmy dalej w poszukiwaniu uśmiechu Anity Werner. My, dziennikarze, jesteśmy częścią świata rozrywki, zarabiamy gadaniem, dlatego chyba powinniśmy się w pracy uśmiechać?
Anita Werner:
Ale ja bardzo często uśmiecham się na co dzień. O, teraz na przykład... Sam pan widzi. Bardzo to jest miłe uczucie. I staram się dawać ludziom, oprócz tego, że opowiadam im świat w pewnym sensie – bo tak traktuję naszą pracę – dawać jak najwięcej ciepła. Ale tylko kiedy jest do tego dobry czas, a on nieczęsto się zdarza, jak rozmawia się o gospodarce albo życiu wewnętrznym partii.

– Pani nawet jak mówi „ciepło”, to z takim smutnym zabarwieniem.
Anita Werner:
O mój Boże, mogę zrobić gwiazdę, OK?

– A co to jest gwiazda?
Anita Werner:
To jest takie ćwiczenie, które kiedyś w przedszkolu robiłam – noga, ręka, ręka, noga.

– A, i człowiek się obraca.
Anita Werner:
Tak. Z tego na pewno wszyscy byśmy się tu uśmiali. Strasznie mnie pan wbija w buty nostalgicznej, wyciszonej, romantycznej i sentymentalnej, smutnej chyba osoby. Jestem teraz po prostu bardzo spokojna, dlatego spokojnie z panem rozmawiam.

– Może to niepotrzebny spokój... Może trochę niepokoju by Panią ożywiło?
Anita Werner:
Właśnie mnie on jest bardzo potrzebny, daje mi dużo dystansu. Trochę lat potrzebowałam, żeby zrozumieć, jak jest ważny. I jaką wartością jest bezpieczny port.

– Co jest tym portem?
Anita Werner:
Ważna osoba, dobrze poukładane priorytety.

– Ale też brak gorączki marzeń?
Anita Werner:
Nie, trzeba marzyć, bo inaczej byłoby smutno.

– Marzyć czy fantazjować?
Anita Werner:
Fantazjowanie jest na krótko, marzenia dają poczucie długoterminowości, że kiedyś można je spełnić.

– Ostatnio się jakieś spełniło?
Anita Werner:
Marzenia mogą być takie bardzo codzienne i przyziemne albo prawie nieosiągalne i odległe.

– Zacznijmy od przyziemnych.
Anita Werner:
Przyziemne ostatnio mi się spełniło, bo po ponad roku byłam na tygodniowych wakacjach na nartach.

– O wakacjach trzeba marzyć, a nie po prostu na nie pojechać?
Anita Werner:
Można na nie po prostu pojechać, pod warunkiem że priorytety na to pozwalają, a przez rok nie pozwalały.

– Może nie wyjeżdżała Pani na urlop ze strachu, że jak zniknie na tydzień, to po powrocie jej miejsce będzie zajęte?
Anita Werner:
To w ogóle nie jest moje myślenie, nie ma ludzi niezastąpionych, dadzą sobie radę beze mnie podczas tych dwóch tygodni.

– A marzenia bardziej odległe?
Anita Werner:
Nie chcę, żeby to zabrzmiało banalnie, ale zdrowie, święty spokój...

– Na razie jest dosyć banalnie...
Anita Werner:
Tak mówię, bo już w swoim życiu sporo się napatrzyłam na ciężkie choroby i śmierć w rodzinie, żeby mieć inne marzenia na pierwszym miejscu. Więc zdrowie i święty spokój, bo to mi da możliwość spełnienia marzeń...

– A co z marzeniami, które to zdrowe życie wyniosą na inny poziom?
Anita Werner:
Podróże, bardzo bym chciała jeszcze sporo świata zwiedzić.

– Samotnie czy z mężczyzną?
Anita Werner:
Fajnie jest zwiedzać we dwoje, lubię się dzielić doznaniami, nie jestem samotnikiem-podróżnikiem.

