Andie MacDowell
Viva!
Tylko u nas

Andie MacDowell: Podsumowanie 55-letniej seksbomby

Andie MacDowell
Viva!

Kobieta, która przyciąga spojrzenia – pomyślałam, przekraczając próg apartamentu „Lune de miel” w hotelu Bristol w Paryżu. To tutaj umówiona byłam na wywiad z Andie MacDowell. Nieświadoma wrażenia, jakie wywiera, siedziała w fotelu i w zamyśleniu spoglądała przez okno. Wpadające promyki słońca rozjaśniały jej twarz, igrały w kosmykach włosów, tworząc czekoladowe refleksy. Ubrana była w brązowe spodnie z nogawkami wpuszczonymi w czarne skórzane oficerki, flanelową koszulę w kratkę i wełniany blezer.

Zwyczajnie, a elegancko. Pomyślałam, że bardziej przypomina angielską lady niż amerykańską gwiazdę, która od 15 lat dzieli swój czas pomiędzy Nowy Jork, Hollywood, Paryż i prowincjonalne miasteczko w stanie Montana. W 1984 roku, kiedy debiutowała w filmie „Greystoke: Legenda Tarzana, władcy małp”, mówiła z tak silnym południowym akcentem, że jej głos dubbingowała inna amerykańska aktorka, Glenn Close, a po premierze recenzje były druzgocące. Andie nie poddała się, pracowała nad dykcją i brała lekcje aktorstwa. Dzisiaj ma na koncie kilka nagród filmowych, a my pamiętamy ją z filmów: „Seks, kłamstwa i kasety wideo”, „Cztery wesela i pogrzeb”, „Dzień świstaka”, „Zielona karta” czy „Wystrzałowe dziewczyny”. Kiedy przedstawiłam się jej, że jestem z Polski, spojrzała na mnie. „Z Warszawy?”, zapytała i, nie czekając na odpowiedź, dorzuciła: „Kilka lat temu byłam w tym mieście. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie, bo wiem, że było tak bardzo zniszczone w czasie II wojny światowej”. „Nie jestem z Warszawy, pochodzę z okolic Krakowa, miasta położonego na południu Polski – wyjaśniłam – ale od 27 lat żyję w Paryżu”. Nie pozwoliła mi skończyć. „Uwielbiam Paryż! Powracam tu zawsze z ogromną przyjemnością. Paryż stale mnie zaskakuje, ciągle dostarcza mi nowych wrażeń”.

– A tym razem jest tu Pani na wakacjach czy w pracy?


Lubię łączyć przyjemne z pożytecznym. Przyjechałam do Paryża na zaproszenie L’Oréal Paris. Jestem „twarzą” ich kremu Revitalift Laser X3 i w związku z tym mam sporo zobowiązań. W trakcie tego pobytu czekają mnie spotkania w firmie, sesja zdjęciowa, wywiady. Program jest napięty, ale na zakończenie zarezerwowałam kilka dni dla siebie. Chcę zabawić się w turystkę, bo uwielbiam podróże. Wyjazd do innego kraju oznacza dla mnie nowe wrażenia, doznania, smaki, zapachy… Poza tym w Paryżu mam przyjaciół z czasów, kiedy byłam modelką. Za każdym razem, gdy przyjeżdżam, wspominamy dawne czasy i rozmawiamy do białego rana.

– Wygląda Pani fantastycznie. To zasługa genów czy kremów, które Pani reklamuje od 1985 roku?


Jednego i drugiego! Geny są istotne, ale liczą się również kosmetyki i styl życia. Zwłaszcza jeśli ukończyło się 20 lat. Skóra dojrzałej kobiety potrzebuje więcej czasu, aby się zregenerować, i kremów odpowiedniodobranych do jej potrzeb.

– Jednym słowem, tysiące kobiet używających kremu, który Pani reklamuje, może liczyć, że po pięćdziesiątce będzie wyglądać tak pięknie, jak Pani?


O, to nie takie proste! Żeby dobrze wyglądać, trzeba poznać siebie, dostrzec swoje walory, polubić mankamenty swojej urody i starać się przekształcić je w atuty. Upodabnianie się do kogoś, aktorki czy modelki, mija się z celem i zabija jedynie to, co w nas wyjątkowe. Coraz więcej kobiet to rozumie. Od wczesnej młodości dbają o swój wygląd i o swoje zdrowie, uprawiają sport i dzięki temu dobrze wyglądają, kiedy dochodzą do mojego wieku.

