Szczere wyznania

Agnieszka Petelicka: "Już się nie boję" – wywiad z wdową po szefie GROM-u

Byli z dwóch różnych światów. On, niczym James Bond, oficer wywiadu, z ułańską fantazją. Ona – niepokorna z natury, urzeczona jego brawurą. Zero szans na stabilny związek. Spotkały się jednak dwie bratnie dusze. „Ludzie pamiętają generała Sławomira Petelickiego jako szefa GROM-u i wojownika. To był twardziel z sercem na dłoni”, wspomina żona Agnieszka Petelicka, dwa lata po jego tragicznej śmierci, w poruszającej rozmowie z Elżbietą Pawełek.

– W końcu dała się Pani namówić na rozmowę.


W końcu tak. Powoli wracam do normalnego życia, w dużej mierze dzięki dzieciom, które chciałyby mieć taką samą mamę, jak przed śmiercią taty. Wesołą, zaangażowaną w ich sprawy. Już łatwiej mi o tym mówić, choć wraca pytanie: czy można było zrobić coś więcej, żeby zapobiec tej tragedii? 

– Pozostał żal, że generał odszedł tak nagle, bez pożegnania?


To była tak drastyczna śmierć, że potrzebowałam wiele czasu, aby uporządkować myśli i emocje. Dziś wiem, że sobie poradzę. Wyzbyłam się lęku przed przyszłością. Zamiast żalu jest wdzięczność za wspólnie spędzone lata. 

– Ile ich było?


Dwadzieścia trzy. Niestety, doszło do wielkiego dramatu, który nie powinien mieć miejsca. Dopiero teraz, kiedy to zaakceptowałam, odzyskałam spokój.

– Zainicjowała Pani założenie Stowarzyszenie Siła i Honor im. generała Sławomira Petelickiego?


Tak, bo mąż był postacią niezwykłą i niepowtarzalną, wzorem dla wielu ludzi. Był opiekuńczy nie tylko w stosunku do mnie, dzieci i rodziny, ale i swoich żołnierzy. Postanowiłam z grupą jego przyjaciół i byłych pracowników, między innymi pułkownikiem Ireneuszem Skrzeczem, prezesem Stowarzyszenia, z którym Sławek współtworzył GROM, kontynuować jego dzieło. Chcemy nieść pomoc byłym żołnierzom i oficerom jednostek specjalnych Wojska Polskiego, a także ich rodzinom. Udało mi się zorganizować Wigilię dla dzieci żołnierzy poszkodowanych na misjach. Budujemy bazę pod obozy sportowe „gromiki”. A od ponad pół roku z garstką byłych komandosów i wojskowych z Sił Powietrznych pracuję nad organizacją Festynu Patriotycznego „Tobie Ojczyzno”.

– Festyn zaczyna się 13 września, w dzień urodzin generała. Mówił, że trzynastka to jego szczęśliwa liczba.


To prawda, trzynastego zawsze podpisywał najważniejsze dokumenty i podejmował najważniejsze decyzje. GROM powstał 13 lipca 1990 roku i na jego sztandarze figuruje trzynastka. Trzynastki są obecne teraz i w moim życiu. Na początku roku codziennie pojawiały się w mojej komórce. Jak wsiadałam do samochodu Sławka, najczęściej była 13.13. To zaczęło się dziać, kiedy podjęłam współpracę z gromowcami. Tak jakby mój mąż wysyłał mi sygnały, że przestał się o mnie niepokoić, bo jestem z właściwymi ludźmi, na których mogę liczyć.

– Wielu ludziom wciąż jednak trudno uwierzyć w jego śmierć, bo czy agent wywiadu, dowódca żołnierzy GROM-u, człowiek, który musiał być z kamienia, by przetrwać, mógł popełnić samobójstwo? Może ktoś go do tego zmusił?


Opinia publiczna zna mojego męża jako niezłomnego człowieka. Ale żeby zrozumieć jego intencje, trzeba by głęboko wejść w jego psychikę, czego pewnie by sobie nie życzył. Na niektóre pytania nie ma odpowiedzi.

– Usunięcie go z GROM-u, który sam wymyślił, a potem tworzył, musiało być ciosem w serce. Zawaliło mu się życie.