– Marzenia więc spełnialne. A występuje u Pani potrzeba jakiejś wielkiej namiętności, nawet niekoniecznie może to być mężczyzna, choć polecam, namiętności, w której człowiek się zatraca? Chociaż Pani chyba nie lubi się zatracać...
Anita Werner:
Nie, to chyba nie jest element mojej osobowości. Choć podczas mojego ostatniego wyjazdu na narty zobaczyłby pan w moich oczach dzikość, pasję i szaleństwo.

– A Pani wygląd jest Pani namiętnością, dużo Pani o nim myśli?
Anita Werner:
Nie.

– Bo ma Pani przekonanie, że wszystko z nim dobrze, więc nie ma sensu się tym zajmować?
Anita Werner:
Bo szkoda mi na to czasu. Ostatnio słyszałam, jak jeden z polityków powiedział, że kiedy stoi przed lustrem, to myśli, że mógłby parę rzeczy zmienić... Nie mam takich myśli. Mam małą namiętność w postaci kupowania dwóch rzeczy – butów i bielizny.

– Ile ma Pani par butów?
Anita Werner:
Sporo, nie liczyłam.

– 50, 30?
Anita Werner:
Na pewno mniej niż Monika Olejnik. Może trochę więcej niż 30.

– A kompletów bielizny?
Anita Werner:
Też dużo, w połowie nie chodzę.

– Kobiety wielką wagę przywiązują do bielizny, rzeczy, której nie widać, którą może zobaczyć tylko ten wybrany mężczyzna lub kilku wybranych mężczyzn. Dlaczego?
Anita Werner:
Nie mam pojęcia.

– Jak Pani ma na sobie fajną bieliznę i tylko Pani o tym wie, to ma lepsze samopoczucie?
Anita Werner:
Mam przyjemność z samego faktu, że coś dobrze „pasuje” z moją skórą, natomiast nie siadam na fotelu, na kawie z mężczyzną, i nie myślę, jaką mam na sobie bieliznę...

– A prowadząc „Fakty”... Nie myśli Pani: jaki mam fajny biustonosz, szkoda, że te miliony telewidzów tego nie widzą?
Anita Werner:
Zmartwię pana, tak też nie jest.

– Jaką bieliznę lubi Pani najbardziej? Bardziej arystokratyczną, bardziej wyzywającą, koronki, jedwab?
Anita Werner:
Co pan z tą bielizną? Różną, nie powiem panu.

– Dlaczego?
Anita Werner:
Bo to jest niedefiniowalne, to nie jest tak, że lubię czerwoną, a nie lubię czarnej.

– Ale raczej podoba się jedwab czy koronki?
Anita Werner:
Nie ma reguły.

– Lubi Pani kupować bieliznę z mężczyzną czy raczej sama?
Anita Werner:
Sama, ale o bieliźnie to sobie nie porozmawiamy...

– Szkoda, bo to bardzo zajmująca rozmowa. Pani Anito, jestem mężczyzną i kiedy robię wywiady, to jest dla mnie różnica, czy robię je z mężczyzną, czy z kobietą, siłą rzeczy jest inna relacja. Pani ma podobne doświadczenia?
Anita Werner:
Chciałabym powiedzieć, że nie ma to znaczenia, ale...

– Nie czarujmy się, musi mieć.
Anita Werner:
...ale kilka razy sytuacje, które przeżyłam, przypomniały mi o tym. Zawsze lepiej się rozumiałam z mężczyznami. Z nimi miałam o czym rozmawiać, z kobietami nie za bardzo, niespecjalnie mnie fascynowały rozmowy o ciuchach, kosmetykach i facetach. Teraz na szczęście spotykam dużo mądrych kobiet. Ale z natury lepiej mi się rozmawia z mężczyznami, chociaż są
i tacy, z którymi rozmowy nużą.

– Bo?
Anita Werner:
Dobrze się rozmawia z mężczyznami odważnymi, którzy nie boją się mówić tego, co myślą, nie mają problemów z formułowaniem swoich opinii i którzy się nie krygują, ale też nie kokietują. Ale, niestety, jest duża część, którzy tacy nie są...

– Większość chyba?
Anita Werner:
Nie chciałabym być dla nich niemiła.

– Chłoszczmy.
Anita Werner:
Dużo, dużo ich.