– Proszę mnie uspokoić. Oprócz uprawiania sportu i prowadzenia zdrowego stylu życia używa Pani również kremu Revitalift Laser X3, który Pani reklamuje?


(Andie ze śmiechem podnosi do góry rękę w geście składania przysięgi). Rano i wieczorem, a także pod oczy. I robię to z niesłabnącą przyjemnością, bo ten krem spełnia moje oczekiwania. Jest skuteczny, a przy tym niedrogi, więc kobiety mogą sobie na niego pozwolić bez wyrzeczeń. Nie mogłabym reklamować produktu, którego nie znam lub do którego nie jestem przekonana.

– Jednym słowem: „Jestem tego warta”. Co to hasło oznacza dla Pani?


To zdanie, tłumaczone na wszystkie języki, którymi mówi się w krajach, w których sprzedawane są produkty L’Oréal Paris, dotyczy nie tylko sfery urody. Każda z nas powinna powtarzać sobie to codziennie rano, po przebudzeniu. Bo kiedy lubimy siebie, inni także nas polubią. Kiedy widzimy swoje piękno, inni także w nas je dostrzegą. Kiedy doceniamy siebie, inni także nas docenią, kiedy uwierzymy w siebie, wszystko staje się możliwe…

– W jaki sposób dba Pani o urodę?
Piję dużo wody, bo nawilżona skóra to podstawa. Unikam słońca, a jeśli już pojawiam się na plaży, smaruję twarz i ciało kremem z filtrami przeciwsłonecznymi. Dbam o dłonie, stopy i włosy, ale seanse u kosmetyczki to nie dla mnie. Wolę jogę lub jazdę konną. Jestem przekonana, że lenistwo jest zabójcze zarówno dla ciała, jak i dla umysłu.

– Słowo „piękna” oznacza dla Pani to samo co 20 lat temu?
Z wiekiem mój punkt widzenia na kwestie piękna uległ zmianie. Dziś wiem, że piękną można być w każdym wieku, bo piękno to nie tylko gładka skóra i młodzieńcza sylwetka. To także to, co z nas emanuje, doświadczenia, które nabyliśmy w ciągu całego życia, sposób, w jaki postrzegamy świat, i to, jak odnosimy się do innych ludzi.

– Starość Panią nie przeraża?


Po pierwsze, starość to pojęcie względne. Sto lat temu 50-latka uznawana była za staruszkę, dzisiaj to kobieta w pełni sił, atrakcyjna, którą jeszcze wiele czeka. Po drugie, obawa przed czymś, co jest nieuniknione i niezależne od nas, to tortura. Dlatego nie walczę z przemijającym czasem. Przeciwnie, staram się dostrzegać to, co mi przynosi, i stwierdzam, że nie jest źle. Sposób, w jaki zmieniają się moje ciało i umysł, jest fantastycznym doświadczeniem. Plusem menopauzy jest to, że kiedy nie traktuje się jej jak dopustu bożego, kobieta czuje w sobie prawdziwy przypływ energii, ma olbrzymi apetyt na życie. W tym okresie jesteśmy już spełnione zawodowo i uczuciowo, dzieci są już dorosłe, my nie musimy już nic nikomu udowadniać. Czas, który teraz mamy, możemy wykorzystać tylko dla siebie. To moment, żeby powiedzieć sobie: „Nadal mogę się podobać, jestem ciekawa świata i ludzi. Co więc zamierzam zrobić z moim życiem?”. Oczywiście jest to moment, kiedy dostrzegamy pierwsze oznaki starzenia się. Nikt tego nie lubi, ale z drugiej strony jest to całkowicie naturalne. Więc zamiast stać w lustrze i wypatrywać kolejnej zmarszczki na twarzy, odkrywam nowe rzeczy, poznaję nowych ludzi. I ćwiczę jogę. Stwierdziłam, że doskonale wpływa na moje ciało i na mój umysł.

– Dlaczego więc tak wiele kobiet drży na myśl o starości?