To było jak odebranie ojcu ukochanego dziecka. Sławek przeszedł potem do biznesu, gdzie przez 10 lat działał z sukcesem. Ale biznes nigdy nie zastąpił mu GROM-u.

– Był bardzo krytyczny wobec tego, co działo się wokół. A kiedy zabrakło mu prawdziwej walki i jednostki, zaczął wojować z wieloma ludźmi.


Miał naturę wojownika. Do końca był sobie wierny. Jego marzeniem, po odejściu z GROM-u, było stworzenie rządu fachowców. Uważał, że na jego czele powinna stanąć kobieta, bo wierzył w siłę kobiet. Chciał jeszcze coś dobrego zrobić dla kraju, wykorzystać zdolności i wiedzę żołnierzy, którzy po odejściu z jednostki przez wiele lat nie zostali zagospodarowani.

– W GROM-ie nazywali go ojcem.


Bo Sławek był takim człowiekiem, do którego wszyscy zwracali się ze swoimi sprawami. Na przyjęciach rodzinnych siedział na głównym miejscu, jak ojciec chrzestny, więc po uroczystości każdy podchodził do niego, aby zasięgnąć rady. Zawsze miał rozwiązanie i obiecywał pomoc. Był tym silnym, który innych wspiera. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, że mógł być u kresu wytrzymałości. Naprawdę, świetnie to maskował. To był mężczyzna, który wybrał wieczny honor. Dla niego oprawa była ważna, nie zezwalał sobie na słabości…

– I cytował swojego dziadka, który mówił: „Pan Bóg nie lubi tchórzy”.


Dziadek, który ukończył szkołę podoficerską przed wojną, był dla niego autorytetem. Sławek, podejmując tę drastyczną decyzję, może uznał, że nie jest już wojownikiem, który może zapewnić rodzinie i innym należytą opiekę.

– Jak się poznaliście, to była miłość od pierwszego wejrzenia?


Ponad 20 lat temu spotkało się dwóch sowizdrzałów, między którymi było pokrewieństwo dusz. Sławek miał silną, dominującą osobowość, a ja jestem niepokorna z natury i wiem, czego chcę. Między nami iskrzyło, ścierały się dwa trudne charaktery. Ostatnio syn powiedział: „Mama, muszę nad sobą popracować, bo zauważyłem, że mam w sobie taką małą Agnieszkę” (śmiech). A starsza córka Sławka, z pierwszego małżeństwa, wspaniała dziewczyna, mówi: „Agnieszka, zachowujesz się dokładnie tak jak mój tata”.

– Ale szybko, jako młoda dziewczyna, zdecydowała się Pani wyjść za generała?


Nie był jeszcze generałem, tylko podpułkownikiem, a nazwisko Petelicki nie było powszechnie znane. Jednostka GROM, którą właśnie tworzył, była ściśle tajna. Jednocześnie dążył do ślubu, żeby nic nie stanęło na drodze naszego szczęścia. A tu cała rodzina próbowała mi go wyperswadować. Na stabilizację i spokojny związek się nie zanosiło. Ale urzekł mnie swoją odwagą, brawurą i bezgranicznym oddaniem swojej pasji.

– W jednym z wywiadów, już po stworzeniu GROM-u, powiedział: „Jestem w tej chwili najszczęśliwszym człowiekiem, ponieważ nikomu nie podlegam. Co prawda żona próbuje mi czasem wydawać rozkazy, ale ja nie wszystkie wykonuję”.


To prawda. Nasz dom zawsze sprawnie funkcjonował. Sławek, tak jak ja, cenił perfekcjonizm. Z wyjątkowym smakiem dobierał meble. Potrafił zdobyć zabytkowy sekretarzyk w Desie, choć jak się okazało, przed chwilą został sprzedany. Ale Sławek użył wszystkich forteli, by odkupić mebel.

– Jak pojawiły się dzieci, najpierw Kacper, a potem Emilka, jakim okazał się ojcem?


