• Monika Kotowska / Viva!

Zbigniew Lew Starowicz – Seks nasz powszedni

12
Reakcji
Zbigniew Lew Starowicz
Fot. Szymon Szcześniak

– Rodzice potrafili rozmawiać z Panem o seksie?
Zbigniew Lew Starowicz:
Miałem szczęście wychowywać się w nietypowym domu, gdzie na wiele tematów rozmawiało się otwarcie i dużo.

– Wiedzieli, kiedy się Pan pierwszy raz zakochał?
Zbigniew Lew Starowicz:
Wszystko wiedzieli.

– Zawsze miał Pan powodzenie u kobiet?
Zbigniew Lew Starowicz:
Dla mężczyzn bodźce wizualne mają największe znaczenie. Dla kobiet – te słuchowe, czuciowe. Zrozumiałe, jeżeli mężczyzna mówi na temat seksu, wiele kobiet to magnetyzuje. Zastanawiała się pani, na czym polega powodzenie mężczyzn, którzy, obiektywnie rzecz biorąc, nie są przystojni? Ich atrakcyjność polega na operowaniu słowem. Brawurze. Mówienie na temat seksu przyciąga kobiety. Więc tak. To nie była specjalnie opracowana technika uwodzenia – po prostu byłem sobą (śmiech).

– A chemia? Nie ona nami rządzi?
Zbigniew Lew Starowicz:
Tak, jeśli na to pozwolimy. Biologiczne przyciąganie jest oczywiste. Ewolucjonista powiedziałby bardzo prosto: ta para, między którą iskrzy, powinna się reprodukować.

– I za tym powinno się iść w życiu?
Zbigniew Lew Starowicz:
Jeżeli ludzie chcą być razem, mieć udany związek, jednym z elementów musi być chemia. Bez niej to olbrzymie ryzyko.

– Bez seksu związek nie przetrwa?
Zbigniew Lew Starowicz:
Oparty na samej przyjaźni, na intelekcie – się nie ostanie.

– Runął mój mit platonicznego uczucia. Kieruje nami wewnętrzne „zwierzę”?
Zbigniew Lew Starowicz:
Co w tym złego? Jesteśmy elementem świata przyrody. Duży w nas procent zwierzaka. Doceniajmy to, bo daje nam bogate doznania zmysłowe. Negatywne podejście do zwierzęcości ma stare korzenie. W XIX stuleciu cielesność było to małe, złe, brudne, godne pogardy. A duchowość równała się świętości, czystości. Teraz trochę się zmieniło, i dobrze. Zwierzęcość musi być w relacjach mężczyzna – kobieta. I w seksie. Nie można w łóżku rozmawiać tylko o Platonie, pić szampana za pięć tysięcy złotych i delikatnie się muskać łapką.

– Czyli ugryźć, dać klapsa?
Zbigniew Lew Starowicz:
No tak, musi być ta zwierzęcość.

– Ale przecież jeśli owładnie człowiekiem i dominuje, wtedy Pan takich ludzi leczy. Chorych z pożądania.
Zbigniew Lew Starowicz:
Jeśli tego chcą, leczę. Nie możemy zakładać, że wszyscy są niepoczytalni. Trzeba jednak nad sobą panować. Można sobie na to, co się ze mną dzieje, pozwolić albo nie. Zawsze trzeba pytać siebie: „Czy wyrażam zgodę, żeby to, co iskrzy, się rozdmuchało?”. Ale samo pożądanie to nic złego.

– A kiedy jest się w związku i czuje pożądanie do kogoś innego, to…
Zbigniew Lew Starowicz:
…to oczywiście jest normalne. Pożądanie nie jest związane z jedną osobą, ale z określonym typem. Pani mąż też czuje pożądanie do innej kobiety. Inna sprawa, czy o tym mówi.

