• Viva

Olga Borys i Wojciech Majchrzak: "Córka jest nagrodą za wszystko"

- Śliczna ta Wasza córeczka. I do tego wcale nie płacze. „Wylosowaliście” najlepszą wersję dziecka.           
Olga Borys: Teraz już można tak powiedzieć. Mira jest nagrodą za wszystko. Za trudny czas, kiedy tak bardzo staraliśmy się o dziecko, za niepokój przed rozwiązaniem, no i w końcu za sam poród, który był koszmarny...

– Działo się coś złego?
O. B.: W ciąży bardzo dobrze się czułam, miałam świetne wyniki i byłam pewna, że wszystko pójdzie gładko. Ale mam drobną budowę, a dziecko było duże i ciężkie, nie chciało się urodzić. Wcześniej wmówiłam sobie, że na pewno przyjdzie na świat przed terminem, bo moja mama mnie tak urodziła, a mówi się, że córki rodzą tak, jak matki. Każdego dnia myślałam, że to już. Torbę z rzeczami do szpitala dla siebie i dziecka miałam spakowaną półtora miesiąca przed terminem. Stała przy łóżku i kurz na niej osiadał, a upragniony dzień nie nadchodził... Znajomi, których nastawiłam na to, że na pewno rozwiązanie będzie w czerwcu, dzwonili co parę dni, dziwiąc się, że jestem jeszcze w domu. Biedni, nie wiedzieli, że te ich telefony coraz bardziej mnie irytowały. Tym bardziej, że czułam się jak wieloryb wyrzucony na brzeg, bo nie dość, że byłam gruba (w ciąży przytyłam 23 kilo), to jeszcze w czerwcu i w lipcu, jak pamiętasz, były okropne upały.

– Pamiętam, że popłakiwałaś, wpadłaś w depresję.
O. B.: Gdy minął termin porodu, zaczęłam się psychicznie czuć coraz gorzej. Mimo że lekarze zapewniali mnie, że wszystko jest w normie, miałam złe przeczucia.

– Uzasadnione?
O. B.: Jak się okazało, tak. Niby nic się nie działo – przenoszenie ciąży nie jest czymś niezwykłym. Ale zaczęło mnie martwić, że tak zwane skurcze przepowiadające były bardzo słabe i występowały bardzo rzadko. W książkach, którymi byłam obłożona, nie znalazłam na ten temat odpowiedzi. Lekarze też mnie uspokajali, że to sprawy indywidualne. Kiedy jednak tydzień po terminie poszłam na badania do szpitala, już tam zostałam. Podłączono mnie do kroplówki z oksytocyną i czekaliśmy na akcję porodową. Miałam potworne bóle, ale skurcze były słabe. Podano mi znieczulenie, nie podziałało. Anestezjolog zdecydował, że poda mi jeszcze jedno, które również nie przyniosło mi ulgi. Moja położna, pani Małgosia, zaczęła podejrzewać najgorsze. Na własną odpowiedzialność nie zwiększyła mi dawki środka znieczulającego. Prawdopodobnie uratowała tym dziecko. Po 10 godzinach porodu lekarze podjęli decyzję o cesarskim cięciu. Dopiero potem powiedzieli mi, że gdyby nie zadecydowali w porę, konsekwencje mogły być tragiczne. Ale dziś już nic z tej grozy nie pamiętam. Mądre książki mówią o tym zjawisku – amnezja poporodowa. Wojtek za to pamięta wszystko. Był ze mną cały ten czas.

– To dobrze, gdy mężczyzna „rodzi” z kobietą?
O. B.: Tak, to wyraz miłości i współodpowiedzialności za dziecko. Wojtek ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że chce być przy porodzie. Cały czas mi powtarzał, że jestem bardzo dzielna, dodawał mi otuchy. Lekarze pozwolili mu być przy cesarce. Siedział u mojego wezgłowia wystrojony w kitel i w maseczkę. Wyglądał jak doktor z serialu.

– Co pomyślałaś, gdy wreszcie zobaczyłaś Mirę?
O. B.: Instynktownie chciałam ją wyrwać lekarzowi z rąk, ale byłam zbyt wycieńczona. Pocałowałam ją tylko w policzek.
Wojciech Majchrzak (właśnie wrócił do domu i natychmiast zaczął bujać wózek z córeczką): Zrobiła to tak naturalnie, jakby całowała Mirę już wiele razy. Miałem w oczach łzy.

