• Sylwia Borowska / Viva

Spowiedź Toli Szlagowskiej

Tola Szlagowska
Fot. AKPA

W motcie do swojej płyty pisze: „Dziękuję tym, którzy mnie nienawidzą, uważają za głupią trolkę, co wykrzywia mordę i skrzeczy”. Dzieciaki pokochały Tolę z Blog 27 za to, że jest prawdziwa.

– Co to jest? Nosisz biżuterię przy spódniczce?


Tola Szlagowska: To mój amulet. Buddyjski gau, pojemnik na relikwie. W moim są trzy kuleczki, które dostałam od lamy Kalzanga z Nepalu. Były w nich zioła, które niechcący wypłukałam z praniem. Przywiązuję to sobie codziennie do ubrania. Wierzę, że ma dobrą energię.

– Co babcia powiedziała, kiedy zobaczyła Twój kolczyk w wardze?


Tola Szlagowska: „Nie wiem, czy to tak ładnie, jak dziewczynka ma metal w buzi”. Ja na to: „Babciu, bardzo cię kocham, czy to ma jakieś znaczenie, że mam ten metal?”. No nie. Moja babcia jest wersją takiej mamy, która córce zawsze mówi: „Świetnie, pięknie”. Moja mama taka nie jest. Zawsze mówi wprost, jak coś jest nie tak. Do babci przyjeżdżam po komplementy. Ona wie, co to jest Blog 27, i podziwia mnie. Babci nic już nie jest w stanie zszokować. W końcu moja mama wyprowadziła się z domu w wieku 16 lat, bo zakochała się w moim tacie. Kiedy go poznała, babcia była przerażona. Muzyk rockowy? Perkusista? Na pewno jakiś narkoman! Dzisiaj tata to jej ukochany Jareczek. Często mówi mamie: „Żanetko, ty się ciesz, że masz takiego męża”.

– Twój ojciec był perkusistą Oddziału Zamkniętego, Lady Pank, Maanamu, grał z Tadeuszem Nalepą, Kayah, Johnem Porterem. Mama pracuje w firmie fonograficznej. W Waszym domu muzyka była obecna.


Tola Szlagowska: Tak, ale nic na siłę. To nie był rozśpiewany dom artystów. Co prawda często przychodzili do nas znajomi rodziców, którzy byli popularni, ale nigdy nie mówili: „Tolu, to jest pan X, wielki piosenkarz”. To docierało do mnie, kiedy bawiłam się z koleżanką i ona na widok takiej osoby reagowała spontanicznie: „Patrz, to jest TEN?!”. Jak byłam mała, miałam problem z tym, kim są moi rodzice. Wiadomo, że dziewczynki zawsze pytają: „Gdzie pracuje twoja mama?”. Jedna mówiła, że w aptece, druga, że w biurze, a ja mówiłam, że w firmie fonograficznej. Nikt nie wiedział, co to takiego.

– Rodzice chcieli Cię chronić?


Tola Szlagowska: Myślę, że nie sądzili, że muzyka to może być dla mnie coś fajnego. Nigdy nie zabierali mnie na koncerty. Czasami mam żal do taty, że musiałam sama odkrywać muzykę. Bo to ja miałam ciśnienie, nie on. Kiedy go prosiłam o jakąś płytę, często zbywał mnie: „Później”. To obciach, że nie znam nagrań Lady Pank czy Oddziału Zamkniętego.

– A wszyscy myślą, że to rodzice wbili Ci ambicje do głowy.


Tola Szlagowska: Bzdura. Moja mama nie jest mamuśką z filmu „Mała Miss”, której marzeniem jest zrobić z dziecka gwiazdę. Traktowała mnie z pobłażaniem, kiedy mówiłam, że będę piosenkarką. Kiedy firma fonograficzna, w której pracuje, szukała młodego zespołu, usłyszałam od niej: „Tylko nic do nas nie wysyłaj”. Potem, jak już Blog 27 zaistniał, nie był puszczany w stacjach komercyjnych, bo niektórzy radiowcy nie lubią mojej mamy. Czy to jest wymarzona protekcja?

– Ale przyznasz, że miałaś większe szanse niż inne dziewczynki?


Tola Szlagowska: O tyle, że byłam pod ręką. Jak miałam siedem lat, zmuszałam znajomych rodziców do oglądania moich występów. Najczęściej tata przerywał mi, kazał iść do swojego pokoju. Nikt nie traktował mnie poważnie. Przecież Kasia czy Paulinka też chciały śpiewać. Wizerunek późniejszego Blogu 27 był tworzony przez nas od dziewiątego roku życia. Siedziałyśmy z Alicją i nagrywałyśmy na wideo swoje występy. Ja projektowałam nasze ciuchy, przerabiając rzeczy z lumpeksu. W pewnym sensie wytwórnia miała gotowca, kiedy wpadła na pomysł wydania płyty takiego młodego zespołu. Kiedy nagraliśmy na próbę „Uh la la la”, pojechali z tym do niezależnej firmy niemieckiej, żeby ocenili, czy to ma szanse. Spodobało się, a potem było zainteresowanie Blogiem 27 na targach Midem w Cannes. Byłam przeszczęśliwa. Mogliśmy zacząć pracę nad pierwszą płytą.

