Aleksander Gudzowaty z żoną Danutą
PIOTR PORĘBSKI/METALUNA
Wywiady Krystyny Pytlakowskiej

Aleksander Gudzowaty: "Nie jestem hedonistą"

Od wielu miesięcy przykuty do łóżka w swojej podwarszawskiej rezydencji zmaga się z bólem, walczy o każdy krok. „Wie pani, jak ja kocham żyć?”, mówi w rozmowie z Krystyną Pytlakowską.

Rezydencja w Wólce. Tak mieszka jeden z najbogatszych Polaków. Wszystko jest zautomatyzowane – brama sama się otwiera, pachołki broniące dostępu obcym samochodom chowają się w ziemię. Po kilkuhektarowym ogrodzie spacerują pawie i bażanty. Dom wewnątrz przypomina muzeum – z obrazami, lustrami, meblami z XVII i XVIII wieku. Wchodzę do ogromnego salonu, wysokiego na 10 metrów. Niemal ginie w nim łóżko, na którym leży. Choroba kręgosłupa położyła go rok temu. Gudzowaty już powolutku wstaje, lekarze go pionizują. Unieruchomienie dla takiego aktywnego całe życie, silnego mężczyzny to klęska. Ale nie poddaje się depresji, niczego nie zaniedbuje, kieruje z łóżka firmą i domem, pisze bloga, krytykuje polityków i decyzje gospodarcze, polemizuje z nimi nieraz w dosadnych słowach. Nie boi się. Nawet wiadomość o planowanym na niego zamachu przyjął spokojnie. „Ja już długo żyję. Najbardziej chodzi mi o synów, wnuki. Ale nieraz samo postraszenie zamachem jest mocną bronią”. Łatwiej znosi chorobę, bo blisko jest żona Danuta – prawdziwy przyjaciel, jak mówi.

– Porozmawiajmy o... miłości.
Aleksander Gudzowaty:
Miłości? Ludzie w moim wieku nie mają wiele do powiedzenia o miłości.

– Kokietuje Pan. Ludzie w Pana wieku żenią się.
Aleksander Gudzowaty:
Ja też się ożeniłem, 22 stycznia rok temu. Powiem pani, że z miłością to jest tak: kiedy przechodzą pierwsze emocje, napięcie, kiedy życie się stabilizuje, a ludzie nadal lubią być razem, to jest prawdziwe uczucie. Miłość ma swoje podłoże w duszy, a nie w fizjologii. Żeby odkryć, że jest prawdziwa, potrzeba czasu. Ja 15 lat byłem z Danusią, zanim się pobraliśmy. Ślub był dowodem na miłość.

– Czemu żony nie ma przy Pańskim łóżku?
Aleksander Gudzowaty:
Pojechała do Jerozolimy.

– Modlić się o Pana zdrowie?
Aleksander Gudzowaty:
Nie, pojechała zamiast mnie otworzyć konferencję naukową moim referatem „Nauka a religia”. Będzie przyjęta przez Szymona Peresa, prezydenta Izraela i mojego przyjaciela. A wieczorem weźmie udział w modlitwie ekumenicznej pod pomnikiem Tolerancji, który ufundowałem. To monument, ma 24 metry wysokości. Chcemy, żeby powstał ruch tolerancji, bardzo silny, bo świat zmierza w kierunku zniszczenia. Tolerancja może je zahamować, choć to długi proces. Bo w pewnym momencie kłótnie ludzkości mogą zakończyć się tragicznie.

– Ktoś w końcu naciśnie ten guzik? Obchodzi Pana, co będzie po nas?
Aleksander Gudzowaty:
Obchodzi, bo śmierć to tylko zmiana formy bytu. Będziemy istnieć, tylko że w innej postaci. Nie można zamienić się w nic, bo „nic” nie ma. Mam 72 lata i dużo przemyślałem. W każdym razie mój pomnik w Jerozolimie to próba trafienia do sumień, żeby ludzie skończyli zabijać.