– Dla ojca to też ogromne przeżycie. Kiedyś mężczyźni nie byli dopuszczani do misterium narodzin. Wiele tracili.
O. B.: To prawda. Pielęgniarki zaraz owinęły małą w pieluchy i zostawiły z Wojtkiem na 10 minut. Przyglądali się sobie. Rozpoznawali się.
W. M.: To nieprawdopodobne, ale mała mnie świadomie obserwowała, patrzyła w oczy. Miałem wrażenie, że wie, kim jestem i za chwilę powie do mnie: „Cześć, tato”.
O. B.: Wojtek całymi dniami przesiadywał w szpitalu i wszystko przy dziecku robił. Pamiętam, że uczył się wtedy roli. Na drugi dzień miały być zdjęcia. Mówił tekst, nosząc Mirkę na rękach. A ona go słuchała nadzwyczaj uważnie, nie wydając żadnego dźwięku.
W. M.: To będzie moja największa fanka (śmiech).
O. B.: Zaraz po porodzie potrzebowałam mocnego wsparcia. Kobieta w tym czasie nie ma dystansu do niczego, szaleje w niej burza hormonów, jest okropnie przewrażliwiona. Po kilku dniach od narodzin Miry chciałam się z Wojtkiem rozwodzić!

– Serio? Co zbroił?
O. B.: Kiedy wypisywano mnie ze szpitala, Wojtek akurat pracował. Przyjechała więc po mnie koleżanka. Wcześniej mąż dostarczył mi fotelik dziecięcy do samochodu, ale nie poinstruował, jak się z tym obchodzić. Ani ja, ani Beata nie wiedziałyśmy, jak go umocować. Walczyłyśmy z tym ustrojstwem, a Mirka darła się wniebogłosy. Płakałam razem nią, z bezradności.

– I pewnie czułaś się opuszczona?
O. B.: Właśnie. Wtedy zadzwonił Wojtek, a ja zaczęłam krzyczeć, że się z nim rozwodzę.
W. M.: Skończyłem wcześniej zdjęcia, chciałem sprawdzić, jaka jest sytuacja, dzwonię i słyszę, że dziecko strasznie płacze, a Olga nerwowo i bardzo szybko coś do mnie mówi.
O. B.: Ja już nawet datę rozwodu wyznaczyłam!
W. M.: Krzyczy do mnie: „Posłuchaj, na co nas naraziłeś!” i zbliża do słuchawki płaczące dziecko.
O. B.: I nagle to wrzeszczące niemowlę zaczęło się uspokajać, aż ucichło zupełnie. Bo usłyszało głos ojca! Muszę przyznać, że to mnie rozbroiło.

– I uspokoiłyście się obie, do rozwodu nie doszło. To będzie córeczka tatusia?
O. B.: Tak, zobacz, jaka jest do niego podobna... A dumny tata ją kąpie, zabawia, rozśmiesza. Ona na widok Wojtka uśmiecha się szeroko... Tworzą zgrany team.

– Ale Wy w przyszłości stworzycie damską koalicję?
O. B.: Już się nie mogę doczekać.

– Jak to jest, gdy po latach swobody nagle dziecko staje się najważniejsze?
O. B.: Nie odpowiem ci, bo nie wiem, jak mogliśmy dotąd żyć bez Miry. Marnowaliśmy czas. Ona jest takim kochanym, spokojnym dzidziusiem. Już gaworzy. Potrafimy nawet rozpoznać, czy to objawy zadowolenia, czy to pyskowanie (śmiech).

– I wszystko jest takie sielankowe? Wiele „nowych” matek narzeka, że trudno im poradzić sobie z macierzyństwem.
O. B.: My też mamy gorsze chwile, na przykład pierwsze szczepienie. Nie mogłam na to patrzeć, musiałam wyjść z gabinetu, bo Mira tak płakała… Trudno mi też znieść myśl, że mogłaby się gorzej czuć, mieć temperaturę… Ale wiem, że tego się nie uniknie.
W. M.: Wszystko planujemy teraz pod kątem dziecka. Śmiejemy się, że wreszcie zrobiliśmy coś, co ma ręce i nogi.
O. B.: I włoski. Wygrała w szpitalu konkurs na noworodka z najdłuższymi włosami.