Rozpieszczał je niesamowicie, był tym dobrym policjantem, mówił: „Idźcie do mamy, ona was ukarze”. Po jego śmierci usłyszałam od dzieci: „Nie ma już taty, nie ma kto nas bronić, więc musisz być dla nas bardzo dobra”. Nasza córka była traktowana przez Sławka jak księżniczka. Kiedy wychodził do pracy, żegnała go: „Kochany Sławomirku, życzę ci miłego dnia”. I wtedy on rósł. Stworzyliśmy bardzo ciepły dom. A jak wracaliśmy do niego, synek krzyczał: „Mamusiu!”, córeczka: „Tatusiu!”. Teraz Kacper trenuje judo pod okiem byłego gromowca, Emilka zaś szermierkę. To mali wojownicy.

– Podobno generał był przewrażliwiony na punkcie ich bezpieczeństwa.


To prawda. Dochodziło czasami do śmiesznych sytuacji, jak podczas wakacji w Egipcie. W autobusie nie było pasów bezpieczeństwa, więc Sławek natychmiast zrobił je z własnych rąk, oplatając nimi dzieci.

– Czuła Pani, że ma przy sobie wyjątkowego męża?


Tak, wszystkie przyjaciółki mi go zazdrościły. Teraz też mówią, że takiego mężczyznę trudno będzie mi jeszcze spotkać. Przez te wszystkie lata czułam jego ogromne zaangażowanie i adorację. Doskonale się rozumieliśmy i stąd, mimo trudnych charakterów, umieliśmy razem funkcjonować. U nas nigdy nie było cichych dni.

– A jak mąż coś przeskrobał, to umiał przeprosić?


Tak. Mówił najczęściej: „Otwórz szufladę”. Otwieram, a tam broszka wypatrzona przeze mnie w antykwariacie na Nowym Świecie.

– Nie złościła się Pani, że czasem GROM był dla niego ważniejszy od rodziny?


I tutaj byliśmy ze Sławkiem podobni, bo również zatracam się w pracy. Dzieci teraz mobilizują mnie, żebym wcześniej wracała do domu. Zawsze jednak staraliśmy się znaleźć czas na wspólne wakacje, choć inicjatywa wychodziła ode mnie. Sławek tylko pytał: „A dokąd szefowa nas zabiera?”. Mówił: „Nigdy nie nudzę się z moją żoną”. Kiedyś miałam wyjechać sama do Kambodży, a Sławek mówi: „Nie wyjeżdżaj, bo jak nie wrócisz, sam nie wychowam dzieci. Ale ty beze mnie świetnie sobie poradzisz”. No i zostałam. Uważał mnie za silną i dał mi tak dużo wiary w siebie, że chociaż odszedł, bez obaw podejmuję się trudnych zadań.

– Żyjąc z generałem, cały czas była Pani aktywna zawodowo?


Pracowałam w korporacji, potem prowadziłam fundację, a przez siedem ostatnich lat własną firmę. Produkowałam filmy reklamowe i dokumentalne, organizowałam festiwale filmowe. Syn, jak był malutki, przyszedł do mojego biura, rozejrzał się i powiedział: „Mama, nie spodziewałem się, że tak daleko zajdziesz” (śmiech). Wiadomo, że trudno mi będzie dorównać osiągnięciom męża, ale ze względu na nie muszę iść do przodu.

– Widząc, z jaką determinacją podchodzi Pani do nowych zadań, wydaje się, że generał wychował sobie żonę na przybocznego żołnierza?


Życie ze Sławkiem naznaczyło mnie niczym tatuaż. Widzę to również wśród gromowców, jak wiele mają z niego: odwagę, upór. Całym sercem zaangażowałam się w działalność Fundacji Byłych Żołnierzy Jednostek Specjalnych GROM, której celem jest aktywizacja zawodowa dawnych żołnierzy. Mąż zainicjował jej powstanie 17 lat temu. Uważał, że świetnie wyszkolony żołnierz, nawet po zakończeniu służby, powinien służyć innym.

– Generał rządził GROM-em twardą ręką, wymagał niezwykłego hartu ducha od swoich żołnierzy. Ustawił poprzeczkę bardzo wysoko…


Dopiero teraz, po śmierci Sławka, widzimy, jak dobrym był przywódcą. Stworzył ze swoich żołnierzy elitę elit. Z wielkim wzruszeniem obserwuję pracę nowego prezesa Fundacji, podpułkownika Adam Lizonia, byłego dowódcy zespołu bojowego GROM-u, który włączył się do działań z ogromnym zaangażowaniem. Ja zaś, czując się kontynuatorką tego, co zaczął mąż, od niemal roku jestem wiceprezesem. Myślę, że doceniłby nasz trud.

