• Krystyna Pytlakowska / Viva!

Patricia Kazadi: "Nigdy nie czułam się czarna"

4
Reakcji
Patricia Kazadi
Fot. Aldona Karczmarczyk/AF PHOTO

– Myślisz o sobie: jestem biała czy jestem czarna?
Patricia Kazadi:
Nigdy nie czułam się czarna, bo utożsamiałam się ze swoim otoczeniem. Moi wszyscy koledzy byli i są biali, moja mama jest biała, moja babcia jest biała, mój wujek jest biały, drugi wujek jest biały. W domu było biało. Przyszłam do szkoły – biało. Idę ulicą – biało i nagle ktoś mówi do mnie: „Murzynka”. A ja na to: „Że co? Ano tak, rzeczywiście”. (Śmiech).

– Kiedy Cię pierwszy raz zobaczyłam, pomyślałam: skąd ona się wzięła?
Patricia Kazadi:
Jak to skąd? Z ojca mego i matki mojej.

– Ich miłość to podobno niezwykle romantyczna historia?
Patricia Kazadi:
Tata jest z Demokratycznej Republiki Konga. Przyjechał do Polski na stypendium na studia. Pierwszy rok spędził w Lublinie, ucząc się języka polskiego. Tam poznał mamę. Zobaczył ją na schodach akademika i powiedział, że zakochał się od pierwszego wejrzenia. Mama początkowo nie wykazywała zainteresowania.

– A może przeraził ją kolor skóry?
Patricia Kazadi:
To akurat mamie nie przeszkadzało. Jest dość odważna i dla miłości jest w stanie skoczyć w ogień, ale wtedy nie chciała może z nikim się wiązać? Więc mój tata, nie myśląc zbyt długo, zaczął adorować jej współlokatorkę z akademika.

– Z premedytacją?
Patricia Kazadi:
Z premedytacją. Przynosił jej kwiaty, niemieckie czekoladki i winylowe płyty. Cel osiągnął. Mama zaczęła robić się zazdrosna. Pewnego dnia tata zapukał do drzwi, mama mówi, że niestety koleżanki nie ma, a on na to: „Przyszedłem do ciebie. Wpuścisz mnie?”. Otworzyła drzwi, tata włączył płytę, utwór Marvina Gaye’a „Lets Get It On” i… oświadczył się ze słownikiem w ręku.

– Patricia, to nie mogło być takie proste. Czarnoskóry z Konga i biała dziewczyna z Łukowa na wschodzie Polski?
Patricia Kazadi:
Nie wiem, nie było mnie wtedy na świecie. Wiem jednak, że mama przez cztery lata przygotowywała rodzinę na to, że zamierza poślubić tatę. Zapraszała go do domu na święta, najpierw jako kolegę. Najszybciej z całej rodziny zaakceptowała go babcia, potem był ślub, a dwa lata po ślubie urodziłam się ja.

– Twoja oliwkowa cera! Wzbudzałaś sensację?
Patricia Kazadi:
Gdy przyjeżdżałam do Łukowa do babci, bo mieszkaliśmy już wtedy w Warszawie, ludzie zaglądali do wózka: „O, jakie ma duże, czarne oczy! Jaka ładna!”. Nie robili tego złośliwie, ale pamiętam, że bez przerwy się na mnie gapili, a mnie to denerwowało do tego stopnia, że pewną panią kopnęłam w nos. Miałam wtedy może ze dwa lata.

– Ale podobna jesteś do taty czy do mamy?
Patricia Kazadi:
Oj, chyba jednak do taty, bo mama jest filigranową, szczupłą blondynką z niebieskimi oczami (śmiech). A tak na poważnie to opinie są różne, podobno mam oczy i mimikę taty, ale uśmiech i głos mamy.

– Ojciec mówił Ci, jak reagować na przejawy rasizmu?
Patricia Kazadi:
Ja tego rasizmu właściwie nie odczuwałam. Podglądałam tylko, jak tata reaguje na zaczepki. Ma poczucie humoru, więc wszystkie uwagi związane z jego pochodzeniem obracał w żart. Pamiętam, jak jakaś pani kiedyś spytała, czy w Kongo to się jeździ na słoniach? A ojciec odparł, że to zależy od majątku. Jak ktoś jest biedny, to jeździ na słoniu, a bogatszy na lamparcie, lwie lub jaguarze, stąd nazwa samochodu jaguar. I wiesz, że babka w to uwierzyła??!!