Bo postawiono nam poprzeczkę za wysoko. Z czasopism i magazynów spoglądają na nas idealne twarze modelek, a Photoshop pomaga w sesjach zdjęciowych. Kult młodości jest wszechobecny. Trzeba być zawsze młodą i w formie. To nie życie, ale „pranie mózgu”, bo starzejemy się nieuchronnie. Aby dobrze i mądrze to robić, wystarczy to zaakceptować, zachować przez całe życie aktywność fizyczną, stale się rozwijać, dbać o swój umysł.

– Co myśli Pani o chirurgii estetycznej?


To bardzo indywidualna decyzja. Znam wiele kobiet, które „poprawiły” urodę i osiągnęły świetne rezultaty. Ale jak wszędzie, tak i w tej domenie należy zachować umiar, bo tylko wówczas efekt będzie naturalny, a przecież o to chodzi. Uważam także, że, paradoksalnie, na zabieg chirurgii estetycznej kobieta powinna się zdecydować, kiedy jest w dobrej formie psychicznej, bo tylko wówczas uniknie rozczarowania i nie popełni nieodwracalnych w skutkach błędów. Nie sądzę, żeby lifting był lekarstwem na trudny rozwód czy kłopoty w pracy.

– Dziś czuje się Pani lepiej niż wtedy, gdy miała Pani 20 lat?


Zdecydowanie tak! Lubię siebie, potrafię być dla siebie dobra i wyrozumiała. Nie katuję mojego ciała drakońskimi dietami, czuję się też znacznie pewniej pod względem psychicznym. Odmiana jogi, którą praktykuję, to joga anusara. Jej dewiza brzmi: „Otwórz swoje serce i pokochaj samą siebie”. Odkąd staram się postępować zgodnie z tą zasadą, moje życie stało się przyjemniejsze. Kiedy miałam 20 lat, najważniejsza była kariera, dzisiaj większą wartość ma dla mnie udane i spokojne życie osobiste.

– Jaki jest Pani styl?


Zmienia się w zależności od miejsca, w którym aktualnie jestem. Inaczej ubieram się w Paryżu, Nowym Jorku czy Los Angeles, inaczej, kiedy jestem u siebie na ranczu. Uwielbiam modę, to pozostałość z czasów, kiedy byłam modelką i chodziłam po wybiegu u słynnych projektantów i kreatorów mody. Z wieloma z nich przyjaźnię się do dziś i to oni ubierają mnie na imprezy. W modzie cenię szyk i elegancję, strona sexy mniej mnie dzisiaj interesuje. Na co dzień ubieram się wygodnie. Mieszkam w stanie Montana, a tam klimat bywa kapryśny, więc zamiast szpilek, spódnic i żakietów wybieram kowbojskie buty, dżinsy, flanelowe koszule i ciepłe swetry.

– Ma Pani 55 lat. Czy ubiera się Pani tak samo jak kiedyś, czy też zabrania sobie Pani czegoś?


Nie lubię niczego sobie zabraniać, uważam, że budzi to jedynie frustrację. Ale mam sposób na sprawdzenie, czy w ubraniu wyglądam dobrze, czy źle. Wyobrażam sobie je na kobiecie trochę starszej ode mnie. Jeśli werdykt jest OK, zakładam ubranie, jeśli budzi moje wątpliwości, rezygnuję z niego. Zauważyłam także, że im więcej mam lat, tym dłuższe są moje sukienki i spódnice. Nie mówię oczywiście o długości do kostek, ale bardzo krótkiej mini zdecydowanie unikam. W ubiorze wolę sugerować niż pokazywać.

– Sprawia Pani wrażenie osoby zrównoważonej, spełnionej. To wynik wychowania?


Długich lat pracy nad sobą, ale proszę mi wierzyć, że jeszcze dzisiaj zdarzają mi się gorsze dni. Moje dzieciństwo nie należało do najszczęśliwszych. Rodzice rozwiedli się, kiedy byłam mała. Ja i moje trzy siostry zostałyśmy z mamą. Było jej ciężko. Cierpiała na depresję, dużo paliła. Zmarła na zawał serca w wieku 54 lat. Była taka młoda… Postanowiłam, że będę żyła inaczej, dlatego tak ważny jest dla mnie zdrowy tryb życia. Nie piję, nie palę i staram się myśleć pozytywnie. Aby dojść do tego, przeszłam długą terapię.