– I co na to wtedy Twoi rodzice?


Tola Szlagowska: Mówili, że nie zdaję sobie sprawy z tego, ile będzie mnie to kosztować. Że będę musiała udowodnić, że jestem naprawdę dobra. Że będę dwa tygodnie przygotowywać się do tego, aby wyjść na scenę na dwie godziny. Że nie będę na nic miała czasu. Mama tłumaczyła mi, że w tym biznesie nie wystarczy śpiewać, trzeba jeszcze dobrze wyglądać i umieć poruszać się na scenie. Ostrzegali mnie, że spotkam się z falą krytyki.

– Ale nie zabronili?


Tola Szlagowska: Nigdy mi niczego nie zabraniali, prędzej tłumaczyli. Nie dotykaj kuchenki, bo możesz oparzyć się i będzie bolało… Uważam, że fajnie mnie wychowali. Od małego rozmawiali ze mną jak z dorosłym. Nie było tematów tabu. Przełomowym momentem była podróż do Stanów. Miałam wtedy dziesięć lat. Kiedy dojechaliśmy na Florydę, zobaczyliśmy ogłoszenie o obozie dla tancerek i cheerleaderek. Ponieważ miałam odjazd na tym punkcie, mama zapisała mnie i codziennie tam ze mną jeździła. Bo nie chciałam mieszkać na campusie. Od małego bałam się sama gdzieś zostawać. Myślałam, że rodzice po mnie nie wrócą. Więc któregoś dnia nauczycielka z tego obozu podeszła do mojej mamy z pytaniem, czy ona trenuje mnie na lidera, bo mam potencjał i powinnam iść do jakieś agencji artystycznej. Mama zdziwiła się, jak to możliwe wytrenować kogoś na lidera? Taka jestem od urodzenia. Ale po tej rozmowie otworzyła się jej jakaś klapka. Zaczęła mnie uważniej słuchać. Na koniec obozu zorganizowano koncert, który tata nagrywał na wideo. W pewnej chwili podszedł do niego jakiś facet: „To twoja córka? Jest niesamowita!”. To dało rodzicom do myślenia. W Polsce nikt nic specjalnego we mnie nie widział.

– Dlatego myślisz teraz o wyjeździe do Stanów?


Tola Szlagowska: Jeśli nie spróbuję, nie daruję sobie. Podoba mi się, że tam wszystko jest na wyciągnięcie ręki, że każdy dostaje szansę i że jest duża konkurencja, co podgrzewa mnie dodatkowo. Bo jak coś robić, to na sto procent. Ostatnią płytę miksowałam w Los Angeles i wróciłam stamtąd niesamowicie naładowana. W sierpniu zaczynam naukę w muzycznej High School. Będę tam trzy lata, a potem zdam maturę. Pojadę z tatą, bo nie chcę mieszkać w internacie. Przy okazji mam zamiar nagrywać coś i chodzić na koncerty. Rodzice teraz bardzo mnie wspierają. Kiedy odbyła się rodzinna narada, kto ma tam ze mną pojechać, mama wzruszyła mnie. Chciała zrezygnować z pracy. „Zaryzykuję. Jestem ci potrzebna, jak gdybym miała ci oddać swoją nerkę”, mówiła. Przecież może okazać się, że po roku na przykład wrócimy z niczym.

– Masz starszego brata. Jakie są relacje między Wami?


Tola Szlagowska: Jest między nami różnica ośmiu lat, dlatego im jesteśmy starsi, tym lepiej się rozumiemy. Janek gra na perkusji. Miał już kilka punkowych zespołów. Studiował prawo, był prezenterem w telewizji muzycznej. Szczerze mówiąc, gubię się w jego pomysłach na życie. Nigdy nie mówił o mnie: „Moja kochana siostrzyczka”. Jak przedstawiał mnie kolejnej dziewczynie, byłam złośliwa: „Długo z tobą nie wytrzyma, najwyżej dwa tygodnie”. Robił sobie jaja z mojego śpiewania, ale w końcu to on przyszedł do mnie i dziś gra w Blogu 27. Dopiero teraz czuję, że jest fajnie mieć starszego brata. On jest moim największym przyjacielem.

– Nie masz przyjaciółek?


