– Niedawno pochowałaś męża, trwa żałoba, a już chodzisz po bankietach!


Pokazuję się publicznie, bo myślę, że Marek życzyłby sobie, żebym prowadziła normalny tryb życia. Siedzenie we włosiennicy, w pokutnym stroju, zamknięcie się na cztery spusty w samotności niczego nie zmieni. Zresztą myślę, że żałobę ma się w sobie. W sercu, w głowie. Przecież ciągle słyszę jego głos. Jego sformułowania, jego komentarze... „nie napinaj się, nie mów w takim napięciu, bo ci żyła na szyi nabrzmiała, mów tekst spokojnie, będzie dobrze, zobaczysz...” On jest ze mną i nic tego nie zmieni, nawet wtedy, gdy chodzę w kolorowych bluzkach i uśmiecham się do zdjęć. On jeden mówił mi rzeczy, które działały jak zimny prysznic i tylko jego się słuchałam... czasem. Jak inny mężczyzna mówił mi sto komplementów, to nie miało takiego znaczenia, jak jeden od Marka: „No… dobrze!” Kogo obchodzi, czy mam jego zdjęcie i mówię do niego rano, gdy zaczynam dzień, czy…

– A tak robisz?


Robię! Dużo łatwiej rozmawiać z fotografiami, z ulubionymi zdjęciami w wersji młodej i starej. Na jednym zdjęciu Marek wygląda jak młody bóg. To drugie to Marek starszy, siedzi w swoim ulubionym fotelu. Marek siedział w nim w okresie depresji, w czasach radości, w chwilach przemyśleń, zdarzało mu się w nim drzemać. Nie mogłam tego fotela wyrzucić ani sprzedać, postawiłam go w moim maleńkim mieszkaniu. Siadam w nim i wtedy mam takie „Markowe” chwile.


– Często chodzisz na cmentarz?


Nie lubię cmentarzy. Cmentarz mnie przeraża. Nie mogę sobie tego uświadomić, że on tam jest, że tam są jego prochy. Na razie zdecydowałam, że na grobie Marka położę taki wielki Janosikowy Kamień. A na kamieniu będzie tylko imię, nazwisko i daty.

– Płaczesz czasami?


Nie pękłam na pogrzebie. Płakałam wcześniej, gdy był kremowany. Rozleciałam się psychicznie. Nie wytrzymałam też w programie Ewy Drzyzgi, kiedy niespodziewanie zobaczyłam fragment „Janosika”. Ewa powiedziała: „Teraz sobie możesz na niego popatrzeć”. I pokazano fragment, który nawet wtedy, gdy Marek żył, robił na mnie wrażenie. To ta końcowa scena filmu, gdy będą go wieszać. Bardzo kiczowaty obraz, który każdego zmusi do łez, a cóż dopiero żonę, która straciła ukochanego męża. Pamiętam premierę filmu w Zakopanem w 71 roku. Siedziałam obok Marka i przy tej nieszczęsnej scenie zaczęłam pociągać nosem. A Marek: „Co ty robisz? Zwariowałaś?” „To straszne, okropne”, odpowiedziałam. „Same łzy mi lecą”. On na to: „Przecież ja żyję, Kiciuśku, nie umarłem, jestem, nie martw się”. I to właśnie przypomniało mi się u Drzyzgi. Staram się nie robić takich ostentacyjnych rzeczy pod publiczkę, nie znoszę tego, ale tym razem nie wyszło. Niektórzy jednak tego nie rozumieją. Dostałam list od kobiety, która napisała: „Nie widziałam u pani ani jednej łzy na pogrzebie...” Ale żeby ta pani miała świadomość, ile proszków łyknęłam, żeby właśnie nie płakać, to pewno by tego do mnie nie napisała. Wiem natomiast, co by mówił Marek: „Nie rób scen, Kiciu! Musisz trzymać fason. Teraz za nas oboje”.

– Śni Ci się Marek?


Śnił mi się tylko raz... Pojawił się, nie wiem, skąd. „To TY jesteś?” A Marek: „No jestem”. Poczułam dziwną ulgę, którą trudno porównać do czegokolwiek. Pamiętam, że przyłożyłam policzek do jego policzka, był rozgrzany, taki ciepły, zaróżowiony, jaki miewał po poobiedniej drzemce... Obudziłam się i zrozumiałam, że to nieprawda. Poczułam dojmujący żal. Pokażę ci coś. Widzisz, w telefonie mam jeszcze numer Marka pod tytułem: „Aa to mąż”. Nie mogę go wykasować. Zdarza mi się tam zadzwonić, ale odbiera ktoś inny.