– Pana koledzy biznesmeni nie stawiają pomników w Izraelu. W ogóle nie stawiają. Dlaczego Pan się tym zajmuje? Żeby po sobie coś zostawić?
Aleksander Gudzowaty:
Po pierwsze, ja nie jestem maniakiem biznesu. Nigdy nie czułem się biznesmenem. Mam całkiem inne zadania przed sobą. Wyznaję kult duszy, a nie ciała. Nie jestem hedonistą, tylko idealistą. Siedzi pani w sali koncertowej. Niedawno ją zbudowałem. Poszłoby szybciej, gdyby nie moja choroba. Tu odbywają się koncerty i przedstawienia teatralne, jak to bywało przed wiekami. Byli tu wirtuozi muzyki  klasycznej. Operetka. I Cyganie, i teatr Buffo. Jestem pasjonatem dawnej architektury i sztuki. Kiedy słucham muzyki, chciałbym się unieść w powietrze. Ale ciało nie pozwala, więc unoszę się we śnie.

– Choruje Pan wiele lat, a jednak nie dopuścił Pan do tego, by ciało Panem zawładnęło?
Aleksander Gudzowaty:
Wiele lat cierpię na reumatoidalne zapalenie stawów, ale teraz doszło coś nowego. Ta choroba objawiła się z zaskoczenia. Byłem wtedy w Ameryce, tam chcieli mi amputować nogę. Jak to? – pomyślałem. Trzeba uciekać. I uciekłem do Polski.  W szpitalu na Szaserów nogę mi uratowali. A teraz czekam, aż kręgosłup nabierze siły. Wzmocni się. Dlatego muszę leżeć.

– Ślub Pan brał jeszcze na własnych nogach?
Aleksander Gudzowaty:
Tak, byłem wtedy jeszcze bardzo młody (śmiech). Zawsze w bólu, ale sprawny. Wszystko wytrzymałem, choć nie pracowałem w tym czasie.

– Ile Pan stracił przez chorobę?
Aleksander Gudzowaty:
Bardzo dużo kilogramów. Pieniędzy też dużo, bo jestem w ciągłym konflikcie z władzą. Władza, sądząc, że jestem osłabiony, mocno mnie poturbowała. Skoro ma w tym przyjemność, niech jej Bóg wybaczy. To takie małostkowe typy, dosyć prymitywne.

– Już nie jest Pan królem gazu, rząd przejął nad nim kontrolę. Przemawia przez Pana rozgoryczenie, że dogadali się z Putinem za Pana plecami?
Aleksander Gudzowaty:
Żenująca sprawa z tym Putinem. Rosjanie już zrozumieli, że popełnili falstart – dawali mi takie sygnały. Ale mnie się zbiera na wymioty, jak sobie pomyślę, że mój premier mnie nie obronił. Wmawiali ludziom, że jesteśmy takim zielonym punktem na mapie, a przecież nasz dług w Rosji rośnie katastrofalnie. Pisałem o tym w swoim blogu. Eksport trzeba wzmacniać, walczyć o autorytet w świecie. Gdyby 10 lat temu pozwolili mi zbudować rurociąg Bernau–Szczecin, inaczej by to teraz wszystko wyglądało. Bylibyśmy uniezależnieni od Rosji i gaz byłby tańszy. A tak... sprywatyzowano PGNiG, mnie odsunięto...

– Użył Pan w blogu słowa „rozpacz”: „Z rozpaczą piszę o tych wydarzeniach”. Ale przecież czy to takie ważne, że zabrali Panu gaz? Sam Pan nie wie, ile ma pieniędzy. Pan nie zbiednieje.
Aleksander Gudzowaty:
Pani mnie prowokuje? Nie wiem, ale moje konto jest zabezpieczone. Moja rodzina też. Założyłem fundusz ochronny rodziny. Starczy im na to życie i następne. Rozpacz, bo chodzi o Polskę. Byłem wychowany w bardzo patriotycznej rodzinie. Przejąłem od rodziców ich patriotyzm. Gdy jeszcze pracowałem w państwowym przedsiębiorstwie, udzielałem olbrzymiej pomocy Polonii. Od dawna mam tytuł honorowego obywatela Polonii na Białorusi. Przy pomocy księdza, świętej pamięci arcybiskupa Dąbrowskiego, wysyłałem im miliony.

– Dzięki temu lepiej się Pan czuł?
Aleksander Gudzowaty:
Człowiek powinien myśleć sercem. Tego uczyłem mojego syna Tomka: patrz sercem. Może dlatego robi takie wspaniałe zdjęcia?