– Jak Wasz pies przyjął Mirę? Odebrała mu przecież status jedynaka.
O. B.: Baliśmy się momentu, gdy zobaczy małą. W czasie mojego pobytu w szpitalu przebywał w psim hotelu. Kiedy przywieźliśmy go do domu, był uszczęśliwiony, że widzi moją mamę, a dziecka jakby nie zauważał. Trzyma się od Miry z daleka. Udaje, że nie jest zainteresowany, chociaż normalnie to bardzo wścibskie bydlę.

– Za to babcia oszalała z miłości?
O. B.: Świata poza Mirą nie widzi. My wiemy jedno, że dziecko przyniosło nam wielkie szczęście i ogromną dawkę miłości. Czujemy się tak, jakbyśmy wygrali w totolotka. Odebraliśmy mnóstwo życzeń, dostaliśmy mnóstwo prezentów!
W. M.: My? Mirka dostała.

– Zaskoczyło Was coś, czego nie czytaliście w podręcznikach dla rodziców?
O. B.: Chyba nie… Nas niewiele zaskakuje, ponieważ jesteśmy dojrzałymi rodzicami po trzydziestce.
W. M.: Gdybyśmy mieli po 18 lat, to pewnie wiele sytuacji by nas przerastało, podchodzilibyśmy do nich bardziej egoistycznie. Ale teraz zachowujemy stoicyzm i wszystko godzimy bez problemu.

– Nie bywacie w ogóle zmęczeni?
O. B.: Ale to słodkie zmęczenie. Na każde kwilenie małej jestem już na nogach. A przecież tak lubiłam sobie pospać. To się jednak zmienia samo przez się.

– Ty wstajesz do niej w nocy?
O. B.: Na początku, kiedy po cesarce nie byłam w pełni sprawna, Wojtek podawał mi małą do karmienia i przewijał ją. Ale odkąd mam się dobrze, nie chcę go niepotrzebnie angażować – niech sobie pośpi. Za to Wojtek rano się zajmuje małą, żebym to ja mogła się wyspać.

– Dziecko Was jeszcze bardziej związało? Nadało małżeństwu inną jakość?
O. B.: Teraz nawet drobne domowe sprzeczki o jakieś głupstwa, które zdarzają się w każdym małżeństwie, staramy się ograniczać albo przynajmniej robić to cicho, żeby małej nie napełniać złymi emocjami.
W. M.: Ja teraz patrzę na Olgę inaczej – to nie tylko moja kobieta, ale matka mojego dziecka. A to bardzo poważna funkcja.
O. B.: Awansowałam! Wiesz, co się w nas zmieniło? Widzę teraz, że wiele spraw nie ma znaczenia. Takich, które kiedyś nas stresowały. Nie ma już napięcia związanego z karierą. I z tym, czy ktoś nas lubi, czy nie. Do takich spraw po urodzeniu dziecka nabiera się dystansu.
W. M.: Łatwiej się wtedy żyje.
O. B.: Dziecko to najlepsza terapia na chore ambicje. Wszystko nabrało właściwych wymiarów. No i potwierdziło moje domysły, że mam wspaniałego męża, który okazał się wspaniałym ojcem. Jesteśmy ciekawi każdej nowej chwili w rozwoju Miry. Kiedy powie pierwsze słowo i czy to będzie „mama” czy „tata”. Kiedy zacznie sama siadać, raczkować, chodzić. I jeszcze jedno: chcemy, żeby była z nas dumna, z naszych osiągnięć zawodowych. Dlatego nie zaniedbam pracy, nie zostanę kurą domową. Wiele osób pyta mnie, czy zajmę się tylko wychowaniem dziecka. Nie, bo wtedy byłabym niespełniona, a przez to może nawet zgryźliwa dla otoczenia. Gdy my będziemy szczęśliwi, to nasza córka też.

Rozmawiała KRYSTYNA PYTLAKOWSKA
Zdjęcia Jacek Poremba
Stylizacja Karolina Kiczko
Makijaż Natalia Grewińska/Kayax
Fryzury Marta Kuśmierska/Ce – Ce of Sweden
Scenografia Anna Tyślerowicz
Produkcja sesji Ewa Opalińska

Może Cię również zainteresować:

Która sławna aktorka namówiła Olgę Borys do udziału w TTBZ? Nie wiedzieliśmy, że się przyjaźnią!

Najczęściej czytane

 

Top Video

Top Galerie

Najczęściej czytane porady