– Ludzie mówili o Was różne rzeczy…


Mówili, że mieszkamy osobno, że to nie jest małżeństwo... Marek twierdził, że mogłabym mieszkać na drugim końcu świata i byłabym z nim zawsze, bo nikt na świecie się tak naprawdę dla niego nie liczył. Ma się przyjaciół, ma się flirty, ma się tajemne spotkania, ale ta największa miłość nigdy nie przemija. Mówi się, że po czterdziestu latach kochamy tak samo, jak kochaliśmy pierwszego dnia. To jest prawda i nieprawda. Ta miłość jest dojrzalsza, ale inna. Na początku jest wariactwo, szaleństwo feromonów i seksu, posiniaczonych, pogryzionych ud, kompletne zaślepienie, zauroczenie. Wiesz, to była siła rażenia, która uformowała nasz związek na 44 lata 4 miesiące, 23 dni i 7 godzin. Przetrwał trzęsienia ziemi i różne pomysły na życie... ale jedno jest pewne: pozostało głębokie przywiązanie i przyjaźń, świadomość, że ten ktoś jest jedyny na świecie. Ludzie mogą sobie mówić, co chcą! A ja wiem, że przez całe nasze życie nie myślałam o nim tyle razy dziennie, co teraz. Nawet gdy otwieram szafę, idąc na jakiś bankiet... Ta bluzka? Nie, Marek by powiedział... „Nie, Kiciu, starszy człowiek nie może już zakładać takiej przezroczystej bluzki” ...No fakt, nie może... i zakładam czarną, wprawdzie bez pleców, ale jego ukochaną suknię.

– Te Twoje ubrania, przezroczyste bluzki, brak stanika…


Chcę się pokazać z dobrej, fajnej strony. Lubię rzeczy ryzykowne, bo to dodaje pieprzu. Marek wiedział, że jest to dla mnie rodzaj zabawy. Jakież nudne byłoby życie, gdybym ciągle ubierała się w jakieś kostiumiki, garsonki z szaliczkiem pod szyją. To nie w moim stylu. Uwielbiam zrobić coś na przekór. Być starszą panią     bez godności czy jawnogrzesznicą z pewnym, powiedzmy, wdziękiem i może nawet seksapilem?

– Bardzo jesteś emocjonalna.


Jak kocham, to kocham. Jak nienawidzę, to nienawidzę. Szarość nie wchodzi w grę. Mam jeszcze coś okropnego w swoim charakterze. Mszczę się w sposób straszliwy. Uderzam precyzyjnie. Zemsta zresztą bardzo często przychodzi sama i wtedy mam satysfakcję. Wiem, że to dość straszne. Marek znał tę cechę i całe życie uczył mnie tolerancji i wybaczania. Niestety, nie do końca mu się to udało. Ale jestem na dobrej drodze...

– Spotykasz się z krytyką otoczenia?


Ludzie reagują negatywnie na to, że się pojawiam, że bywam, że normalnie żyję. Jedni mówią: „Pokazuje się, śmieje się, ja bym tak nie mogła”. Na szczęście tak zachowuje się tylko garstka. Większość zaakceptowała mnie z całym dobrodziejstwem inwentarza, z moimi słabościami, gadatliwością, sceptycyzmem, ale na pewno z entuzjazmem do życia. Dostaję dużo listów od ludzi, ostatnio wiele z więzienia we Wronkach – jestem chyba ulubienicą więźniów. Dostaję listy ze szkół, od prywatnych osób. Na sto listów w dwóch, trzech ludzie krzyczą na mnie, że bywam i jak śmiem?! Odpowiadam: śmiem, ponieważ nie mam 16 lat, lecz trochę więcej i mam przed sobą tylko jakąś ilość lat do przeżycia. A teraz tyle się u mnie dzieje i myślę, że nie najgorzej daję sobie radę. Jestem pewna, że Marek byłby dumny. Piszę książki, gram w serialu, jeżdżę na spotkania po całej Polsce, ludzie chcą spotkać Simonę, spotkać mnie, słuchają tego, co opowiadam. Wiesz, to jest miłe. To jest cudowne. Uwielbiam bywać, lubię się fotografować, bo to część mojego zawodu. Nigdy nie zasłaniam się przed fotografami, nigdy nie odmawiam wywiadów. Na bankiety wychodziliśmy z Markiem rzadko, bo jego trzeba było wyciągać siłą, obiecywać dobre obiady i „dobrze skonstruowane desery”. Marek lubił zasiadane przyjęcia, nie lubił błąkać się między ludźmi z talerzem w ręku. Mówił wtedy zawsze do fotografów: „Nie, nie, panowie, mnie nie fotografujcie, ja kiedyś dojdę do formy, to wtedy bardzo proszę, ale teraz nie. Fotografujcie moją żonę, bo ona bardzo lubi”.

– Bóg dał Ci wiele: urodę, temperament, zdrowie.