Tola Szlagowska: Mam. Kasię i Dominikę. Najbardziej lubimy siedzieć i gadać. Nic konstruktywnego poza tym nie robimy, a potem mamy wyrzuty sumienia, że tyle czasu przeciekło przez palce.

– Jak wygląda Twój zwyczajny dzień?


Tola Szlagowska: Taki zwyczajny dzień zaczynam od zupy. Może być ogórkowa, rosół albo krupnik. Ciepły posiłek na dzień dobry to zastrzyk energii. Lekarz tybetański zalecił mi na wzmocnienie. Nie lubiłam jeść śniadań i to się odbiło. Czułam się potwornie osłabiona. Po śniadaniu włączam mój ulubiony kanał TVN24 i sprawdzam maile. Potem jadę do szkoły. Kiedy wracam, jem obiad. To, co podają w szkolnej kafeterii, jest niestrawne, poza piątkiem, kiedy są frytki, ale wtedy nie można się dopchać, bo jest superdługa kolejka. W domu, w zależności od dnia, mam lekcję śpiewu lub gry na pianinie. Potem odrabiam lekcje i jem kolację. Niektórzy twierdzą, że jestem taka chuda, bo mam obsesję na punkcie figury. Wręcz przeciwnie, bardzo chciałabym przytyć.

– Czym żyją dzisiejsze nastolatki? O czym rozmawiasz z fanami?


Tola Szlagowska: Siedzą całymi dniami w Internecie na My Space i gadają. Mnie jest ciężko odnaleźć się w jakiejś subkulturze. Nie jestem jednak outsiderem. Dla mnie nastolatki są inspiracją. Niewiele rozmawiam z fanami. Ale oni cieszą się, że spotkali mnie i zespół. Jak dałam pierwszy autograf, byłam roztrzęsiona. Ich ulubione pytania to: „Jak było na trasie z Tokio Hotel?”, a potem: „Dlaczego Alicja odeszła z zespołu?”.


– Dlaczego?


Tola Szlagowska: Nie wiem do końca, bo o jej odejściu z zespołu dowiedziałam się od naszego project managera, a później z gazet. Mówiła, że manipulowałam nią, że byłam niemiła, że w zespole panowała fatalna atmosfera. O jakiej atmosferze mówiła, skoro zamierzała się rozstać i nawet się tym z nami nie podzieliła? Zawiodłam się na niej, bo nie miała odwagi powiedzieć tego wprost. Miałyśmy trzy lata, kiedy poznałyśmy się. Nasi rodzice przyjaźnili się, byłyśmy jak siostry. Urodziłyśmy się tego samego dnia – 27 listopada. Stąd też nazwa zespołu Blog 27. Kiedy odeszła, wszyscy pytali, co dalej z zespołem. Wiedziałam, że z nią czy bez niej udźwignę to.

– Kto kreuje Twój wizerunek?


Tola Szlagowska: Ja. Wzoruję się na znajomych, na innych artystach, sama coś wymyślam. Uwielbiam czarne spodnie rurki, trampki, w których zmieniam tylko sznurówki, baletki, paski z ćwiekami, kokardki i bransoletki. Zrobiłam sobie tatuaż „Before I’ll die”. Czasami markerem dopisuję sobie na rękach różne teksty. Podziwiam Amy Winehouse, choć sama bym się tak nie ubrała, bo trochę za poważnie.

– Możesz się tak ubierać do szkoły?


Tola Szlagowska: Mam swój styl, a raczej jestem połączeniem stylów: punk, hip-hop, trochę elegancji. Nikogo to nie dziwi, skoro niektóre uczennice przynoszą książki do szkoły w torebkach od Louis Vuitton. Dla mnie to jest dopiero przegięcie.

– Jakiej muzyki słuchasz?


Tola Szlagowska: Amy Winehouse, Fergie, Black Eyed Peas, Duffy, M.I.A. Kiedyś podobała mi się Avril Lavigne. Uwielbiam Beyoncé. Chciałabym mieć jej głos i siłę psychiczną. Zaczynała bardzo wcześnie i przeżyła to, że kolejne dziewczyny odchodziły z zespołu. Zawsze jednak wierzyła w siebie.

– Byłaś już zakochana?


Tola Szlagowska: W przedszkolu. Potem w chłopcu z podstawówki.

– Czyli chodzisz już na randki?


Tola Szlagowska: Następne pytanie proszę.

Rozmawiała: Sylwia Borowska
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Photo-shop.pl
Stylizacja Andrzej Sobolewski
Makijaż Wilson
Fryzury Kacper Rączkowski/D’vision Art
Produkcja Ania Wierzbicka

Polub nas na FB
Może Cię również zainteresować:

Jakie plany na przyszłość ma była Miss Polski Magda Bieńkowska? Królikowski powinien być dumny...

Najczęściej czytane

Konkursy

Polecamy

Top Video

Top Galerie

Najczęściej czytane porady