– Zdarza się Pani, że rozmówca próbuje ją uwodzić, nawet nie w celu zaciągnięcia do łóżka, tylko po to, żeby na przykład złagodzić wywiad.
Anita Werner:
Nigdy otwarcie to się nie zdarzało. Na szczęście nikt się nie posunął do tego rodzaju tanich trików.

– A Pani stosuje tanie triki w drugą stronę?
Anita Werner:
Na pewno nigdy w życiu bym sobie nie pozwoliła na to, żeby uwodzić polityka po to, żeby się czegoś od niego dowiedzieć. Ale oczywiście w rozmowie można stosować wiele trików, które są zbiorem instrumentów potrzebnych do przeprowadzenia operacji. Gest, ruch, spojrzenie są jak skalpel, sączek, pęseta. Czym innym jest kilkunastominutowa rozmowa w telewizyjnym studiu, a czym innym ponadgodzinna rozmowa przy kawie, która później ukazuje się w gazecie. Z reguły nie sprawdza się przemyślany plan „złowienia” rozmówcy, rozmowa płynie, jest naturalna, spontaniczna, reakcje są niewyreżyserowane. Zdarzało mi się trzy razy powtarzać to samo pytanie, za każdym razem z inną intonacją i jeszcze innym spojrzeniem. Działało, skoro później rozmówca przysyłał SMS-a: „Rozpakowała mnie Pani, koledzy mnie zabiją”.

– Zastanawiam się, czy jakieś trudne pytanie o budżet, zadane z zalotnym uśmiechem, wywoła inną odpowiedź niż ta, która padłaby bez niego... Czy to działa na przykład wobec premiera Pawlaka?
Anita Werner:
Marnie bym skończyła, jeżeli polegałabym tylko na swoim zalotnym uśmiechu. Bardziej działa to, że jestem przygotowana, że jeżeli za chwilę padnie odpowiedź-wykręt, to ja załaduję magazynek i odpalę kolejne pytanie. Wszyscy politycy mają jedną wspólną cechę – bardzo krótką pamięć. Cieszę się, że mogę im czasem pomóc ją odświeżyć.

– Pani czuje strach bohatera rozmowy?
Anita Werner:
Zdarzyło mi się kilka razy.

– To przyjemne uczucie?
Anita Werner:
Byłam zdziwiona.

– To przyjemne uczucie?
Anita Werner:
Nie traktuję tego w kategorii przyjemności.

– Endorfiny zadowolenia się nie wydzieliły?
Anita Werner:
To było zaproszenie pod tytułem „zniszcz mnie”, bo jeżeli ktoś wysyła taki sygnał, to ja go wykorzystuję.

– Pani ma naturę dominującą?
Anita Werner:
Nie, w pracy jestem zupełnie inna niż prywatnie, zdecydowana, czasami wręcz ostra...

– I z tego czołgu, którym jest Pani w pracy, potem spuszcza Pani powietrze i jest łóżko wodne?
Anita Werner:
Tak, zdecydowanie. Staję się absolutnie niegroźną...

– Przytulanką?
Anita Werner:
Tak, jakkolwiek dziwnie i perwersyjnie by to brzmiało.

– A czołg się z kimś ściga?
Anita Werner:
Nie.

– Czemu? Jest ponad to?
Anita Werner:
Robię swoją robotę, nie napinam mięśni, nie śledzę koleżanek i kolegów z podekscytowaniem, czy im się noga powinie, albo z poczuciem „ja to zrobię lepiej”. Ścigam się tylko sama ze sobą.  

– To jest pytanie, czy za 10 lat chce Pani zająć miejsce Moniki Olejnik...
Anita Werner:
Nie mam natury wygryzacza i wykopywacza, nie robię grafów w domu na ścianie, na których najwyżej jest Monika Olejnik albo Justyna Pochanke, albo Tomasz Lis, i każdego dnia stawiam ptaszek po kolejnym swoim sukcesie, pnę się na liście. Nie muszę na koniec dnia mówić sobie, że dzisiaj byłam lepsza od Olejnik czy od Lisa. Robię swoje i tyle.