– Nie poszedł w Pana ślady. Żal, że syn nie przejmie firmy?
Aleksander Gudzowaty:
Żal? Nie. Może dzięki temu będzie spokojniej żył niż ja. Nikt mu nie będzie groził zamachem. Podoba mi się, że ma własne zdanie, własne życie. Zdobył tyle nagród na świecie. Jest dobry w tym, co robi. Mam powody do dumy, podziwiam go i kocham. Co będzie robił młodszy, Michał, jeszcze nie wiem. Na razie pochłania go Internet i motoryzacja. Ja tego nie rozumiem.

– Bo Pan jest z XX wieku, a on z XXI. Poza tym nie musi martwić się o przyszłość. Pan na nią zapracował.
Aleksander Gudzowaty:
Irytuje mnie, gdy jestem postrzegany wyłącznie przez pryzmat konta w banku. Pomawiany o rozbuchanie, bo mam pieniądze. One muszą służyć wyższym celom. Na przykład ten park tutaj. Wie pani, ile w niego włożyliśmy, żeby uratować las, który kupiliśmy od Kampinosu? Kampinosowi daliśmy inne ziemie – taka zamiana. Ale oczywiście zaczęto mnie atakować. Chciałem tu zrobić park ptaków. Mnóstwo drzew tu zasadziłem, dorosłych drzew. Śmiano się: Gudzowaty drzewa do lasu wozi. Już chodzą tu luzem pawie, sowy, gęsi, kaczki. Chciałbym, żeby młodzież szkolna miała tu dożywotnio wstęp. Omówiłem to z wójtem. A przecież mogłem za te pieniądze kupić sobie samolot, jak niektórzy biznesmeni.

– I tak Pan może kupić.
Aleksander Gudzowaty:
To prawda, wolałem jednak włożyć w dom i ogród, bo to da pamięć o mnie. Zawsze marzyłem o lustrach z Murano, nigdy mnie nie było na nie stać wcześniej. No i są tu weneckie lustra. Żyrandole też z Murano – wykwintne cacka, ręczna robota. Kocham kolory i przyrodę. Matka mnie tego nauczyła. Woziła mnie na wieś, pokazywała pola, kwiaty. Uczyłem się od niej tego piękna, cały czas za nim tęskniłem, gdy mieszkałem w betonowych klatkach. Dlatego pewnie miałem taką determinację, by zbudować dom. Razem z Tomkiem zbudowaliśmy go na Żoliborzu. Sami lepikowaliśmy teren pod wylewkę betonową, w upał. To było w roku wybuchu w Czarnobylu. 1986. Żyłem tak, jak całe moje pokolenie. Od pierwszego do pierwszego.

– Ale powodziło się Panu lepiej niż innym. Był pan socjalistycznym VIP-em, dyrektorem Centrali Handlu Zagranicznego Kolmex.
Aleksander Gudzowaty:
Ale jak chciałem dziecku kupić zabawkę za granicą, przeliczałem skrzętnie złotówki. Nasze pierwsze mieszkanie miało 18 metrów. Miałem 50 lat, gdy mnie z Kolmexu wyrzucono. Wysikałem się na wszystko z góry, dosłownie – z balkonu, a potem wymyśliłem płacenie towarami za gaz w Rosji. Na tych towarach zarabiałem, nie na gazie. Pieniądze zaczęły płynąć strugą. Ale niech mi pani wierzy, że to nie one są najważniejsze. Przez tyle lat nie miałem grosza. W młodości starczało mi na tramwaj i kino Wolność za pięć złotych. Ale wspominam te czasy z sentymentem. Prowadziłem kino-kabaret, chciałem kręcić filmy, łódzkie wiadomości dnia robiliśmy. Młodość, dziewczyny, Spatif – w sumie dziadowski, ale wspaniały. Myśmy nie wiedzieli, co to znaczy mieć pieniądze.

– A co to znaczy?
Aleksander Gudzowaty:
Że nie ma barier. Że można pojechać w najbardziej egzotyczny zakątek świata, można zaprosić Teatr Bolszoj z Moskwy i wysłać ludziom darmowe zaproszenia, że...

– Pamiętam, wynajął Pan cały Teatr Wielki. Mówiono: „Gudzowaty szaleje”. Wiele znakomitych osób jednak Pana zlekceważyło – na widowni były puste krzesła.  
Aleksander Gudzowaty:
Na miejsca po niechętnej mi ówczesnej prawicy zaprosiłem młodzież szkół artystycznych. Zapraszałem także La Scalę i Filharmonię Filadelfijską.