– Uśmiecha się Pan...
Zbigniew Lew Starowicz:
Bo przypomina mi się rozmowa z dziennikarką zaszokowaną wynikami badań, tym, że świat męski jest taki a nie inny. Jest! Są pewne różnice między płciami. To fakt. Dla niej niepojęty. W jej systemie oczywista jest monogamia i nie ma innej opcji. Seks tylko po ślubie, z jednym partnerem, koniec. Nie była w stanie zrozumieć, że może być inaczej. A mężczyźni monogamistami nie są. Mówię jej: „Dziewczyno, i co ty teraz zrobisz? Co napiszesz? Jesteś oburzona, że taki jest świat?”.

– To może lepiej się z nikim na stałe nie wiązać?
Zbigniew Lew Starowicz:
Ludzie mają wielką potrzebę rodzinności. Nawet geje. Jeśli z nimi rozmawiam i cierpią, to nie z powodu orientacji, tylko dlatego, że nie mogą mieć tej rodziny. Ale też, przypominam, są rodziny poligamiczne. Nie dominują w naszej kulturze, ale są.

– Poligamia... Wracam do domu, a tam już się krzątają dwie inne żony. Jakoś mnie to nie przekonuje. Pan o tym marzy?
Zbigniew Lew Starowicz:
Nie marzę, ale Unia Europejska akceptuje różne kultury i będzie musiała usankcjonować poligamię. Prędzej czy później. Niech się pani nie krzywi. Tak czy inaczej, na rzecz naszej rodzinności musimy coś poświęcić – poświęcamy więc pożądanie.

– Kobietom chyba z tym łatwiej. Nie sądzi Pan? To mężczyźni w większości oglądają pornografię.
Zbigniew Lew Starowicz:
Rozładowują napięcia. A tu żona widzi męża, jak na komputerze ogląda strony pornograficzne, i robi mu straszną awanturę.

– Oczywiście, że robi. Ale czy powinna? On siedzi w domu, nie idzie do burdelu.
Zbigniew Lew Starowicz:
Gdybym miał coś doradzić kobietom, to lepiej powiedzieć: „Pooglądajmy wspólnie”. Wtedy to ma sens.

– A jeśli ona nie chce?
Zbigniew Lew Starowicz:
Niech sobie chwilę popłacze. A potem idzie gdzieś i się w kułak śmieje. Pani się dziwi? Trudno mężczyzn odciąć od pornografii w ogóle. Są wzrokowcami. Ale z drugiej strony kobieta słusznie reaguje, bo czuje się zagrożona. Odbiera jego zachowanie jako zdradę emocjonalną. „Pociągają cię inne kobiety, ja ci już nie wystarczam?”, mówi. Ale jeśli podniesie krzyk, to on zejdzie do podziemia.

– „Kochanie, jesteś boska, ale teraz chcę się pogapić na gołe laski” – tak lepiej? Mówić o swoich potrzebach wprost? W łóżku też?
Zbigniew Lew Starowicz:
Czy kobieta ma mówić wprost, że marzy o seksie oralnym? Wolałbym metodę pośrednią. Żeby kupiła film poświęcony sztuce miłosnej i zachęciła do wspólnego oglądania. I mówiła: „O, tu się dzieje coś fajnego”.

– Pan uważa, że w każdym domu powinny być książki o seksie?
Zbigniew Lew Starowicz:
Tak, albo płyty DVD. W moim są. Jeśli uczymy się gotowania, kupujemy książkę kucharską. Dlaczego nie kupimy podręcznika kochania, jeśli chcemy być doskonałymi kochankami?