– Czy uważa Pani, podobnie jak Tomek Lis, że jest tak dobra, jak jej ostatni program?
Anita Werner:
Tomek jest bardzo ambitny, a do tego cholernie pracowity. I dobrze. Bardzo go za to cenię.  

– Pani nie ma tej ambicji?
Anita Werner:
Mam ambicje, ale realizuję je z umiarem, bez przekraczania prędkości. Gdybym uważała, że biorę udział w wiecznym wyścigu i każdy dzień to mecz, i każdy kolejny miałby być lepszy niż ten poprzedni, to w wieku 35 lat byłabym dobrym kandydatem do zawału, udaru albo depresji.

– A ta Pani ambicja ma Panią gdzie doprowadzić?
Anita Werner:
Nie mam pojęcia, co jest na końcu tej drogi. Jeżeli ludzie mnie słuchają i wierzą w to, co mówię, to dla mnie największa nagroda.

– Pani pije wódkę?
Anita Werner:
Czasami, w towarzystwie.

– Czyli jest Pani prawdziwym dziennikarzem... Lubi Pani przyjemny stan rauszu alkoholowego?
Anita Werner:
Nie, bo nigdy się nie upijam.

– Może to strach przed zapomnieniem, przed zanurzeniem się w czymś, co odbiera świadomość?
Anita Werner:
Co odbiera kontrolę?

– Anita Werner bez samokontroli budzi chyba strach w Anicie Werner?
Anita Werner:
Może, sytuacje ekstremalne pokazują, jacy jesteśmy naprawdę...

– I Pani już wie, jaka jest?
Anita Werner:
Walka o życie osoby mi bliskiej i chorej pokazała mi, że jestem wtedy absolutnie zdeterminowana, jestem samcem, który broni swojego stada. Mam niebywałą siłę i energię do działania, a odreagowuję, rozklejam się później. Wykonuję zadania, ciągnę za wszystkie sznurki jednocześnie, gram na cztery ręce, a dopiero później emocje ze mnie wychodzą. Ale są też inne sytuacje... Robię sobie na przykład sesje relaksacyjne za kierownicą... Bo odkryłam, że zbyt często wyprowadzali mnie z równowagi inni kierowcy. Strasznie się denerwowałam, co mi się generalnie nie zdarza.

– Na tyle, że rzuca pani „k...”?
Anita Werner:
Zdarzyło mi się powiedzieć za kierownicą parę brzydkich słów. Każdy ma jakieś słabości, prawda? Teraz już staram się nad tym panować. Jest w nas silna wola i wiele jesteśmy w stanie zrobić z jej pomocą. W tej chwili wzmacniam swoją wolą, pracuję nad opanowaniem gniewu.

– I na czym polegają te sesje terapeutyczne za kółkiem?
Anita Werner:
Wyjeżdżam i w sytuacjach stresowych staram się głęboko oddychać.

– Ale wtedy się Pani też uśmiecha? Bo to byłby element też takiej terapii „oddech przez nos” i uśmiech.
Anita Werner:
Tak. Przypomina mi to zajęcia w szkole rodzenia, choć znam je tylko z telewizji.

– Czyli jak ktoś spotka Panią w samochodzie, o dziwo, uśmiechniętą, to znaczy, że lepiej nie podchodzić, gdyż to jest moment, w którym walczy Pani z „w...”. Pani lubi tańczyć?
Anita Werner:
Bardzo.

– I tańczy?
Anita Werner:
Czasami, jak jestem w gronie zaprzyjaźnionych osób.

– Ma Pani dobrą koordynację ruchów?
Anita Werner:
Radzę sobie, kiedyś tańczyłam w zespole tanecznym.

– A śpiewać?
Anita Werner:
Też.

– Śpiewa Pani?
Anita Werner:
Kiedyś nawet nagrałam piosenkę.

– Zdarza się Pani teraz śpiewać?
Anita Werner:
Kiedyś, jak śpiewałam w zespole rockowym, to regularnie ćwiczyłam, żeby stan mojego głosu się nie pogarszał. Teraz to już tylko śpiewam w samochodzie albo w łazience.