– Ma Pani troje dzieci. Jaką jest Pani matką?


Moje dzieci – syn i dwie córki – są już dorosłe, mają własne życie. Myślę, że udało mi się, wraz z ich ojcem, wychować ich na rozsądnych i odpowiedzialnych ludzi. Kiedy byli mali, dużo z nimi rozmawiałam o życiu i o tym, co jest w nim ważne. Myślę, że dzięki temu dostali dobry bagaż. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko, nie mamy przed sobą tajemnic. Moje dzieci wiedzą, że mogą mi powiedzieć wszystko, bo nigdy ich nie oceniam i nie staram się im niczego narzucać. Mogę im jedynie radzić. A oni oczywiście z tych rad rzadko korzystają (śmiech). Ale to przecież przywilej młodości!

– Pani córki odziedziczyły po Pani urodę, idą Pani śladem. Niepokoi to Panią?


Kiedy dziewczynki były małe, nie kryłam przed nimi, że praca w show-biznesie nie jest ani tak łatwa, ani tak przyjemna, jak mogłoby się wydawać. Że czasami „piękni ludzie” przy bliższym poznaniu pokazują całą swoją brzydotę… Starałam się też, aby miały dobrze poukładane w głowach i podchodziły do kwestii urody z rozsądkiem i dystansem. I to dzisiaj procentuje. Obydwie córki rozpoczęły już pracę w modelingu, ale bycie modelką nie jest ich jedyną ambicją życiową. Rainey, starsza córka, próbuje równolegle swoich sił w zawodzie aktorki, ma już za sobą udział w pierwszych filmach. Sarah Margaret, młodsza, pięknie tańczy i rysuje. Obydwie wiedzą, że kariera modelki może być oszałamiająca, ale i krótkotrwała, dlatego trzeba mieć inny pomysł na życie.

– Pani również pokierowała swoją karierą w podobny sposób.


Podobnie jak moje córki, rozpoczęłam karierę od modelingu. Miałam szczęście spotkać dobrych fotografów, to dzięki nim trafiłam na okładkę „Vogue’a” i brałam udział w kampaniach reklamowych Calvina Kleina, Giorgio Armaniego, Yves Saint Laurenta… Moja kariera nabrała rozpędu, ale kiedy pojawiła się szansa zagrania w filmie, nie wahałam się. Przyjęłam rolę w „Greystoke: Legenda Tarzana, władcy małp”, pomimo że moje umiejętności aktorskie były żadne. Ale mam w życiu zasadę, dzięki której podążam do przodu: potrafię przyznać, że czegoś nie umiem, uważam, że poproszenie o pomoc nie jest wstydem. W pewnym okresie pracowałam bardzo dużo, dzisiaj zwolniłam nieco tempo i smakuję życie.

– Gra Pani aktualnie w serialu „Cedar Cove”. Pani bohaterka Olivia Lockhart musi zmierzyć się z problemami zawodowymi i osobistymi. Czy budując tę rolę, czerpała Pani z własnych doświadczeń?


„Cedar Cove” to lekki serial obyczajowy, a nie film psychologiczny. Nie można więc mówić o roli kompozycyjnej. Moja bohaterka mieszka w prowincjonalnym miasteczku, jest samotną matką i ma takie same problemy, jak tysiące kobiet w jej wieku. Lubię tę rolę i wcielam się w nią już drugi sezon.

– Modelka, aktorka, ambasadorka L’Oréal Paris… Pojawia się Pani często na czerwonym dywanie. A z drugiej strony ceni sobie Pani spokojne życie na ranczu w Montanie.


Jestem w takim okresie życia, że to połączenie zupełnie mi odpowiada. Nie chodzę już po wybiegu, o role w filmach zabiegać nie muszę, mam dorosłe dzieci, a za sobą dwa rozwody. Jako ambasadorka L’Oréal Paris dużo podróżuję i bardzo to lubię. Jestem spełniona zawodowo i prywatnie. W tej chwili liczą się dla mnie miłość i ciepły dom, do którego chętnie wracam. Przede mną całe życie!

Rozmawiała: Magdalena Banach

Więcej na temat Andie MacDowell
Przeładuj

Klaudia El Dursi jest faworyzowana w "Top Model"? Jurorka show odpowiada na zarzuty internautów

zobacz 01:04