Była Pani na siebie zła, że wysiłek Pani i dziesiątków innych osób mógł pójść na marne z powodu zamieszania wokół mandatu?

 

Przede wszystkim cieszę się, że zwyciężyła idea samorządności. A wyrok Trybunału Konstytucyjnego udowodnił, że żyjemy w państwie prawa. Za zamieszanie wokół mandatu nie bałam się przeprosić. Miałam świadomość, że warszawiacy stają się ofiarami politycznej wojny.

– Podczas tego całego konfliktu dała się Pani poznać jako osoba o stalowych nerwach.
Ale ja wcale nie mam stalowych nerwów. Wręcz przeciwnie, jestem typem ekstrawertyka i zdarza mi się wybuchnąć. Z wiekiem, dzięki mężowi, nauczyłam się opanowania.

– W ostatnich tygodniach to mąż najbardziej podtrzymywał Panią na duchu?
On jest niezwykle spokojnym człowiekiem. Ma właściwą hierarchię spraw i uważa, że każdy problem da się rozwiązać. W pewnym momencie naszego małżeństwa zaczęłam mu tego ogromnie zazdrościć i postanowiłam, że postaram się być taka, jak on.

– Jesteście małżeństwem już 33 lata...
I to jest przede wszystkim jego zasługa.

– Ale małżeństwo budują dwie osoby.
Moją zaletą jest to, że jestem dość otwarta, dzięki temu łatwiej zaakceptować moje rozmaite wady. No i mam wrażenie, że umiem słuchać. Ale to, że mam obok siebie takiego mężczyznę, to mój największy w życiu sukces. Zawsze uważałam, że całe życie możemy sobie zepsuć, wybierając nieodpowiedniego partnera. A najgorszy jest partner neurotyczny albo zawistny. Takimi cechami można zamęczyć i samego siebie, i drugiego człowieka.

– A co, Pani zdaniem, najważniejsze jest w związku? Wspólne pasje, zainteresowania?
My z mężem nie mamy wielu wspólnych pasji. On uwielbia żeglowanie, a ja nawet nie umiem dobrze pływać. Lubię mu towarzyszyć, czasem coś mu podam, gdy jesteśmy na łódce, ale nigdy nie nazwałabym tego pasją. Najważniejsze jest jednak to, żeby między dwojgiem ludzi, którzy razem idą przez życie, nie było wielkich różnic w postrzeganiu świata.

– A kto trzyma kasę w domu?
Mąż.

– Ale to Pani była przez długie lata prezesem NBP. Na zarządzaniu pieniędzmi zna się Pani jak mało kto.
Jednak to mąż zdecydował, że bierzemy kredyt na dom. Innym razem zaproponował, żeby część oszczędności wydać na samochód i była to dobra inwestycja. On też zadecydował o tym, że mamy wyjechać do Londynu.


– Czy przejmuje się Pani, kiedy czyta w prasie niepochlebne opinie na swój temat?
Z czasem coraz mniej. Mam taką cechę, że akceptuję wolność człowieka do osądu spraw i ludzi. Sobie także chcę zapewnić taką wolność i nie wymagam od wszystkich wokół, żeby myśleli tak jak ja.

– A co Pani czuła, kiedy dziennikarze pisali, że nie potrafi się Pani ubierać? To chyba nie jest łatwe dla żadnej kobiety, kiedy mówi się o niej, że nie ma gustu.
Byłam trochę abnegatką, jeśli chodzi o ubieranie się. Nie przywiązywałam szczególnej wagi do stroju. Dbałam po prostu o to, żeby wyglądać schludnie i estetycznie, ale poświęcanie garderobie zbyt dużej uwagi wydawało mi się stratą czasu.

– Dlaczego więc zdecydowała się Pani skorzystać z rad stylistek?
To nie był mój pomysł. Zadecydowała partia (śmiech). Stylistka nauczyła mnie, jak komponować strój, żeby ukrywać wady i eksponować zalety. Kupiłam sobie zestawy: garnitury i pasujące do nich bluzki, dodatki. Teraz wszystko lepiej ze sobą gra.