– Ile Pan miał lat, kiedy po raz pierwszy oglądał książki o ars amandi?
Zbigniew Lew Starowicz:
Byłem w szkole średniej. Ojciec dawał mi albumy o sztuce erotycznej. Pokazywał, że ciało jest ładne. Oglądałem akty bez niezdrowego dreszczyku. Ale poradników czy podręczników, jakie są dziś, wtedy nie było. Według mnie idealny model rozwoju człowieka od dzieciństwa jest taki: już od przedszkola rodzice rozmawiają z dzieckiem o seksualności. Kiedy córka ma pierwszą miesiączkę, otwierają butelkę szampana. Staje się kobietą i szampan na stół. Powinno się rozwijać w poczuciu, że nasze ciało z atrybutami płci jest atrakcyjne. Kobiety mają większe zahamowania, jeśli chodzi o obszar genitalny. Uważają go za brzydki. Od rodziców powinny usłyszeć, że jest piękny. Dowodzi tego fakt, że mężczyźni za „tym” szaleją (śmiech).

– A Pan co słyszał w swoim domu?
Zbigniew Lew Starowicz:
Żyjemy w czasach ekshibicjonizmu, na który się jeżę. Nie mogę, jako lekarz, opowiadać o swojej prywatności. To niczemu dobremu nie służy. A pani mnie tak tu zaczepi o słówko, tam o drugie. Będę nieugięty. A o domu mogę powiedzieć, że był przesiąknięty patriotyzmem. Dziadek i stryj brali udział w wojnie z bolszewikami, potem w rozbrajaniu Niemców. Tata uciekł z obozu koncentracyjnego w Łodzi. Różne były w naszej rodzinie pierepałki. O historii mówiło się zawsze otwarcie. Ale ojciec, nauczyciel i poeta, stał na stanowisku, że jeżeli  byłby wybór: postawić kolejny pomnik albo szpital dziecięcy, wybrałby szpital. Nigdy nie skorzystałby z faktu, że go represjonowano. Nie szedłby do sądu i nie czekał na odszkodowanie z tego powodu. Takie miał zasady.

– I Pan je przejął. Zobaczył w IPN swoją teczkę i donosicielom przebaczył.
Zbigniew Lew Starowicz:
Jechałem kiedyś pociągiem, czytając oprawionego w skórę „Pana Tadeusza” – prezent od ojca. W IPN-owskiej teczce był donos z tego dnia. Ktoś napisał w raporcie, że czytałem Biblię. Zna pani „Efekt Lucyfera” Zimbardo? To system robi z ludźmi coś takiego. Kreuje potwory.  Moje podejście do teczek jest takie: albo wszystko ujawnić, albo spalić. I chyba nawet wybrałbym to drugie. Bo inaczej będzie się to ciągnęło przez pokolenia.

– Zdrady trzeba wybaczać?
Zbigniew Lew Starowicz:
Oczywiście.

– Wciąż dzwonią do Pana zrozpaczeni ludzie w środku nocy po pomoc?
Zbigniew Lew Starowicz:
Tak. Teraz już coraz częściej wyłączam telefon. Nie działam jak pogotowie ratunkowe.

– A jednak. Ratuje Pan związki po zdradzie. To jest operacja na otwartym sercu.
Zbigniew Lew Starowicz:
Zdrada jest objawem choroby związku. Ale ona nie jest jeszcze śmiertelna. Leczy się ją, wybacza. Dopiero kiedy mąż powie ze spokojem: „Odchodzę, zakochałem się w innej” i tam jest już przygotowane gniazdo, wtedy koniec. Na szczęście rzadko się tak zdarza. Jest szarpanina, cierpienie. I wtedy trzeba szybko wkroczyć, bo rzeczywiście, gdy będziemy zbyt długo czekać, zdrada może się stać nieuleczalna.

– Skąd wiadomo, że już trzeba wołać o pomoc?
Zbigniew Lew Starowicz:
Kiedy pomimo starań ludzie nie mogą się porozumieć. Kiedy czują, że druga osoba im obojętnieje. Kiedy seks jest, ale już im się go nie chce.

