Czy się zmienił, czy już jest bogaty, co wie o kobietach i czy „vivowe” doświadczenia przenosi na ekran – sprawdza jego dawna redakcyjna koleżanka Krystyna Pytlakowska.

Lubisz seks?
Nie.

– Nie???
Lubię. Przeraziła mnie banalność odpowiedzi i kręcę.

– Skoro lubisz seks, to dlaczego nie lubisz kobiet?
Uwielbiam kobiety. Skąd ci przyszło do głowy, że mogę nie lubić kobiet? Przecież pracowałaś ze mną, to wiesz.

– Więc po starej przyjaźni przyznaj: czy naprawdę myślisz, że damy po trzydziestce mówią: „kurwa” i „spierdalaj”, jak w „Lejdis” Tomasza Koneckiego, do których napisałeś scenariusz?
Ja to wiem. Dramat zaczyna się jednak wtedy, kiedy kobieta nie zna innych słów. Poza tym scenariusz „Lejdis” pisałem z uroczymi, wrażliwymi kobietami i to one mnie przekonały, że dziewczyny, kiedy zachodzi taka potrzeba, używają dosadnego języka.

– I myślisz, że wypijają litry wina, płaczą, a potem śpią pokotem na jednej kanapie?
Skąd, kiedy im się wali świat, wyłącznie się modlą albo szydełkują. Krysiu, w ten sposób możesz doprowadzić do absurdu każdy pomysł artystyczny.

– Najpierw rozebrałeś mężczyzn, a teraz rozbierasz kobiety.
Rozbieranie kobiet sprawia mi większą frajdę (śmiech). I większą frajdę sprawiła mi też praca przy „Lejdis”. To film ujmująco kobiecy: z jednej strony wesoły, a z drugiej –  wzruszający.

– Komedia romantyczna?
Romantyczna, ale w odcieniu brytyjskim. Opowiada o tęsknocie za miłością, o satysfakcji płynącej z miłości i o smutku, że nie zawsze da się kochać i być kochanym bezgranicznie.

– A Ty tak kochasz kobiety?
Te, które są tego warte –  owszem.

– Podasz trochę szczegółów?
Z największą przyjemnością. Problem w tym, że podczas wywiadów pamięć mi szwankuje. Nawet podczas wywiadów dla Vivy!

– Grabisz sobie, Andrzeju, po raz kolejny. Redakcję pisma kobiecego „Biba!” w „Testosteronie” przełknęliśmy. W „Lejdis” poszedłeś dalej i część akcji umieściłeś w tej samej redakcji, której obraz jest tak skrzywiony, jakbyś nigdy z nami nie pracował.
Komedia zawsze jest jakimś skrzywieniem. Nie opisałem tu ani konkretnej redakcji, ani osób. To komediowy wyciąg z moich wieloletnich dziennikarsko-redaktorskich doświadczeń.

– Scenarzysta, dziennikarz, redaktor... A kiedyś chciałeś zostać ginekologiem?
Chirurgiem! Chciałem zostać lekarzem w chwili ogromnej nieświadomości, kim naprawdę powinienem być, czyli tuż po maturze.

– Pisanie scenariuszy ma coś wspólnego z chirurgią?
To też grzebanie we wnętrznościach. Choć również można powiedzieć, że pisanie ma dużo wspólnego ze szpiegostwem. Ja nieustannie podglądam wszystko i wszystkich. Czasami gdzieś siedzimy z Małgosią (żona – Małgorzata Saramonowicz, pisarka – przyp. red), a ona mówi: „Błagam cię, nie gap się tak na tych ludzi”.

– Kiedyś nosiłeś okulary. Zgubiłeś je?
Poddałem się operacji korekty wzroku. Złośliwi mówią, że chciałem się odmłodzić. Wraz z okularami straciłem co prawda inteligencki wygląd, ale za to wyraźnie widzę, z kim idę do łóżka, co szczerze cieszy moją żonę, bo prawdopodobieństwo krótkowzrocznej pomyłki znacznie się zmniejszyło...

– W okularach czy bez, i tak zawsze marzyłeś o robieniu filmów.
Marzyłem i dziś czuję się szczęśliwym człowiekiem,  bo robię to, co kocham i wiem, że wielu ludziom moja praca sprawia przyjemność. To satysfakcja warta każdych pieniędzy, chociaż praca w nieustannym stresie ma też swoją cenę: chwilami czuję się totalnie wykończony. Zwłaszcza że nie odpuszczam sobie ani w dzień, ani w nocy…

– Odpowiedź godna twórcy komedii amoralnej, zaliczanego do pokolenia porno. Nie uwłacza Ci to?
Nie, bo nie przywiązuję żadnej wagi do etykietek. „Pokolenie porno” to jedna ze sztuk w antologii dramatu polskiego, w której opublikowano też „Testosteron”. Wydawca chciał zwrócić uwagę na tę antologię, więc dał słowo „porno” jako tytuł zbioru. Z całego „pokolenia porno” znam tylko dramaturga Marka Modzelewskiego. Czasami wymieniamy  uwagi o kobietach, ale pornografią bym tego nie nazwał. Raczej literaturą faktu… (śmiech).