– Przyjaźni się Pan z biznesmenami?
Aleksander Gudzowaty:
Nigdy się nie przyjaźniłem. Nigdy nie chodziłem na żadne gale biznesu, tylko do Teatru Wielkiego czasem. Biznesmeni mnie nie lubią przez czarny PR, jaki wokół mnie robiono. Jakiś czas byłem w Radzie Biznesu, ale krótko. To nie mój świat. Mówią o mnie, że jestem „dziki”.

– „Dziki”, bo na własnych urodzinach zbierał Pan z Henryką Bochniarz i Małgosią Niezabitowską datki na Animalsów zamiast kwiatów i prezentów? Dużo uzbieraliście, bo miał Pan kilkuset niebiednych gości.
Aleksander Gudzowaty:
Ale zostałem przy swoich starych przyjaciołach, a z tymi milionerami nie mam kontaktu. Nie umiałbym się chyba przy nich zachować. Z politykami też nie jestem blisko.

– Ale bywają u Pana? Strach Pana odwiedzać, bo może skończyć się to aferą.
Aleksander Gudzowaty:
Mówi pani o Oleksym? Przecież nie miałem pojęcia, że mój ochroniarz, a ściślej bezpieka, go nagrywa. A po co mówił takie okropne rzeczy? Sam się wprosił, ja go nie zapraszałem. Oleksy to... Nie będę już kończył tego zdania. Niewielu z nich cenię. Mazowieckiego, Cimoszewicza. Buzek bardzo mnie zawiódł. Co do Komorowskiego jeszcze nie mam zdania. Natomiast jego żona – świetna kobieta.

– Taka w Pana typie? Postawna brunetka.
Aleksander Gudzowaty:
Lubię brunetki. Ale pierwsza dama ma charyzmę.

– Podobno swojej kupił Pan carską biżuterię? Dobrze jednak mieć pieniądze!
Aleksander Gudzowaty:
Nie kupiłem, chociaż biżuterii podarowałem jej dużo. Dla Danusi związek ze mną był nową sytuacją. Z tłumaczki stała się nagle bardzo bogatą kobietą. Ale muszę przyznać, że stara się być skromna. Podziela moje pasje, nie buntuje się przeciwko nim. W 1997 roku pierwszy milion dolarów, jaki zarobiłem, oddałem na fundację Crescendum est – Polonia  (Rozwijaj się, Polsko) – dla wybitnie zdolnych ludzi.

– A nie na garnitury od Armaniego? Rezydencje? Wypasione samochody?
Aleksander Gudzowaty:
Garnitury szyłem na miarę, bo byłem za gruby na kupowanie gotowych. A na rezydencje też starczyło. Ale to fundacja przynosiła mi prawdziwą satysfakcję. Kilka dni temu wyczytałem w gazecie, że mój stypendysta jest już belwederskim profesorem medycyny w wieku 36 lat i laureatem nagrody dla najlepszego naukowca w Polsce. Inny stypendysta wybrany został w tym roku najlepszym polskim chemikiem. Wreszcie polska perła operowa, Aleksandra Kurzak, to najlepszy debiut w Metropolitan Opera. Dom tutaj, w Wólce, wybudowałem dopiero później. Teraz są tu dwa niedaleko siebie. Jeden dla Tomka, a ten odziedziczy mój drugi syn – Michał.

– Michał jest synem Pana żony?
Aleksander Gudzowaty:
I moim, ma 13 lat. Urodził się, kiedy już od dwóch lat byłem z Danusią. I tyle samo w separacji z pierwszą żoną. Pyta pani, czemu tak długo trwała ta separacja? Chyba żeby syna Tomka nie urazić... Zaraz, gdy dostałem rozwód, kupiłem upatrzony wcześniej pierścionek z ładnym brylantem i pojechałem się oświadczyć. Zadzwoniłem, żeby Danusia przyjechała do mnie do biura, i tam jej go wręczyłem. Nie spodziewała się, pewnie już myślała, że nigdy się nie pobierzemy. Tyle lat mieszkaliśmy przecież razem bez ślubu. Ale jest coś w kobietach, że poza miłością chcą mieć papier (śmiech).