– Słyszał Pan o ojcu Ksawerym Knotzu, który napisał książkę o seksie? Pana to nie dziwi, że zakonnik mówi o seksie? Co on o tym wie?
Zbigniew Lew Starowicz:
Jeżeli jest spowiednikiem, wie, bo stale słucha zwierzeń. Z seksu ludzie na pewno się spowiadają, to jedno z najczęściej przekraczanych przykazań. Sądzę, że często słyszy: „Popełniłem grzech. Lubię seks”. To jest postawione na głowie. Tego typu myślący ksiądz może wiele zdziałać. Mam różnych pacjentów, z różnymi problemami. Mogę też wypowiadać się na temat księży. Mogę o nich i ich problemach napisać książkę. Z tyloma miałem kontakt, słuchałem zwierzeń, wiem o seksualnych problemach.

– Nie bałby się Pan?
Zbigniew Lew Starowicz:
Nie bałbym się. Brakuje mi tylko czasu, żeby napisać książkę o problemach seksualnych i psychicznych duchowieństwa.

– Będą się modlić, żeby Pan go nie znalazł. To prawda, że przeżył Pan kiedyś zamach na siebie?
Zbigniew Lew Starowicz:
Ale to nie ma nic wspólnego z klerem. Przeżyłem zamach. Strzelano do mnie. Później policja eskortowała mnie wszędzie przez dwa tygodnie. Nie powiem, żebym czuł szczęście, ale nie panikowałem. Zachowałem zimną krew. Pamiętam, żeby odreagować, dużo wtedy słuchałem muzyki, bluesa, jazzu, klasyki. Sprawy nie wyjaśniono. Mam swoje podejrzenia. Nigdy nie bałem się wyrażać poglądów, choć dostawałem za to po głowie. Kiedyś obsobaczono mnie w liście do episkopatu. Ukazała się właśnie książka „Nowoczesne wychowanie seksualne” – napisałem ją z doktor Szczerbą. Och, to bardzo wzburzyło część duchowieństwa. Wyczytano mnie jako „tego, co demoralizuje”.

– A demoralizuje? Pan jest przecież głęboko wierzący.
Zbigniew Lew Starowicz:
Uważam, że biblijna „Pieśń nad pieśniami” to najpiękniejszy erotyk, jaki kiedykolwiek napisano (śmiech). Przez lata panowało u nas „wychowywanie do wstydu”, do lęku przed ciałem. To jest demoralizujące, wielka szkoda.

– Pan ma dzieci. Do kogo szły rozmawiać o swoich sercowych rozterkach? Do Pana czy żony?
Zbigniew Lew Starowicz:
Na ogół to ja byłem powiernikiem ich kłopotów. Nigdy się nie narzucałem. Żeby tak się samemu pchać, to w życiu. Ale kiedy do mnie przychodziły z bolącymi sercami, radziłem im. I choć są dorosłe, jestem dla nich zawsze, kiedy tylko chcą rozmawiać.

– Przepraszam, Pan ma sny erotyczne?
Zbigniew Lew Starowicz:
Każdy ma. Jeśli ich nie pamięta, to znaczy, że ma głęboki sen.

– I z wiekiem nic się nie zmienia?
Zbigniew Lew Starowicz:
Na miłość jest się otwartym, bez względu na lata. Miałem kiedyś, na psychologii, staże w domu opieki społecznej. Pamiętam, jakież oni mieli emocje, jak się zakochiwali. Ciało się zmienia, ale potrzeby psychiczne – nie. Najstarsza kobieta, jaka przyszła do mnie ze swoimi problemami, była po siedemdziesiątce. Studentom zawsze opowiadam o dziewięćdziesięcioletnim mężczyźnie, który przyszedł z prośbą o osłabienie popędu, bo jego żona była operowana, a on jej nie chciał zdradzać. To optymistyczne.