– Czego Cię nauczył ojciec, a czego mama?
Patricia Kazadi:
Obydwoje dali mi surowe, konserwatywne wychowanie. Od małego bardzo dużo ode mnie wymagali. Tata wychowywał mnie jak syna: mam być silna, odpowiedzialna, ambitna. Chciał, żebym została lekarzem lub prawnikiem. Mama natomiast nauczyła mnie, czym jest dom, na czym polega bezwarunkowa miłość, dobre serce. Pokazała, jaką matką powinna być kobieta. Jak będę miała dziecko, to do nikogo innego nie zadzwonię po jakiekolwiek rady. Jest dla mnie wzorem, ale trochę też przestrogą. Nie chcę tak jak ona poświęcić swojej młodości dzieciom i mężowi. Mama się w tym realizuje. Ja jestem zupełnie inna.

– Kiedy zdałaś sobie sprawę z tego, że jesteś inna?
Patricia Kazadi:
Nie do końca umiałam sobie znaleźć miejsce. Ale to z powodu mojej nieśmiałości, a nie mieszanej krwi. Byłam wycofana, miałam niskie poczucie własnej wartości. Nie umiałam walczyć o swoją pozycję w grupie. Czułam się okropnie niedowartościowana, niezrozumiana. Również w domu bywało różnie. Tata bardzo dużo pracował i nie miał dla mnie zbyt wiele czasu. Bardzo chciałam, żeby poświęcał mi więcej uwagi, walczyłam o jego akceptację. Myślę, że nie zdawał sobie sprawy, jak ja ten brak relacji między nami przeżywam. Zawsze powtarzał: „Zapomnij o tych głupotach i o tym, że ci się uda w show-biznesie”. Gdy zobaczył mnie pierwszy raz śpiewającą w telewizji, rozpłakał się. Teraz mamy świetny kontakt. Zbudowaliśmy go sobie trzy lata temu, kiedy wyprowadziłam się z domu. Dalej martwi się o to, jak radzę sobie na studiach, ale akceptuje mój wybór. Kibicował mi w „Tańcu z gwiazdami”. Ja swoją siłę odnalazłam w muzyce.

– Od dziecka byłaś bardzo muzykalna?
Patricia Kazadi:
Po mamie. Zaczęłam komponować, gdy skończyłam 11 lat. Oglądałam wtedy MTV i trafiłam na akustyczny koncert Alanis Morissette. Leciał utwór „Nieproszona” i nagle coś we mnie pękło. Miałam gęsią skórkę, łzy same mi płynęły po policzkach. I od tamtej pory wiedziałam, że chcę pisać muzykę, grać na fortepianie, dawać koncerty. Usiadłam do pianina. Jakby posłuchać moich utworów skomponowanych między 11. a 16. rokiem życia, to są w nich takie akordy smutku, takie ciemne brzmienia, że samą mnie to przeraża. Kilka z tych utworów znajdzie się na mojej debiutanckiej płycie. Teraz piszę zupełnie inaczej.

– Dlaczego?
Patricia Kazadi:
Bo jestem w zupełnie innym punkcie życia. Nareszcie coś zaczęło mi wychodzić. Akceptuję siebie. Jestem szczęśliwa. Ale nadal mam silne poczucie przemijania. Od dziecka bałam się śmierci. Nie chciałam iść spać, bo wiedziałam, że uciekną mi kolejne godziny. Lecz teraz, jak bym tylko mogła, to najchętniej zapadłabym w sen zimowy (śmiech).

– Muzyka jest dla Ciebie lekiem na depresję? Ratunkiem?
Patricia Kazadi:
Zdecydowanie tak. Choć siadam też do pianina, gdy jestem szczęśliwa i mam pozytywną energię, którą chcę się podzielić z innymi. Wtedy wolę komponować z żywym bandem. Dajemy „po garach” i jest power.