Cieszę się, że w mojej dość późnej wiośnie życia mam to, co mam. Ludzie mówią, że jestem ewenementem. Nie ma dla mnie beznadziejnych sytuacji. Beznadziejne było tylko to, co się stało z mamą i Markiem, bo uświadomiło mi, że życie jest drogą, która się kończy. Nie umiem się z tym pogodzić. Ta nieodwracalność! Wtedy ogarnia mnie bezbrzeżny smutek i myślę sobie: Boże, ta uciecha skończy się któregoś dnia. Uciechą jest wszystko, samo życie. To, że wyjechałam do Australii, to, że wróciłam, to, że gram w serialu, to, że ludzie mnie lubią. Że mówią mi takie rzeczy, że aż czasem się rumienię. Ale to jest przyjemne, odmładzające. Wracam do domu, siadam w fotelu i myślę: Jak to? Tyle lat przeżyłam i czegoś podobnego nie doświadczyłam. To niesamowite, co teraz się dzieje z moją osobą. I to chyba jest ten ewenement.

– Jak uczcisz pamięć Marka?


„Śniadanie w łóżku i inne rozkosze... kulinarne” napisałam dwa lata temu w Australii. Marek znał każdy rozdział. Czasem krytykował, czasem krzyczał: „Po co ty im to wszystko opowiadasz?” A innym razem zaśmiewał się do łez. Nie zmieniłam w niej nic, dodałam tylko kilka zdjęć. Ta książka jest zadedykowana Markowi. Jest tam dużo wspomnień o nim. To mój osobisty pean na temat radości i rozkoszy życia. Są w niej rozkosze zarówno kulinarne, jak i te inne, powiedzmy elegancko zmysłowo-łóżkowe. Są także przyjemności płynące z rozmów z przyjaciółmi i wielka radość z ucztowania z nimi przy stole, na jachcie, w ogrodzie pod wierzbą i morelą. Książka opowiada o moim życiu, które niektórzy uznali za barwne. Zawarłam w niej wszystko, co jest mi najdroższe. Dużo miejsca poświęciłam latom 60., 70., aż do dzisiaj. Temu, cośmy jedli (książka zawiera kilkaset przepisów), jak bawiliśmy się w tych czasach. Beztrosko i cudownie. Wielki etap mojego życia to Australia, której poświęciłam wiele rozdziałów. W „Śniadaniu...” można też znaleźć zodiakalne menu, 24 kolacje z muzyką i winem. W książce jest pełno zdjęć z różnych etapów mojego życia. Kiedy piszę, że byłam pokraczną dwulatką w białym kapelusiku, można to zobaczyć na zdjęciu. Są też fotografie mojego bardzo przystojnego brata Eryka, który złamał wiele serc. I oczywiście zdjęcia Marka. Na przykład to z naszego ślubu. „Ten dzień to jednocześnie moje pożegnanie z dzieciństwem, z panieńskim pokoikiem, z beztroskim życiem pod okiem rodziców. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z cudowności i błogości tego okresu mojego życia. Nasz ślub był niezwykle skromny. Podpisaliśmy dokument i… do Milanówka. A tam już czekali przyjaciele, rodzina, stół pięknie nakryty, wszyscy wzruszeni, uroczyści. Menu weselne, na które złożyły się ulubione dania państwa młodych, wymyśliła gosposiunia Nena. Alkohole serwowano nader skromnie, ze względu na to, że wieczorem panna młoda grała spektakl dyplomowy w szkole teatralnej i upijanie się, choćby nawet z powodu własnego ślubu, było absolutnie wykluczone. Pamiętam, że już nigdy potem mój mąż, siedzący w pierwszym rzędzie na widowni, nie patrzył na mnie z taką miłością...”

– Marek będzie także na okładce Twojej książki. To chwyt pod publiczkę?


Marek chciał być na okładce. Wymyślił ją sam: „Będę w koszuli nocnej. Na głowie szlafmyca, na nogach kapcie z pomponami”. Bardzo mi się to spodobało i dodałam: „A ja będę leżała w łożu antycznym, w pięknej jedwabnej pościeli. I ty mi przyniesiesz śniadanie do łóżka”. A potem to się stało. Fotograf Piotr Kucia postanowił zrobić okładkę, na której Marek w jakiś sposób będzie, nawet wtedy, gdy go już nie ma między nami. I Marek jest.

– Nie mówisz: kiedy Marek umarł, tylko: kiedy „to” się stało?


Bo nie mogę tego powiedzieć. Nie, po prostu nie!

Rozmawiała: Dorota Wellman
Zdjęcia Piotr Kucia/Melon
Stylizacja, makijaż i fryzury Magdalena Soszyńska-Dedek
Scenografia Ewa Gdowiok
Produkcja sesji Elżbieta Czaja

Więcej na temat Agnieszka Fitkau-Pepereczko