– Przy goleniu? Żyjemy przecież w epoce kultu depilacyjnego. Może powinna Pani zaproponować szefom, żeby któreś z wydań „Faktów” było śpiewające?
Anita Werner:
Naprawdę wierzy pan w talent kolegów z „Faktów”?... Chyba jednak widzowie nie chcieliby nas słuchać.

– Słuchaliby w dwójnasób, bo i śpiew, i kontent, jak mówi Edward Miszczak...
Anita Werner:
No więc mamy na szczęście w TVN „Taniec z gwiazdami”.

– Chciałaby Pani wystąpić w „Tańcu”?
Anita Werner:
Nie chciałabym.

– Czemu?
Anita Werner:
Tam jest strasznie dużo emocji, a ja nie wyobrażam sobie, żebym w ten sposób mogła się obnażyć.

– Może by Pani siebie odkryła na nowo wtedy?
Anita Werner:
Może, wszystkie kobiety mówią, że tam poczuły się kobietami.

– No i?
Anita Werner:
Mam wrażenie, że ja się już czuję.

– Ile razy dotąd czuła się Pani kobietą spełnioną?
Anita Werner:
Dobrze mi ze sobą, szczególnie odkąd skończyłam 30 lat, ale podejrzewam, że naprawdę spełnioną kobietą poczuję się dopiero wtedy, kiedy będę mamą.

– Więc czemu jeszcze Pani nie jest?
Anita Werner:
Tak jakoś wyszło.

– Ale uprawia Pani seks?
Anita Werner:
Zdziwię pana, tak, jak większość dorosłych osób.

– Chciałem tylko ustalić, czy powodem braku dziecka nie jest brak inicjacji seksualnej...
Anita Werner:
Za chwilę wsadzi mnie pan do klasztoru.

– Już zamykam furtę. Kiedyś, stojąc koło Pani, myślałem, że na pewno zdarza się Pani spotykać mężczyzn dużo niższych od siebie.
Anita Werner:
Tak, częściej niż tych wyższych.

– Jak to jest, kiedy wysoka kobieta spotyka niższego mężczyznę? Czy jest to bariera, którą trzeba pokonać?
Anita Werner:
Jeżeli pan myśli, czy mam taką potrzebę wzięcia pejcza do ręki i założenia...

– Nie, ale na przykład przytulenia, jak chłopca?
Anita Werner:
Miałam takie momenty, ale dotyczyły mężczyzn słodko nieporadnych. Miałam ochotę przytulić takiego do piersi.

– A w łóżku? Pytam, bo dla mnie to jest taka bariera nieprzekraczalna, nie byłbym w stanie położyć się do łóżka z kobietą, która jest wyższa ode mnie.
Anita Werner:
W łóżku tego nie widać, naprawdę.

– Miałbym wrażenie, że idę do łóżka z matką. Taki mam jakiś atawizm.
Anita Werner:
To strasznie przykre. Chyba bardziej dla pana niż dla mnie.

– To nie ja mówiłem, tylko archetyp świata patriarchalnego. Niech Pani zostanie jeszcze na jedno pytanie. Jakby Pani miała sobie siebie wyobrazić jako zwierzę, to jakie to byłoby zwierzę?
Anita Werner:
Puma.

– To drapieżnik.
Anita Werner:
No tak, ale...

– Codziennie musi coś zjeść, więc zabić...
Anita Werner:
Ale po jedzeniu jest jak kociak.

Rozmawiał: Piotr Najsztub
Zdjęcia Robert Wolański
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka Agnieszka Dębska
Makijaż Gonia Wielocha/AF PHOTO
Fryzury Piotr Wasiński
Produkcja Elżbieta Czaja

Komentarze
Zapraszamy do dyskusji
Czekamy na Twoją opinię w tym temacie. Dołącz do dyskusji!
Małgorzata Rozenek
Marlena Bielińska / Move Picture
Newsy
Małgorzata Rozenek - Wszystko perfekt?
Wszyscy szukają skazy na wizerunku Perfekcyjnej Pani Domu. My też i bierzemy ją w krzyżowy ogień pytań.