– A Pan nie? Dlaczego właściwie się Pan ożenił?
Aleksander Gudzowaty:
Bo nasz związek z Danusią jest bardzo trwały i silny. Nigdy się nie pokłóciliśmy, nigdy. Czasem nawet zastanawiamy się, dlaczego się nie kłócimy i co wpływa na to, że tworzymy taki udany związek. Jak ją poznałem, była mężatką. Ale nie ukrywałem przed jej mężem mojego uczucia. Mało tego, powiadomiłem go o nim sam. Byliśmy wtedy z Danusią we Francji. Dostałem ataku arytmii. Pani wie, jak to jest? Serce wariuje, człowiek myśli, że umiera. Wysłałem wtedy faks do jej męża, że kocham jego żonę. Bo jakbym umarł, to chciałem, żeby wiedział, że to nie była przygoda, tylko silne uczucie. A potem poprosiłem go o zgodę na  rozwód i o rękę Danusi. Mówię: „Może to nie wypada, ale proszę pana uczciwie”. Między nimi już się wypaliło, więc zgodę wyraził. Śpieszyłem się z tym naszym ślubem dlatego też, żeby Michał miał wreszcie prawdziwego ojca i nazwisko. Uwielbiam tego chłopca. Taki jest duży, piękny, mądry. Baby będą za nim szaleć. Już za nim szaleją koleżanki. Dla Michała warto żyć. Wie pani, jak ja kocham żyć? Nawet gdy po każdym kroku – od wczoraj trochę wstaję – bolą mnie kolana, kostki, a łzy same ciekną po policzkach. Ja chcę żyć dla moich synów. Mam z nimi doskonały kontakt. I nie pamiętam, jaki już jestem dorosły.

– I jest Pan, i nie jest. Mężczyźni nigdy nie dorastają tak naprawdę.
Aleksander Gudzowaty:
Może dlatego nie czuję lat, że jestem bardzo szczęśliwy? Kilka dni temu przyglądałem się Danusi, jak chodziła po bibliotece. „Wiesz, ja cię coraz bardziej kocham”, powiedziałem ni stąd, ni zowąd. Poczułem potrzebę wyznania jej tego, co czuję, bo gdy widzę, jak się porusza, jaka jest zgrabna, ile ma wdzięku, to ją wielbię po prostu. Znam dużo pięknych i mądrych kobiet, ale ona dla mnie jest jedyna, wyjątkowa.

– Dochodzimy więc do sedna – nie pieniądze, a miłość jest najważniejsza?
Aleksander Gudzowaty:
Nie konto, a serce. Moi rodzice cały czas byli w sobie bardzo zakochani. Ojciec całował mamę w rękę za każdy posiłek. O miłości moich rodziców myślę z szacunkiem i jestem wdzięczny Bogu, że też do takiego portu dopłynąłem. Miłość jest bardzo ważna, lecz dla mnie liczy się jeszcze coś innego. Wie pani, że dostąpiłem wielkiego zaszczytu? Zostałem wyróżniony przez Żydów bardzo prestiżowym międzynarodowym odznaczeniem. Nagrodą imienia Teddy’ego Kolleka za istotny wkład w życie Jerozolimy. Mają mi ją wręczyć 2 czerwca w parlamencie izraelskim. Pani pierwszej o tym mówię.

– Ciekawe, jak w Polsce – kraju dalekim od tolerancji, pełnym ksenofobii – przyjmą tę informację?
Aleksander Gudzowaty:
Przyjmą źle, ale trudno. Dla mnie najważniejsze, że ta nagroda pomoże stosunkom polsko-żydowskim. I że moja działalność na rzecz tolerancji jest dla nich tak znacząca.