– Potrafi się Pan zachwycić ciałem starej kobiety?
Zbigniew Lew Starowicz:
Jestem przyzwyczajony do nagości. Mam nadzieję, doczekam czasów, gdy będą tylko plaże dla naturystów. Wychowanie w akceptacji ciała jest takie naturalne. Ci, którzy są na „nie”, mają spaczoną wyobraźnię. Wydaje im się, że tam się spotyka jedna wielka banda zboczeńców. Nie wiedzą, że na plażach naturystów są  i dzieci, i ludzie w wieku 80 lat, z powykręcanymi stawami. Różne ciała, idealne i te, na których widać objawy chorób. Nagość na plaży jest naturalna, nie gra się nią, przestaje być tabu. Bo ładne jest każde ciało, młode i z żylakami. Musimy to w końcu zrozumieć. Patrzeć na siebie bez wstydu. Jeszcze wciąż w łóżku wielu osób w średnim wieku jest zażenowanie, blokady. A nie radosny seks między dwójką akceptujących się ludzi.

– Mało jest chodzących ideałów. Mamy do siebie mnóstwo zastrzeżeń. To nie pomaga. Mamy sobie mówić, że się sobie podobamy z tym lekko zaokrąglonym brzuchem albo większą pupą?
Zbigniew Lew Starowicz:
Nie, to trzeba robić inaczej. Kobiety często przeżywają po porodach fakt, że ich ciało się zmieniło. Albo nie potrafią zaakceptować się po mastektomii. Mąż, który obejmuje i całuje miejsce przez nią uważane za oszpecone, może zdziałać cuda. Ten brzuch, bliznę po cesarskim cięciu. Niech swoją akceptację wyrazi gestem, nie słowem. Bo słowo dla niej zabrzmi jak pocieszenie.

– Cieszy się Pan życiem?
Zbigniew Lew Starowicz:
Podróż, dobre wino, muzyka, film. Dużo rzeczy mnie cieszy. Nawet dobry obiad.

– A kobiety? Jakie kobiety się Panu podobają?
Zbigniew Lew Starowicz:
Jest taka idealna kompozycja. Po pierwsze, „aerodynamiczność” wyglądu. To oznacza zaprzeczenie anorektyczki. Kiedy ma czym odetchnąć i ma proporcje, zachwycam się. Kiedy ma imperatyw, żeby się rozwijać. I, broń Boże, nie może być dominująca. Jestem uczulony na cechy dominacji. Nie znoszę się podporządkować. Za wiele lat spędziłem w wojsku. Jeśli usłyszę: „Kochanie, czy możesz podać mi kawę?” – podam. Ale, nie daj Bóg: „Podaj mi!”. No i kobieta musi mieć jakąś pasję.

– Jaką pasję miała Pana mama?
Zbigniew Lew Starowicz:
Rody arystokratycznej Europy. Jak pani zapytała o cesarzową Zytę, córkę takiej królowej, żonę takiego króla, wiedziała wszystko. W tamtych czasach nie hołubiono zbytnio arystokracji, ale mama książki o sławnych rodach uwielbiała. W okresie drugiej wojny światowej istniały biblioteki – do czasu, jak je spalili i ci ze Wschodu, i ci z Zachodu. W domu, dopóki Niemcy nas nie wyrzucili, było bardzo dużo książek. A mama miała je w małym palcu. Ale nie skończyłem. Kobieta musi mieć seksapil. Jest tak nieuchwytny, że trudno go zdefiniować. Widzi pani, jak niewiele wymagań (śmiech)?

– Całe życie ze sobą flirtujemy?
Zbigniew Lew Starowicz:
Ci, co mają popęd, seksapil – tak. Ale są osoby aseksualne. I one sygnałów erotycznych nie wysyłają.

– Dlaczego tak się dzieje?
Zbigniew Lew Starowicz:
Nie znamy jeszcze genezy. Nie wiadomo, skąd się to bierze. Może są jakieś genetyczne uszkodzenia? Proszę się nie martwić, postawię diagnozę – pani ich z pewnością nie ma.

Rozmawiała: Monika Kotowska
Zdjęcia Szymon Szcześniak
Stylizacja Marta Siniło
Produkcja Ewa Kwiatkowska

12
Reakcji

Najczęściej czytane

Konkursy

Top Video

Top Galerie

Najnowsze porady