Warszawa, Mokotów nocą. Spotykamy się w mieszkaniu przyjaciółki Małgorzaty Rozenek. Tam ukrywa się przed śledzącymi ją non stop fotografami. Ale nie wygląda na zaszczutą. Wita się głośno, głos chrypi jak u wokalistki rockowej. Ma tak od dziecka. Ściska mocno dłoń. Gdy wieszam kurtkę, proponuje, że potrzyma moją torbę. „Żeby pieniądze nie wyciekły na podłogę”. Siadamy przy herbacie. Żartuje, ale też trzyma dystans. Nie ufa dziennikarzom. Powoli się odsłania. – Przyznam się do czegoś. Płaczę, gdy oglądam Pani programy. Małgorzata Rozenek: Dlaczego? – Wzruszają mnie kobiety, gdy udaje im się zadbać o siebie. O rodzinę. Małgorzata Rozenek: Często spotykam się z takim odbiorem. Ten program ma inspirować do zmian. I kobiety, które się zgłaszają, szalenie mi imponują odwagą. Dlatego, że wystawiają się na ocenę, która w polskich realiach bardzo często bywa surowa. To silne kobiety. Wiedzą, że sobie nie dają rady, przyznają się do tego. I przyjeżdżają po pomoc. – Żeby „Małgośka dała kopa”. To cytat. Małgorzata Rozenek: Energetycznego. Moją rolą nie jest zmieniać ich życie. Nie wiem przecież, co jest dla nich dobre. Moją rolą jest inspirować. I widzę, że to działa. Proszę mi uwierzyć, że o wiele łatwiej żyje się w poukładanym i czystym domu, bo to jest po prostu przyjemne. Jeżeli czujesz większy komfort, łatwiej ci dbać o relacje. Bo w tym wszystkim nie chodzi o porządek na półkach, chodzi o stworzenie fajnego domu. – Trudno uwierzyć, że ludzie mają aż taki bałagan w domach. „Podrasowujecie” nieporządek? Małgorzata Rozenek: Mamy dużo zgłoszeń do programu. Naprawdę nic nie musimy dokładać. Czasem wręcz trzeba trochę posprzątać, żeby kamera mogła swobodnie się poruszać. – To znaczy, że Polki są bałaganiarami?...

Katarzyna Grochola, Aleksandra Kwaśniewska
Iza Grzybowska/MAKATA
Newsy
Katarzyna Grochola: "Jestem... happy endem"
Choć ma za sobą kilka nieudanych małżeństw i rozpadł się jej kolejny związek, wierzy w szczęśliwe zakończenia. Katarzyna Grochola w rozmowie z Olą Kwaśniewską.

– Czy nasza rozmowa ma sens, skoro całe Pani życie jest w najnowszej książce? Katarzyna Grochola: Niecałe, na szczęście. – Jaki był klucz? Katarzyna Grochola: Wdzięczności. – Wobec losu czy ludzi? Katarzyna Grochola: Losu i ludzi. Skorzystałam z okazji, żeby przypomnieć sobie o dobrych rzeczach, które mi się przydarzyły. Nad złymi przechodzę do porządku dziennego dwoma zdaniami. Zresztą gdybym napisała o złych rzeczach, książka liczyłaby 2855 stron maczkiem (śmiech). – To jest z jakiegoś powodu szczególny moment w Pani życiu? Katarzyna Grochola: Miałam taki dwuletni moment. Niełatwy. Związany z cierpieniem ludzi obok mnie. Wcześniej dużo rzeczy mi się pospełniało i myślałam już, że moje życie jest stałą. Tymczasem los, ilekroć pomyślę, że jest coś stałego, płata mi figle. Zawęziłam sobie strasznie perspektywę przez te dwa lata i to była próba odzyskania właściwego spojrzenia. – Zakończona sukcesem? Katarzyna Grochola: Tak, choć ja jestem przestraszona, jak mi się spełniają marzenia. Jako dziewczynka marzyłam, żeby być jak Liza Minnelli w „Kabarecie” – mieć zielone paznokcie, wyjść na scenę, zaśpiewać i zatańczyć. I teraz w „Tańcu z gwiazdami” dostałam piosenkę z filmu „Kabaret” i myślę sobie: Boże, jaki jest sens po 30 latach? Nawet nie mogę jej udawać. Jedyne, co mogę, to kupić zielony lakier do paznokci, ale on też wygląda lepiej na młodych dłoniach. – Jednak twierdzi Pani, że marzenia spełniać jest łatwo. Katarzyna Grochola: O tym, że łatwo spełniać własne marzenia, przekonują mnie ludzie, którzy biorą 10 dolarów i jadą w podróż. I jakoś nie umierają z głodu. Ja tego nigdy nie zrobiłam, bo zawsze się bałam. Własne marzenia zaczęłam spełniać, jak znalazłam się na dnie, czyli w wieku...

