• Monika Kotowska / Viva!

Paweł Wilczak: "O szczęście trzeba się bić"

Paweł Wilczak
Fot. Piotr Porębski / Metaluna

– Ładny pierścień. Ale to chyba nie jest sygnet rodowy?
Paweł Wilczak:
Pierścień Atlantów, uwielbiam ten wzór. Jestem fanem biżuterii.

– Myśli Pan, że to męskie?
Paweł Wilczak:
Droga pani, męstwo nie wyraża się w tym, czy ktoś nosi biżuterię, czy nie, tylko jak się zachowuje w konfrontacji z życiem, z kobietą, w przestrzeni kawiarni, sypialni, w kwestii miesięcznych wydatków. Tam się okazuje, czy ktoś jest męski. I nie ma znaczenia, czy nosi przy pasie broń, na palcu sygnet, czy może farbuje sobie włosy na klacie.

– Rozmawiam z twardzielem. Przez długie lata zatrzaskiwano Panu drzwi przed nosem, a Pan już pukał do kolejnych, tak uparcie chciał być aktorem.
Paweł Wilczak:
Za dużo być może naoglądałem się w młodości amerykańskich filmów, gdzie taka droga była naturalna. Bo dla mnie była, ale pod koniec lat 80. w Polsce ludzie pukali się w głowę, jeżeli mówiłem, że po szkole filmowej chcę choćby i podawać pomidorową, czekając na rolę. Bo jakże to wypada! Nigdy się z czymś takim nie zgodzę.

– Kino Pana interesowało od zawsze?
Paweł Wilczak:
Jako dziecko, odkąd miałem może z dziesięć lat, zawsze uciekałem do kina. Pierwszy film? „Winnetou”. Grał go Pierre Brice, był wielką gwiazdą mojej młodości. Na „Hair” pobiłem rekord, byłem ponad 20 razy. Potem, pamiętam, zachłysnąłem się „Wejściem smoka”. Bruce Lee to był fenomen. Byłem i jestem pasjonatem, fanem kina. Wszystkiego, co dzieje się przed, za kamerą czy obok niej.

– Fanem siebie też? Czy też patrzy Pan i myśli: tam bym poprawił?
Paweł Wilczak:
Może być inaczej, lepiej, tak myślę. I nie przepadam za patrzeniem na siebie. A jeśli kogoś pytam, to zawsze: „Mów, co do dupy?”. I to dla mnie jest istotniejsze.

– I co Pan słyszał po tych pierwszych odcinkach „Usta usta”?
Paweł Wilczak:
Że to świetna historia – trzech par, z których każda jest na innym etapie. Kapitalnie napisana. Bliskie to i ciała, i duszy. W Polsce chyba pierwszy taki komediodramat. Cieszę się, że miałem możliwość, grając parę lat temu w „Kasi i Tomku”, by zrobić kroczek w przód w tym naszym ograniczonym „telewizyjnym mentalu”. I mam nadzieję, ten nowy serial też zamiesza. W „Usta usta” infantylizm zredukowano do zera. Kręciliśmy i co chwilę ktoś rzucał: „Byłem w takiej sytuacji! Moja przyjaciółka przeżyła identyczną historię. Ten miał taką kochankę”. Samo życie. Ciekawe, jaki będzie odbiór? Ja się nie obruszam. Ale obce jest mi mieszczańskie wartościowanie.

– Że jak dziecko, to tylko po ślubie?
Paweł Wilczak:
Wszelkiego rodzaju rytuały, czy okraszone jakimiś państwowymi znakami, czy religijnymi, nie gwarantują miłości i szczęścia związku. Ludzie myślą, że mogą coś sobie przyklepać na całe życie? Śmieszne.

– Będziecie z ekranu ludziom oczy otwierać?
Paweł Wilczak:
Eeee... nie przeceniałbym siły przekazu filmu. Ale często słyszę, że diabeł tkwi w kinie. I nie wolno czegoś pokazywać, bo ktoś to będzie naśladował w sposób zły. Można rozmawiać o dobrym lub złym smaku, ale uważam, że diabeł tkwi w ludzkich mózgach, a nie w telewizorach czy salach kinowych.

– Z pasją powiedziane. A co rodzice, lekarze, na tę Pana pasję mówili?
Paweł Wilczak:
Byli zatroskani moją decyzją zdawania na wydział aktorski, uczyłem się już w szkole radiologicznej. Ale nigdy nie usłyszałem: „Dajże spokój. To nie dla ciebie”.

– Wbrew rodzinnej tradycji postawił Pan na swoim. Dlatego ukrywał przed najbliższymi, że jest ciężko, kiedy się Panu po studiach dramatycznie nie układało?
Paweł Wilczak:
A dlaczego miałbym im mówić o swoich problemach?