– Zawsze chciałeś pisać scenariusze komedii damsko-męskich, o seksie, zdradach, czy po prostu życie popchnęło Cię w tym kierunku?
Jestem nałogowym opowiadaczem. Mogę napisać każdą historię, jeżeli uznam, że znajdą się ludzie chętni, by jej wysłuchać. Napisałem też kilka innych scenariuszy, np. „Krzyż” –  to historia o księdzu, który dopiero w chwili odejścia od Kościoła staje się prawdziwym uczniem Chrystusa – czy też scenariusz opowiadający o bitwie pod Monte Cassino. To nie są komedie i nie ma tam nic o seksie. Ale na takie filmy trudniej zdobyć pieniądze.

– Mam więc rację, mówiąc, że to życie wymusza na Tobie tematy.
Tak samo, jak na niektórych dziennikarkach, niewątpliwie głębokich i wrażliwych, które dla uatrakcyjnienia wywiadu zaczynają od pytania: „Czy lubisz seks?” (śmiech). Ja nie mam problemów z robieniem tzw. kina komercyjnego, bo prywatnie też je uwielbiam. Dla mnie i Tomka Koneckiego widz jest najważniejszy. Płacąc za bilet, oczekuje od nas przeżyć, a my – na miarę naszego talentu i umiejętności – staramy się je mu zapewnić. Na „Lejdis” ludzie najpierw płaczą ze śmiechu, a potem ze wzruszenia. To cudowne!

– Masz nadzieję, że staniesz się artystą kultowym?
Nie kpij! Kultowymi artystami są Jim Morrison i Jacek Kaczmarski! Do głowy mi nie przyszło, by myśleć o sobie w ten sposób.

– „Testosteron” zarobił 20 milionów. Czy wreszcie jesteś bogaty?
Dwanaście milionów z tego zostało u właścicieli kin, przeszło sześć trzeba było oddać inwestorom i dystrybutorowi, nie mówiąc o należnych im zyskach. To, co zostało, inwestujemy w nowe projekty. To naprawdę nie są jakieś gigantyczne pieniądze. Ale po co ja to mówię? Już słyszałem, że zarobiliśmy z Koneckim po trzy miliony dolarów i jakiekolwiek tłumaczenia, że jest inaczej, nie mają sensu.

– W Twoim środowisku zawistnych nie brakuje?
Czasami wchodzę na jakiś portal internetowy i czytam o sobie, że jestem debilem, a to, co robię, jest totalnym gównem. I natychmiast wyświetlają mi się w głowie twarze kolegów, byłych kolegów lub niedoszłych kolegów, którzy pochowali się za pseudonimami. Filmowcy i dziennikarze – a to jest moje środowisko – to świat egotyków łaknących sukcesów lub spełnienia. Tylko niewielkiej części się to udaje. Reszta kisi się we frustracjach.

– Też jesteś egotykiem.
Ale aktywnym. Kiedy jako krytyk filmowy cierpiałem, oglądając beznadziejne polskie filmy, doszedłem do wniosku, że zamiast się nad nimi znęcać w recenzjach, więcej dam widzom, jeśli sam je zacznę robić. Na Boga, widz czeka na filmy, a nie na recenzje, które go mają do kina zniechęcać! Powszechny wymiot, jaki wylał się na „Katyń” Wajdy ze strony polskich krytyków, najdobitniej pokazuje, w jakim upadku intelektualnym i duchowym pogrąża się ta grupka frustratów. Tymczasem „Katyń” dostał nominację do Oscara. Owszem, można dalej utrzymywać, że kilka tysięcy członków Filmowej Akademii to idioci, którzy nie znają się na kinie, ale kto w to uwierzy?

– Poniosłeś też porażki. Jak choćby w serialu „Tango z aniołem”. Bolało?
Oczywiście! Choć uważam, że głównym „mordercą” serialu był Polsat, który wstawił go w fatalne miejsce w ramówce. Poza tym nie mieliśmy z Tomkiem Koneckim szans, by nakręcić ten serial tak, jak chcieliśmy. „Tango z aniołem” było dla nas o tyle ważne, że uświadomiło nam, że jeśli nie chcemy przegrywać, musimy brać odpowiedzialność za wszystko.