– Odkrywa Pani jego nowe oblicze?


Ciągle czegoś się o nim dowiaduję. Na pogrzebie podchodzili obcy ludzie i dziękowali za jego pomoc i szczodrość. Syn opowiadał, że jak był z nim na meczu piłki nożnej, to tata całej drużynie kupił pizzę. Miał gest.

– Powiedziała Pani, że jest w niej cząstka jego duszy?


Czuję, że mam z nim telepatyczną więź. Jestem z dziećmi na wakacjach i szukam go wzrokiem na plaży, bo wydaje mi się, że za chwilę do nas przyjdzie. Podobnie jest na oficjalnych przyjęciach. Myślę, że Sławek wie, co się dzieje w naszym życiu.

– Już się Pani uśmiecha?


Sławek cenił we mnie tę pogodę ducha. Na pewno jednak to, co się stało, pozostanie we mnie na zawsze. Choć przybieram maskę osoby przebojowej, bo taka muszę być, rozmawiając z ludźmi, to w środku wciąż jest smutek. Po tragicznych wydarzeniach zawsze pojawia się mnóstwo pytań i dylematów, czasem trzeba odbyć wędrówkę w głąb siebie, poszukać nowych wartości. Na Święcie Wojsk Specjalnych Alicja Majewska zaśpiewała piękną piosenkę „Nie sztuka wybudować nowy dom”. Jedna zwrotka perfekcyjnie pasuje do mojego życia: „…to nie sztuka z cudzej studni wodę pić/zbierać cudze zasługi i winy/sztuka swoim własnym rytmem życia śnić/znaleźć źródło najsuchszej pustyni”. Tak naprawdę, muszę budować siebie na nowo i pracować nad rozwojem Fundacji. A jednocześnie już nie mogę doczekać się października, kiedy zacznę podyplomowe studia na Akademii Obrony Narodowej i Uniwersytecie Warszawskim.

– Co teraz, Pani Agnieszko?


Wszystkie siły skupiamy na Festynie Patriotycznym, na który serdecznie zapraszamy warszawiaków na Cypel Czerniakowski 13–14 września. Specjalnym wydarzeniem będzie Memoriał Generała Sławomira Petelickiego, podczas którego zobaczymy wyjątkowy pokaz jednostek specjalnych na Wiśle. Będzie można też obejrzeć wystawę sprzętu wojskowego i innych służb mundurowych, pokaz rekonstrukcji historycznej i mnóstwo innych atrakcji, których nie udałoby się przygotować bez wsparcia ministra obrony narodowej i ministra spraw wewnętrznych.

– Skąd w Pani tyle siły?


Znalazłam w książce buddyjskiej zdanie o ogólnym prawie życia: „Jeśli myślimy o sobie, napotykamy problemy. Jeśli jednak myślimy o innych, to mamy porywające zadania do wykonania i zawsze znajdziemy potrzebną do tego przestrzeń”. To będzie pośmiertny hołd oddany mojemu mężowi. Teraz, gdy nie ma go z nami, muszę dbać o jego honor i pamięć o nim. Dla moich dzieci.

– Jak zniosły jego nagłe odejście?


Okazały się bardzo dojrzałe. Tęsknią za tatą, ale zaakceptowały jego wybór, bo zrozumiały jego decyzję. Powiedziały, że tata byłby nieszczęśliwy, gdyby nie mógł robić tego w życiu, co kochał. A on pozostał do końca wierny swojej idei i wartościom.

– Odszedł bohater?


Dla mnie i dla dzieci był bohaterem, zawsze wobec nas fair. Dla swoich żołnierzy okazał się wielkim autorytetem. Po jego śmierci podniosłam rzuconą przez niego rękawicę. Dużo pracuję, czasem na granicy wytrzymałości, jak przy Festynie. I jak jego przyjaciel mówi: „Sławek byłby z ciebie dumny”, to dla mnie największy komplement.

Rozmawiała: Elżbieta Pawełek

Więcej na temat Agnieszka Petelicka
Przeładuj

Czy "rodzinka.pl" wróci?! Tomasz Karolak ma doskonały pomysł! Ale czy to możliwe?

zobacz 02:33