– Bo rodzice są od tego, by pomagać.
Paweł Wilczak:
O pewnych rzeczach się nie mówi, bo jest się odpowiedzialnym za swoje wybory i czyny. Przeżyłem.

– Podobała się Panu kobieta, bardzo. Zaiskrzyło. Nie umówił się Pan z nią, bo nie miał nawet na kawę?
Paweł Wilczak:
Ale co tu gadać. Nie miałem pieniędzy, to nie poszedłem na kawę, bo uważałem, że pożyczanie od kolegi na tę kawę jest niegodne i tyle.

– Do czego jeszcze życie Pana zmusiło z braku pieniędzy?
Paweł Wilczak:
Spałem w małym fiacie, na parkingu przy Dworcu Centralnym. Dwie noce. Zimno było jak cholera, choć miałem kołderkę (śmiech). Ale uważałem, że jeśli chcę grać, to tylko bycie tu, w Warszawie, ma sens. Mimo wszystko. Bo to miasto mi się nie podobało. Pamiętam, że wciąż szukałem koszy na śmieci. Irytowało mnie, że kieszenie miałem nieustająco pełne papierków od gum i cukierków, które uwielbiam. W Poznaniu kosze stoją co dziesięć metrów. W domu zawsze segregowaliśmy śmiecie. Dużo się od tamtych czasów zmieniło.

– Po wielkim sukcesie „Kasi i Tomka” mógł Pan wreszcie zacząć przebierać w propozycjach i grać! Ale Pan odrzucił aż 90 procent…
Paweł Wilczak:
…No, może to nie było aż tyle.

– Nie boi się Pan, że połowa świata filmowego się na Pana obraziła, a druga zaraz obrazi, skoro te ich propozycje są za kiepskie?
Paweł Wilczak:
Wybierałem to, co uważałem za stosowne. Jak pani idzie do sklepu i widzi na wystawie doskonałą rzecz, to nie zwraca już uwagi na wszystkie inne, tylko na tę. A jeśli wokół jest mnóstwo samych welurowych sweterków, mija je pani obojętnie. Tak samo jest ze scenariuszami. I uważam, że lepiej zagrać w dobrym serialu, niż tkwić pięć lat w złej sztuce. Złości mnie taka logika, że teatr jest OK, a telewizja be. Taka „Rodzina Soprano” nie jest be. Nie marzę wcale o tym, żeby się wcielić w Hamleta. Nie sądzę, że trzeba go grać, bo dopiero to daje prawo jazdy do poruszania się po scenie. Ja mogę i psa, i garnek.

– Ćwiczył Pan kiedyś miny przed lustrem? Jak na przykład De Niro w scenie z „Taksówkarza”: „Are you talking to me?” – Mówisz do mnie!?
Paweł Wilczak:
Musiałbym zwariować (śmiech).

– Zaraz zwariować. Trochę dystansu. Ludzie robią różne dziwne rzeczy.
Paweł Wilczak:
Ja powtarzam.

– Musi Pan, jak Marek Kondrat w „Dniu świra”, kawę zamieszać łyżeczką siedem razy w lewo, siedem w prawo?
Paweł Wilczak:
Bywa. Miewam takie natręctwa, że sprawdzam trzy razy, czy drzwi zamknąłem. Te filmowe historie z „Dnia świra” nie są mi obce.

– Do tego nie jest Pan zbyt rozmowny.
Paweł Wilczak:
Zgadza się, bywam upierdliwy. Ta nasza rozmowa jest okraszona moją upierdliwością, bo pani o coś dopytuje, ja najczęściej mówię, że nie powiem. Dla świętego spokoju już bym mógł. Ale tego nie robię.

– Podobno Pan mówi o sobie niechętnie nawet z bliskimi.
Paweł Wilczak:
Bo z własnymi demonami staram się walczyć sam. Nie zawsze się to udaje. Wiem, że są osoby, z którymi gdybym chciał pogadać, mógłbym. Ta świadomość przynosi poczucie, że dam sobie radę. Bo mimo wszystko bliższe mi: „A co ja będę komuś zawracał gitarę?”. Jeśli wypada mówić o sobie, to myślę, że mam taki dystansik. Czy zdrowy? Może on jest bardzo chory? Ale ewidentnie jest. I zawsze był.

– Z Pana dystansem nie oczekuję intymnych zwierzeń. Ale zmienia Pan swoje życie, założył rodzinę.
Paweł Wilczak:
Wcześniej też nie byłem sam, ale moje życie prywatne nigdy nie było tematem do rozmów.

– Czterdziestka coś w Pana myśleniu zmieniła?
Paweł Wilczak:
Ewidentnie poczułem, że w moim życiu zauważalna jest smuga cienia. Zaobserwowałem, że włosy wypadają z głowy, a rosną w uszach (śmiech). Fajne to nie jest. Traci się młodość fizyczną. Zyskuje? Mądrość, mam nadzieję.