– Gdy miałaś 11 lat, Janusz Józefowicz skreślił Cię na przesłuchaniach do musicalu „Piotruś Pan”. Wygrała Twoja koleżanka. Inna dziewczyna dałaby sobie spokój.
Patricia Kazadi:
Odechciało mi się wtedy chodzenia na castingi. Janusz postąpił słusznie, nie nadawałam się jeszcze wtedy. Nie byłam w stanie przemówić do widza, wszystko przez tę cholerną nieśmiałość. Ale ta porażka mnie totalnie zmotywowała. Ogarnęłam się, podrosłam i poszłam na warsztaty aktorskie do Teresy Kotlarczyk.

– Nastąpił przełom?
Patricia Kazadi:
Ona mnie odblokowała. Czułam się na tych zajęciach obrana ze skórki, goła i lekko poniżona tym wszystkim. Teresa nie przebiera w słowach. Budziła we mnie podziw, szacunek i strach – wszystko naraz. Uznałam, że już gorzej nie będzie, więc po prostu puściłam wszystkie pasy bezpieczeństwa i rzuciłam się w to. Teresa dostrzegła, że mam potencjał. Po trzymiesięcznych warsztatach poszłam na casting do serialu „Egzamin z życia” i dostałam główną rolę – Ani Chełmickiej. Grałam w tym serialu aż do 2008 roku.

– A gdybyś jej nie spotkała? Kim byłabyś dzisiaj?
Patricia Kazadi:
Kimś innym. Na przykład odbywałabym jakiś staż biznesowy za granicą, może w Stanach. Może studiowałabym na Akademii Medycznej, a może byłabym astronautą? Może bym była szczęśliwa? A może byłabym nieszczęśliwa, bo minęłam się z powołaniem. Ale jest tak, jak miało być. Pamiętam, że wcześniej w ogóle bałam się przed kimś zaśpiewać, ujawnić się z głosem i moją muzyką. Kiedyś zmusiła mnie do tego moja przyjaciółka Asia. „Zaśpiewaj dla mnie, Pati, błagam”. Nigdy nie śpiewałam dla kogoś. W końcu uległam. Kazałam jej zamknąć się w łazience, żeby na mnie nie patrzyła, i przez ścianę zagrałam jej jeden ze swoich utworów. Skończyłam, nastała cisza. O, kurczę, pewnie siedzi i myśli, jak mi powiedzcieć, że słabizna, pomyślałam. Po chwili wyszła ze łzami w oczach. Moja piosenka ją wzruszyła – to było niesamowite uczucie. Kolejnym etapem było poznanie polskiego środowiska hiphopowego – zaczęłam nagrywać z nimi klipy, grać undergroundowe koncerty. Poczułam się chciana i zaakceptowana. Powolutku zaczęłam się otwierać na ludzi, dawałam się poznać. Poszłam do nowej szkoły i obrałam nową taktykę.

– Wystarczy sobie to postanowić?
Patricia Kazadi:
Uznałam, że jak jestem sobą, to każdy mną pomiata i nie szanuje, a gdy założę maskę zimnej i złej suki, będą się mnie bali. Nosiłam kolczatkę, miałam irokeza, kabaretki i glany – na twarzy wyraz: Mam was wszystkich gdzieś! Nie podchodzić! Ubrania w szafie – tylko czarne. Nie zaczepiano mnie. Rozmawiałam tylko z przyjaciółką. To trwało tak ze dwa lata. Szatan, ostra muza – teraz jak na to patrzę z perspektywy czasu, to jest śmieszne, ale działało.

– Twoja czarna krew dała Ci taki mocny, wspaniały głos. Możesz śpiewać jak Aretha Franklin, jak Janis Joplin. Możesz tworzyć pełne tęsknoty bluesy. Kto nie ma tego w genach, nie potrafi.
Patricia Kazadi:
Jestem za to losowi bardzo wdzięczna. Akurat trafiłaś – Aretha Franklin to jedna z moich faworytek. Ta to ma głosisko!