– A gdy Ci przykro, upijasz się?
Nie upijam się ze smutku. Porażki mnie nie załamują, tylko zmuszają do analizy. Nie urodziłem się, by przegrywać, zostawiam to innym.

– Nie masz chwil zwątpienia?
Moje życie niemal w całości składa się z chwil zwątpienia. Ważne, by umieć ukryć to przed innymi. Konieczność walki o swoje ma jednak poważną cenę: widzę, jak coraz bardziej zamykam się na świat. Dawniej byłem duszą towarzystwa, teraz najlepiej mi ze sobą.

– Ale masz przecież rodzinę?
Mówiąc: „najlepiej mi ze sobą” mam na myśli rodzinę.

– Fajnie po tylu latach małżeństwa chcieć ciągle być ze sobą?
Co to znaczy „po tylu latach”? Razem jesteśmy zaledwie 24 lata!

– To Ty wykorzystałeś w scenariuszu „Lejdis” wątek zapłodnienia in vitro czy napisała go Twoja żona?
W „Lejdis” nie ma zapłodnienia in vitro. Ale rzeczywiście jedna z bohaterek ma kłopoty z zajściem w ciążę i próbuje to leczyć.

– Pisałeś o czymś, co sam dobrze znasz. Jedna z Twoich dwóch córek jest dzieckiem z zabiegu in vitro...
Owszem. Drugą poczęliśmy tak, jak lubią zwierzęta i biskupi.

– W filmie czuje się, że wiesz, co znaczy starać się o dziecko.
Autor zawsze korzysta z przeżyć innych bądź własnych. Dobrze wiem, co znaczy, kiedy chce się mieć dziecko i to się nie udaje. To wielki problem społeczny i wkurza mnie, kiedy rząd – nie chcąc nastąpić Kościołowi na odcisk – usiłuje zamieść go pod dywan. Zwłaszcza że wykładnia katolicka, dlaczego nie należy stosować in vitro, jest intelektualnie obskurancka i daje się utrzymać tylko na płaszczyźnie pokrętnej logiki i w ramach subiektywnego zespołu religijnych przekonań i zabobonów. Niezgoda na to, by zabobon regulował życie publiczne, była zresztą powodem, dla którego przestałem być katolikiem.

– Zostałeś agnostykiem?
Moje zmagania z Bogiem przeniosłem na płaszczyznę indywidualną, bez pośredników.

– Kto wymyślił bon mot z „Lejdis”, że jeśli faceci są z Marsa, to powinni tam wracać?
To zdanie akurat ja.

– Z żoną jednak musicie się dobrze rozumieć, skoro razem pracujecie.
Jestem cholerykiem, więc niełatwo ze mną pracować. Z Małgosią jednak mogę, bo działamy na podobnych falach. Oczywiście dochodzi czasami do konfliktu.

– Miewacie też kryzysy?
Jak każda para, która jest ze sobą od wieków. Ale my – oprócz miłości, która ze swej istoty jest tworem delikatnym i podatnym na odkształcenia – bardzo się przyjaźnimy, a przyjaźń to fundament małżeństwa. Poza tym poznaliśmy się, mając zaledwie po 19 lat, więc ukształtowaliśmy się razem. Jesteśmy poprzerastani sobą jak drzewa posadzone blisko siebie.

– Mężczyźni jednak często popełniają błędy.
Widzę wielu znajomych, którzy, będąc u szczytu sławy, jednocześnie znajdują się na prostej drodze do porażki. Nieustanne dupczenie, picie i 24-godzinna imprezka zawsze źle się kończą. Ani jedna z kobiet, które bzyknęło się gdzieś w przelocie, nie przyjdzie z pomocą, kiedy powinie ci się noga. Trzeba budować trwałe relacje.

– Czy teraz, kiedy jesteś znanym scenarzystą, kobiety bardzo Cię uwodzą?
Kobiety uwodziły mnie od zawsze (śmiech). Ale moja karma polega na tym, że najbardziej interesującą kobietę, dziś moją żonę, spotkałem na  początku drogi. Nie myślałem, że przeżyję życie u boku jednej partnerki. Jestem typowym samcem alfa, moją naturą jest mieć wiele kobiet. Jeżeli tak się nie dzieje, to dlatego, że na starcie uświadomiłem sobie, że jeśli zrezygnuję
z Małgosi, bardzo źle na tym wyjdę. To instynkt samozachowawczy. I słusznie, bo bez wsparcia mojej żony byłbym dziś nikim.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/PHOTO-SHOP.PL
Stylizacja Marcin Różyc
Makijaż Gosia Sulima
Fryzury Łukasz Pycior/D’VISION ART
Produkcja Ela Czaja
Asystent Tomasz Czmuda

Więcej na temat Andrzej Saramonowicz