– Mówi Pan, że od 20 lat cierpi na bezsenność. Przy malutkich dzieciach to się wreszcie przydaje?
Paweł Wilczak:
Bezsenność nie pomaga w utrzymaniu życiowej harmonii. Mogę spokojnie wstać o drugiej, trzeciej w nocy, ale już szósta, siódma rano to dla mnie dramat (śmiech).

– Pan jest, przepraszam za śmiałość, nie najmłodszym ojcem. Czy Jasiek i Franek odmładzają Panu głowę?
Paweł Wilczak:
Nie czuję się staro. Dzieci to gigantyczna przygoda. Może i najważniejsza w życiu, ale na pewno niejedyna. Ale żeby być konsekwentnym, nie poruszam takich tematów i koniec.

– Pan z ojcem miał dobry kontakt?
Paweł Wilczak:
W moim domu nie było czegoś takiego jak jakiś dyktat czy zakaz. I zawsze to powtarzam – największy skarb stanowiła wolność. Paradoksalnie, przez tę wolność byłem totalnie szczery z rodzicami. Nigdy ich nie okłamałem.

– Na co Pan sobie pozwalał? Na przyznanie: „Zapaliłem. Wagarowałem. Zakochałem się w dziewczynie”?
Paweł Wilczak:
Na różne rzeczy. Ale, tak, nie widziałem powodu, żeby ich okłamywać. Nigdy też nie robiłem wbrew. Mówiłem im: „To, co przeczytacie w gazetach, to nie jest prawda. Usiądźcie, a ja powiem, jak było”.

– Ejże, wiedzieli o wszystkich dwójach?
Paweł Wilczak:
Ależ ja szkoły nie lubiłem. Pierwszy dzień w podstawówce był może fajny. Miałem wymarzony tornister i kredki w woreczku, byłem zachwycony. Szybko mi przeszło. Technologia szkolna mnie przerażała. To, że ktoś mnie pyta o wzór na skroplony azot, a ja muszę mu odpowiadać. I dostanę dwóję, bo tego nie umiem. Chciałem pogadać choćby o tym ukochanym Winnetou, a nie czy półciężki metal łączy się z jakimś gazem. I jeszcze musiałem mówić po rosyjsku. Nie cierpiałem tego języka. Były takie momenty w liceum, kiedy śniłem po rosyjsku. Byłem zagrożony. Na szczęście zaliczyłem, co trzeba, bo mógłbym powtarzać rok. Boże, szkoła powinna rozwijać indywidualne umiejętności dzieci! Na cholerę mi działania różniczkowe? Musiałam robić coś, do czego kompletnie nie miałem serca. To mogło wykoleić nerwy. Szkoły nie lubiłem, dopiero studia.

– Pozdawał Pan różne egzaminy w życiu. Czuje się Pan dziś spełniony?
Paweł Wilczak:
Niespełnienie to paliwo do działania. Czasem słyszę: „A sodówka panu nie odbija?”. Bardzo bym chciał, czekam z utęsknieniem na ten moment. Bo ja tę przysłowiową szklankę widzę do połowy pustą. Ale zaraz czuję, że trzeba ją szybko dopełnić. I to jest fajne. Spełniony? Nie! To by mnie wyhamowało. Mam nadzieję, jeszcze długo się tak nie będę czuł. Bo co wtedy wypadałoby robić?

– Cieszyć się szczęściem?
Paweł Wilczak:
O szczęście to trzeba się bić.

– A o miłość?
Paweł Wilczak:
To jedyna rzecz, o którą chyba warto walczyć na tym padole. Bez niej przygniotłyby nas te wszystkie straszne rzeczy, które oglądamy w telewizji, w newsach. Dzięki sile miłości świat jeszcze istnieje. Choć uważam, że płonie. Ale to właśnie miłość pozwala złapać równowagę. Dla niej warto robić rzeczy głupie, szalone i nieprzewidywalne.

Rozmawiała Monika Kotowska
Zdjęcia Piotr Porębski/METALUNA
Stylizacja Sylwia Brzezińska
Makijaż Beata Milczarek/METALUNA
Fryzury Sylwia Kiliś/METLAUNA
Scenografia Piotr Czaja 
Produkcja Elżbieta Czaja
Współpraca Szymon Machnikowski

Może Cię również zainteresować:

Antek Królikowski jest zazdrosny o Zdrójkowskiego? Adam gra z Julią w serialu "Rodzinka.pl" i...

Źródło: Anna Robak, Krzysztof Plona

Najczęściej czytane

Konkursy

Polecamy

Top Video

Top Galerie

Najczęściej czytane porady