Aleksandra Kwaśniewska
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM
Newsy
Aleksandra Kwaśniewska - Mamma Mia!
Na co on ją namawia! Żeby podniosła rękę na własnego ojca, zerwała z „kwaśniewskizmem”, stała się szalona i dodała sobie erotycznego powabu. A wszystko to na chwilę przed jej ślubem z Kubą Badachem!

- Do końca życia zostanie Pani „córką prezydenta”. To budzi gniew? Aleksandra Kwaśniewska: Budzi. Staram się sama o sobie tak nie myśleć i ciągle naiwnie wierzę, że w końcu ludzie zaczną mnie traktować jako autonomiczną jednostkę. – Są na to sposoby. Na przykład mogłaby Pani... zabić swojego ojca. Aleksandra Kwaśniewska: Nie jest aż tak źle, żebym musiała się uciekać do tak drastycznych metod. – Ale to wtedy z córki prezydenta stałaby się Pani… Aleksandra Kwaśniewska: Tą słynną „morderczynią własnego ojca”. Nie, dziękuję. Radzę sobie mimo wszystko i mam to szczęście, że bardzo lubię swoich rodziców, więc bycie utożsamianą z nimi nie jest dla mnie, mimo wszystko, ujmą. Lecz zapewne do końca życia będę się tłumaczyć, że funkcjonuję w mediach „dzięki” ojcu. – A nie talentowi? Aleksandra Kwaśniewska: Chociażby. I z tego nieszczęsnego „Tańca z gwiazdami”, od którego wszystko się zaczęło, też do końca życia będę się tłumaczyła. A ja myślałam wtedy, że robię sobie tylko wakacje od psychologii i za chwilę wrócę do zawodu. – Wakacje trwają i Pani psychologiem już chyba nie będzie? Aleksandra Kwaśniewska: Nie wiem, ciągle mnie to korci. Mam dwa pomysły na doktoraty, ale to, co teraz robię, za bardzo mnie ekscytuje, żeby powiedzieć: nie będę tego robiła, bo większą wartość będzie miała kariera naukowa. – Nie tyle większą wartość, co może głębszy sens. Bo tak „robimy” w rozrywce. Aleksandra Kwaśniewska: Głębszy sens? A co by mi w praktyce dał doktorat z psychologii? – Okulary. Aleksandra Kwaśniewska: Zmarszczki… – I okulary. Fajne, modne albo oldskulowe można kupić. Zyskałaby Pani dodatkowy powab erotyczny. Aleksandra Kwaśniewska: Czyli z...

Nasze akcje
Jenny Fairy Midday Coctail
Newsy

Ten stylowy dodatek przeniesie cię w świat wakacji i słodkiego lenistwa!

Partner
piekna-kobieta-bella
Fleszstyle

Jak się czuć pewnie i wygodnie przez cały dzień? Stawiaj na jakość

Partner
huawei-6-band-opaska
Fleszstyle

Asystent i trener personalny w jednym?

Partner
Kolekcja-wiosna-lato-CCC-2021
Fleszstyle

Czy zdrowe i wygodne dziecięce buty nie mogą być modne?

Partner
Kolekcja-wiosna-lato-CCC-2021
Fleszstyle

O tych butach marzy twoje dziecko!

Partner
catering-tajm
Fleszstyle

Pyszne, zdrowe i niebanalne dania z dostawą pod twoje drzwi?

Partner