– Pojedzie Pan sam ją odebrać?
Aleksander Gudzowaty:
Mam taką nadzieję. Mam nadzieję, że znów będę mógł podróżować. Co roku robiłem sobie miesięczny urlop, jechaliśmy gdzieś z Danusią. Miałem w Prowansji dom – bardzo go lubiłem. Ale w rozliczeniu majątkowym dałem go Tomkowi i byłej żonie. Syn tam nie zagląda, nie ma czasu. Chciałbym więc, żeby jego córka – moja wnuczka Zosia – jeździła do Prowansji pod moją opieką. Teraz przybędzie wnuk Aleksander. Może on też pokocha Prowansję? Ja tak wyobrażam sobie przyszłość – z synami, wnukami, Danusią. Doceniam rodzinę. Kiedyś żyłem skromnie, ale miałem rodziców. Ciągle za nimi tęsknię. Wiem, że są gdzieś tutaj, w tej innej formie bytu.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Piotr Porębski/METALUNA
Stylizacja: Jola Czaja
Asystentka: Magda Smus
Makijaż: Beata Milczarek/METALUNA
Fryzury: Sylwia Habdas/METALUNA
Rekwizyty: Barbara Dereń-Marzec
Produkcja: Elżbieta Czaja

Newsy
Ivan Komarenko tęskni za Rosją, kocha taniec i snuje plany. "Kariera. Albo ona, albo miłość"
Młody, przystojny, pożądany przez kobiety i mężczyzn. Jego „Czarne oczy” nuciło pół Polski, teraz podbija serca, występując w „Tańcu z gwiazdami”. W Vivie! szczerze mówi o seksie z dużo starszą kobietą, pogłoskach na temat swojego homoseksualizmu i bezwzględnej drodze do kariery.

Krystyna Pytlakowska: O czym Pan rozmyśla w samotności?   Ivan Komarenko: Czemu pani o to pyta? – Bo wydaje mi się, że jest w Panu i jasność, i mroczność. Nie mam czarnych myśli. – Ale miewa Pan depresje? Kiedyś miałem. Ważne, żeby jasność i mroczność były w człowieku w odpowiednich proporcjach. Jak noc i dzień. – Ciągle Pana podejrzewają o to, że jest Pan gejem. Nie jestem. Piszą tak o mnie, zwłaszcza w Internecie, bo stałem się popularny. Wielu znanym osobom przykleja się taką etykietkę. Homoseksualiści osiągają często wielkie sukcesy i chcieliby widzieć u innych robiących karierę tę samą orientację seksualną. Na zasadzie: „On tak pięknie rozumie świat, więc musi być gejem”. Spotkałem się z czymś takim. Ja z homoseksualistami współpracuję w wielu dziedzinach, to bardzo wrażliwi ludzie. Bez gejów świat byłby straszliwie nudny. Ale sam gejem nie jestem. – Ze swoją delikatną urodą może się Pan podobać. Gdy ostatnio byłem w Egipcie, na ulicy co krok podrywali mnie Arabowie: „Może pan usiądzie?” „Może herbatki?” – I co Pan odpowiadał? „Dziękuję, bardzo smaczna herbatka, ale muszę już iść”. – Na pewno był Pan też narażony na zaczepki po ucieczce z domu, 10 lat temu. Taki młody, niedoświadczony chłopak to wspaniały cel ataków? Miałem wtedy 19 lat i rzeczywiście byłem często podrywany. Miałem twarz prawie dziewczęcą, dłuższe włosy. Gdy szedłem w Moskwie ulicą, co kwadrans zaczepiał mnie jakiś mężczyzna. – Nie miał Pan ochoty wykorzystać tego, żeby ustawić się w życiu? Mnie nigdy nie interesowało chodzenie na łatwiznę. Zawsze miałem w sobie taką dumę, że sam dużo zrobię, bez kupczenia ciałem. Gdybym kupczył, to pewnie wcześniej bym coś osiągnął. Ale sukces jest...

Paweł Wilczak
Piotr Porębski / Metaluna
Newsy
Paweł Wilczak: "O szczęście trzeba się bić"
Namówić go na zwierzenia? Trudna sztuka. Ale nie niemożliwa. W tej rozmowie Paweł Wilczak odkrywa niejedną tajemnicę.