– I lepiej się Pani czuje?
Tak, chociaż miałam świadomość, że niektóre uwagi krytyczne pod moim adresem były nieco przesadzone. Proszę nie zapominać, że ja przez cztery lata pracowałam w banku w Londynie. Tam panowały nieco inne zasady niż u nas. My ciągle jeszcze jesteśmy trochę staroświeccy. W Wielkiej Brytanii nikt nie wymaga, żeby kobiety w upalne lato przychodziły do pracy w rajstopach. Tam mogłam chodzić w sandałach, u nas usłyszałam, że nie wypada. Mam wrażenie, że poza Polską odchodzi się już od takiego restrykcyjnego kodu, jeśli chodzi o ubiór.

– Podczas kampanii powiedziała Pani o Kazimierzu Marcinkiewiczu, że uśmiechaniem się i machaniem rękami nigdy jeszcze nikt nie zbudował zaufania. Pani ma poczucie, że budzi zaufanie?
Mam nadzieję. Ale wiem, że trzeba na to zapracować. Ja dbam o to, by istniała spójność między tym, co mówię, i tym, co robię. I często przypominam sobie słowa Jana Pawła II, że ludzie są nam nie tylko dani, ale także zadani i musimy sobie z nimi ułożyć relacje. Oczywiście podczas swojej kariery zawodowej miałam sytuacje, kiedy musiałam zwalniać pracowników, ale nigdy nie zrobiłam tego w taki sposób, żeby ich skrzywdzić czy urazić. Do dziś zresztą z większością mam kontakt. Myślę, że mogą na mnie liczyć.

– Teraz od świtu do nocy pracuje Pani w ratuszu. Czasem wraca Pani do domu po 22. Znajduje Pani czas na spotkania z przyjaciółkami?
Nie jest to łatwe, ale na szczęście mam wyrozumiałe przyjaciółki. Część z nich wyjechała, niestety, za granicę i tam teraz mieszka, ale kiedy przyjeżdżają do Polski, to się spotykamy. Najbardziej zżyta jestem chyba z Hanną Suchocką. Poznałyśmy się na stypendium w Holandii i od razu przypadłyśmy sobie do gustu. Teraz w każdej chwili mogę zadzwonić do niej i trochę jej ponudzić.

– Z córką też się Pani przyjaźni?
No pewnie! Zawsze miałyśmy ze sobą dobry kontakt. Dzwonimy do siebie w ciągu dnia i często omawiamy bieżące sprawy, radzimy się siebie nawzajem. Z braku czasu rzadziej ostatnio się spotykamy. Zazwyczaj Dominika ze swoją rodziną wpada do nas na obiad w weekend, jeśli nie ma innych planów.

– Kilka miesięcy temu po raz drugi została Pani babcią. Dobry ma Pani kontakt z wnukami?
Mam prawie trzyletniego wnuczka Stefka i prawie roczną wnuczkę Helenkę. Jasne, że jestem bardzo zapracowana i nie mam dla nich tyle czasu, ile bym chciała. Kiedy jednak w sobotę moja córka z mężem chcą wyjść się pobawić, to chętnie zostaję z maluchami. Chyba potrafię się nimi dobrze zajmować. Kiedy jestem z dziećmi, staram się patrzeć na świat ich oczami i one to czują.

– Pani córka jest prawnikiem. Nigdy nie chciała robić kariery politycznej?
Ona na razie twierdzi, że jej do polityki nie ciągnie. Ale nie do końca w to wierzę, bo kiedy z nią rozmawiam, to często jestem dumna, bo niezwykle trafnie ocenia sytuację polityczną, potrafi analizować fakty. No i Dominika nie jest taka spokojna, jak mąż. Charakter ma raczej po mnie.

– Teraz przed Panią cztery lata urzędowania w ratuszu. A co potem? Myślała Pani, żeby zostać prezydentem Polski?
Myślę, że funkcja prezydenta Warszawy jest zbyt poważna, żeby traktować ją jak trampolinę do wyższych szczebli. Tu jest tyle do zrobienia, że marzę o tym, żeby służyć warszawiakom przez dwie kadencje. Poza tym uważam, że w Polsce potrzeba jeszcze 10, 15 lat, żeby kobiety mogły się z powodzeniem ubiegać o urząd prezydenta państwa. Mnie to już raczej ominie. Ale kto wie, może moja córka zechce kiedyś kandydować?

Rozmawiała IZA BARTOSZ

 

Więcej na temat Hanna Gronkiewicz-Waltz