– Pomyślałaś kiedyś o tym, że za szybko wszystko się u Ciebie dzieje. Młode dziewczyny chodzą na dyskoteki, kochają się, uczą. A Ty tylko walczysz?
Patricia Kazadi:
Pytasz mnie, czy coś tracę? Kiedyś dziennikarka zapytała mnie, z czym mi się kojarzy zapach dzieciństwa. „Z McDrive’em”, odpowiedziałam. Bo ja od małego spędzałam czas w korkach, z teatru do szkoły, ze szkoły do teatru, z prób do szkoły muzycznej, ze szkoły muzycznej na przedstawienie. Dla mnie to było normalne życie i nie zamieniłabym go na żadne inne.

– Co chcesz jeszcze osiągnąć? Bo moim zdaniem masz już i tak bardzo dużo. Jedenaście filmów i seriali, gościnne występy na płytach, udział w programach telewizyjnych, popularność.
Patricia Kazadi:
Bardzo chcę zagrać główną rolę w filmie akcji, zrobić dubbing do bajki, a przede wszystkim wreszcie wydać swoją debiutancką płytę. Fajnie byłoby dostać jakąś nagrodę muzyczną, na przykład Fryderyka czy Słowika.

– Studia? Odpuściłaś sobie?
Patricia Kazadi:
Nie. Mam duszę artystki, lecz co dwa tygodnie znajduję się w innym świecie, na zajęciach na SGH. Tam jestem tylko jednym z 70 numerów, a nie Patricią Kazadi z telewizji. To dobrze robi na skromność i sprowadza totalnie na ziemię. Nie mam zadatków na bycie gwiazdą. Interesuje mnie wydawanie płyt, granie koncertów, granie w filmach. Mój rozwój i spełnianie marzeń.

– A gdzie przynależysz? Już to wiesz?
Patricia Kazadi:
Zawsze przynależałam do Polski. Zrozumiałam to na obozie na Korsyce – miałam wtedy 13 lat. Nie chcieli mojej grupy wpuścić do restauracji, bo byli Polakami. A mnie wpuścili, bo mówiłam biegle po francusku, no i wiadomo – nie wyglądam po słowiańsku. Strasznie mnie to uraziło. Nikt nie będzie obrażał mojego kraju. Przynależę też do mojej rodziny i przyjaciół.

– Nigdy nie byłaś zakochana?
Patricia Kazadi:
Właściwie nie, ale na pewno byłam zauroczona. Myślę też, że nie najlepiej wybieram. Pociągają mnie frajerzy, jak się później okazuje (śmiech). Z drugiej strony – mam dopiero 22 lata. Ciągle padają pytania: „Czemu nie masz chłopaka? Czemu się z nikim nie wiążesz?”. Przecież zdążę. Nie mam na tym tle żadnych kompleksów. Nauczyłam się jednego na pewno: wszystkich nie zadowolisz, nie da rady. Ważne, aby czuć się dobrze samemu ze sobą i mieć w życiu bliskich, życzliwych ludzi – rodzinę, przyjaciół. Oni są dla mnie największym wsparciem, moją podporą.

– Poznałaś już rodziców ojca?
Patricia Kazadi:
Większa część rodziny taty cały czas mieszka w Kongo. Chcę wybrać się tam po raz pierwszy tej zimy. Ciekawa jestem, czy mi się spodoba. Dziadka miałam okazję poznać, gdyż raz przyjechał do Polski.

– Podobało mu się?
Patricia Kazadi:
Tak, ale ciągle było mu za zimno, a śnieg raczej nie przypadł mu do gustu. Teraz z dziadkiem rozmawiam przez Skype’a.

– W jakim języku?
Patricia Kazadi:
Po francusku, bo suahili jeszcze się nie nauczyłam.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Aldona Karczmarczyk/AF PHOTO
Stylizacja Andrzej Sobolewski/D’VISION
Asystentka stylisty Sara Milczarek
Scenografia Eliza Nowicka
Fryzury Piotr Wasiński/AF PHOTO
Makijaż Iza Wójcik
Produkcja sesji Anna Wierzbicka

Może Cię również zainteresować:

„No, piękny jest!”. Kto wpadł w oko Patricii Kazadi? „Powiem wam wszystko”. I powiedziała!


4
Reakcji