– Ładny pierścień. Ale to chyba nie jest sygnet rodowy? Paweł Wilczak: Pierścień Atlantów, uwielbiam ten wzór. Jestem fanem biżuterii. – Myśli Pan, że to męskie? Paweł Wilczak: Droga pani, męstwo nie wyraża się w tym, czy ktoś nosi biżuterię, czy nie, tylko jak się zachowuje w konfrontacji z życiem, z kobietą, w przestrzeni kawiarni, sypialni, w kwestii miesięcznych wydatków. Tam się okazuje, czy ktoś jest męski. I nie ma znaczenia, czy nosi przy pasie broń, na palcu sygnet, czy może farbuje sobie włosy na klacie. – Rozmawiam z twardzielem. Przez długie lata zatrzaskiwano Panu drzwi przed nosem, a Pan już pukał do kolejnych, tak uparcie chciał być aktorem. Paweł Wilczak: Za dużo być może naoglądałem się w młodości amerykańskich filmów, gdzie taka droga była naturalna. Bo dla mnie była, ale pod koniec lat 80. w Polsce ludzie pukali się w głowę, jeżeli mówiłem, że po szkole filmowej chcę choćby i podawać pomidorową, czekając na rolę. Bo jakże to wypada! Nigdy się z czymś takim nie zgodzę. – Kino Pana interesowało od zawsze? Paweł Wilczak: Jako dziecko, odkąd miałem może z dziesięć lat, zawsze uciekałem do kina. Pierwszy film? „Winnetou”. Grał go Pierre Brice, był wielką gwiazdą mojej młodości. Na „Hair” pobiłem rekord, byłem ponad 20 razy. Potem, pamiętam, zachłysnąłem się „Wejściem smoka”. Bruce Lee to był fenomen. Byłem i jestem pasjonatem, fanem kina. Wszystkiego, co dzieje się przed, za kamerą czy obok niej. – Fanem siebie też? Czy też patrzy Pan i myśli: tam bym poprawił? Paweł Wilczak: Może być inaczej, lepiej, tak myślę. I nie przepadam za patrzeniem na siebie. A jeśli kogoś pytam, to zawsze: „Mów, co do dupy?”. I to dla mnie jest istotniejsze. – I co Pan słyszał po tych pierwszych odcinkach...

Robert Kozyra
Marlena Bielińska
Newsy
Robert Kozyra: "Uciekłem z więzienia"
W niezwykle szczerej rozmowie zdradza, ile lat nie spał, jak uniknął paraliżu i dlaczego wciąż czeka na miłość…

– Mówią do Pana „misiu”? Robert Kozyra: Nie. Dlaczego? – Wszyscy spodziewali się krwiożerczego prezesa na fotelu jurora „Mam talent!”. A siadł tam słodki misio przytulanka. Robert Kozyra: Chce pan być złośliwy czy oryginalny? Nie ma sensu, żebym kogoś łoił publicznie tylko dla taniego efektu. Gdy mi się coś podoba, po prostu to mówię. A jeśli chce pan się przekonać, jaki mogę być ostry, niech się pan zgłosi do „Mam talent!”. Nie jestem ani misiem przytulanką, ani facetem, który biega po Warszawie z siekierą. To media doprawiły mi gębę. A mnie szkoda czasu, by z nią walczyć. Zamiast przejmować się tym, co kto o mnie mówi, wolę się dobrze bawić. – Tańcząc na rurze? Prezesie, to nie wypada! Robert Kozyra: Bez przesady. Jest pan zbyt konserwatywny. To jest show. Robiłem w życiu zabawniejsze rzeczy. Poza tym nie uważam, bym w ten sposób nadwyrężał swój wizerunek. Odwiedziłem niedawno jedną z najlepszych kancelarii w Warszawie. Adwokat, którego znam ponad 15 lat, po raz pierwszy nie rozmawiał ze mną tylko o biznesie. Ożywił się, mówiąc: „Oglądaliśmy z żoną, jak pan tańczył na rurze. To było świetne!”. 30-sekundowy numer na rurze bardziej go poruszył niż kontrakt z CNN-em, przy wynegocjowaniu którego mi pomagał. Ludzie mnie ciągle zaskakują. – Pan potrzebuje być w centrum uwagi? Robert Kozyra: Niespecjalnie. – I dlatego poszedł Pan do programu z wielomilionową widownią? Robert Kozyra: Nie. Chcę po prostu fajnie żyć. Program jest hitem TVN-u i udział w nim sprawia mi dużą przyjemność. – A w tym fajnym życiu chce Pan być celebrytą? Robert Kozyra: Broń Boże! To nie dla mnie. –...

Nasze akcje

Nowa kolekcja Lilou zachęca do świętowania wspólnych chwil

Partner
Pomysł na prezent: perfumy Tom Tailor

Te perfumy symbolizują drogocenne chwile szczęścia i spokoju

Partner

Niebanalna i ponadczasowa biżuteria Pandora zachwyca blaskiem

Partner

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner