• Krystyna Pytlakowska / Viva!

Monika Kuszyńska: "Wiary nie straciłam nigdy"

96
Reakcji
Monika Kuszyńska
Fot. Mateusz Stankiewicz / AF PHOTO

– Monika, boję się tej rozmowy.


Monika Kuszyńska: Ja też. Po raz pierwszy mówię publicznie o tym, co działo się ze mną po wypadku. Ale mijają właśnie cztery lata... Pora zamknąć już ten rozdział. Przestać cierpieć i zacząć żyć.

– Kilka sekund zmieniło Twoje życie. Ułamki sekund. Pamiętasz je?


Monika Kuszyńska: Pamiętam wszystko, niestety. Mokrą szosę – padało. Zieleń drzew na poboczu. Pisk opon. Krzyk Roberta.

– Twój krzyk?


Monika Kuszyńska: Ja zamarłam. Głos uwiązł mi w gardle. Potem zapamiętałam już tylko dźwięki. Nie odważyłam się otworzyć oczu.

– Miałaś jakieś przeczucie przed wypadkiem? Jakiś strach, niepokój?


Monika Kuszyńska: Dziwne, ale poprzedniego wieczoru podczas koncertu byłam spięta jak nigdy. Powiedziałam nawet menedżerce, że czuję się tak, jakby to był bardzo ważny koncert, że mam taką tremę, jakbym śpiewała na festiwalu. „Jakby to był ostatni koncert w moim życiu”, dodałam. Potem w nocy źle spałam. Nie wierzę w przeczucia, ale widzisz... Chyba je miałam.

– Gdybyś siedziała z tyłu, nic by Ci się nie stało.


Monika Kuszyńska: Tak, ale w ostatniej chwili zdecydowałam się usiąść koło kierowcy. Kolega powiedział: „Usiądź z przodu, będzie ci wygodniej”. Kto zadecydował za nas, że zamieniliśmy się na miejsca? Kto podjął decyzję, że jemu nic się nie stanie? Istotne jest to, że ten sam kolega – Leszek, uratował nam życie. Wyjął kluczyk ze stacyjki.

– Zapamiętałaś sam moment wypadku?


Monika Kuszyńska: Wiesz, to niesamowite, bo byłam w szoku, a jednocześnie myślałam bardzo racjonalnie: Monika, nie ruszaj się, zaraz przyjadą, uwolnią cię. Zapamiętałam głosy, zgrzyt blachy, gdy rozcinano samochód. I dojmujący ból. A potem pamiętam zimne światło lamp na szpitalnym suficie, gdy wieziono mnie na operację. Nienawidzę szpitali.

– Pisano, że nie miałaś zapiętych pasów, bo akurat zdejmowałaś kurtkę?


Monika Kuszyńska: Gdyby tak było, pewnie dzisiaj nie miałabyś z kim rozmawiać. Uderzyłabym głową o szybę. Ale byłam silnie umocowana, więc cała siła uderzenia skupiła się na moim tułowiu, nie powodując urazu głowy. Ciężko to wspominać.

– Kiedy dowiedziałaś się, że nie będziesz chodzić?


Monika Kuszyńska: Nikt mi tego jednoznacznie nie powiedział. Lekarze poinformowali tylko moich rodziców, że istnieje taka obawa. Ale oni nie zdradzili się przede mną. Bali się o mnie. Dopiero dużo później, gdy już nabrałam do wszystkiego dystansu, porozmawiała ze mną o tym moja siostra. Wtedy już sama domyślałam się, że może być różnie. Tuż po wypadku nie myślałam, czy będę chodzić, czy nie. Cieszyłam się, że żyję, chociaż wszystko docierało do mnie jak przez mgłę. Dostawałam narkotyki, bo tylko one mogły uśmierzyć ból. Po nich śmiałam się nawet, żartowałam...

– Widziałam się z Tobą pod koniec czerwca 2006 roku, w klinice w Konstancinie. Byłaś smutna i przerażona.


Monika Kuszyńska: Byłam po ciężkiej operacji, czekała mnie kolejna. Przeszłam ich pięć. Nie wiedziałam, że można tyle wytrzymać. Do tego ból psychiczny. Zaczęła wracać świadomość. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, co naprawdę się wydarzyło.

– I że nadal nie czujesz nóg?


Monika Kuszyńska: Tak. A jeszcze nie wiedziałam, co mnie czeka. Wcześniej, w klinice we Wrocławiu, zdawało mi się, że to tylko na chwilę, że wyzdrowieję, wyjdę, będzie jak dawniej. Rehabilitantka powiedziała wtedy: „No, jak za rok będziesz mogła chodzić, to będzie wielki sukces”. „Jak to za rok?”, zdenerwowałam się. „To strasznie długo. Muszę chodzić wcześniej, za dwa, trzy miesiące!”. Tylko popatrzyła na mnie, już nic nie mówiąc. A potem przewieziono mnie do Konstancina. Widziałaś te wieloosobowe sale? Te brudne ściany? Koszmar. Tam właśnie zorientowałam się, że ludzi cierpiących jest wielu. Że chociaż tak cholernie mnie boli, wcale nie jestem wyjątkowa.

– Wiem, że przywołuję wspomnienia,  których nie chciałabyś pamiętać, ale tematu wypadku nie można zamknąć. Wracał do Ciebie?


Monika Kuszyńska: Nawet gdybym chciała go zamknąć, byłoby to w tamtym czasie niemożliwe. Ten temat był nieustannie wywoływany poza mną. Potrzebowałam przestrzeni i czasu, by móc sobie to wszystko sama poukładać. Chciałam się odciąć, mieć święty spokój. Tymczasem czułam się atakowana, obserwowana. I to wyczekiwanie...

– Czy staniesz na nogi?


Monika Kuszyńska: Tak. Lekarze nic nie mówią, a gazety piszą. Któregoś dnia w tabloidzie czytam o sobie, że wyrok już zapadł. Że już na zawsze tylko wózek inwalidzki... Ktoś, kogo nawet nie znasz, jednym zdaniem odbiera nadzieję. A ja cały czas toczyłam i toczę wielką, okrutną walkę, by wyzdrowieć. Skupiłam się na tym. Moje życie zostało podporządkowane operacjom i rehabilitacji.

– Dlatego odcięłaś się od świata?


Monika Kuszyńska: Chciałam być tylko wśród ludzi, którzy stali mi się w tamtym czasie bliscy. Nie odbierałam telefonów, nie chciałam, by mój dawny świat wkraczał do obecnego. To za bardzo bolało. Dawnego świata dla mnie już nie było.

– Załamałaś się, gdy ostatnia operacja w Rosji się nie powiodła?


Monika Kuszyńska: Nie wiem, czy się nie powiodła. Efekty mogą nastąpić za jakiś czas. Byłam o tym uprzedzona. Najgorszy moment przeżyłam po drugiej operacji, w Polsce. Miała coś poprawić, a nic nie dała poza niewyobrażalnym bólem. Nie wiem, czy umiem ci wytłumaczyć, co to znaczy: niewyobrażalny. Żeby się go pozbyć, oddałabyś wszystko.

– Straciłaś wtedy wiarę, że się uda?


Monika Kuszyńska: Wiary nie straciłam nigdy, choć z pewnością przeszła ona wtedy wielką próbę. Płakałam, a gdy brakowało łez, milczałam pogrążona w smutku. Miałam czarne myśli. Najgorzej, gdy odzyskujesz jasny umysł. Analizujesz. Mnie to dopadło dopiero w Konstancinie, kiedy z raju, jakim była klinika we Wrocławiu, przeskoczyłam do piekła. W tym czasie zaczęto odstawiać mi środki przeciwbólowe. Lekarze w ogóle nie chcieli ze mną rozmawiać. To był koszmar. Tylko jeden chłopak, salowy – nawet nie pamiętam jego imienia – pomagał mi, starał się odwrócić moją uwagę od choroby. Ale to w takiej sytuacji niewykonalne zadanie. Nie da się czytać, oglądać telewizji, nic. Podświadomie skupiasz się na swoim ciele, próbujesz za wszelką cenę poruszyć palcami u nóg, a one jakby należały do kogoś innego. Ja zresztą cały czas je testuję. Nawet teraz, podczas naszej rozmowy.

– Zadawałaś sobie pytanie: dlaczego ja?


Monika Kuszyńska: Zadawałam i wciąż zadaję sobie inne pytanie: Jaki jest sens tego wydarzenia? Kolejnym etapem po wypadku, po szoku, malignie, odzyskiwaniu świadomości jest myśl, że to wszystko zdarzyło się nie ot tak sobie, tylko w jakimś celu. Gdyby było inaczej,  światem rządziłby chaos i przypadek. Chcę wierzyć, że to jednak coś więcej, że to wszystko ma jakiś głębszy sens.

– Młoda, piękna dziewczyna, przed którą całe życie, kariera, i nagle wszystko zostaje przekreślone? To jest po coś?


Monika Kuszyńska: Choć zaraz po wypadku był we mnie bunt, nie chciałam myśleć, że Bóg jest okrutny, bezwzględny. Odpowiedzi szukałam więc głębiej. I któregoś dnia przebłysk: A może w ten sposób Bóg mnie przed czymś uratował?

– Przed czym?


Monika Kuszyńska: Może nie szłam w dobrą stronę? Jak mówisz, byłam piękną dziewczyną, śpiewałam, robiłam karierę. Ale na ile byłam wartościowym człowiekiem? Na ile głębokim, świadomym? Trudno mi teraz odnieść się do tego poprzedniego życia. Ciężko mi nawet przypomnieć sobie, jak było przed wypadkiem. Jaka ja wtedy byłam. Wypieram z pamięci wszystko sprzed czterech lat. Jakbym wówczas to nie była ja, jakby to był sen. Ten wypadek mnie obudził.

– Co to znaczy?


Monika Kuszyńska: Dojrzałam. Nawet w pewnej chwili czułam się tą dojrzałością przytłoczona. Jakbym się z dnia na dzień zestarzała. Wcześniej wiodłam beztroskie życie, skupiona w dużym stopniu na swoim wyglądzie i głosie, pokonywaniu błahych kompleksów. Byłam próżna – nie ukrywam tego. Głównym celem było zabłysnąć w Opolu, kupić ładną sukienkę, mieć dobrą cerę. Fryzurę. I nagle przestało to być dla mnie ważne. Wiem, że już nigdy nie wyjdę w szpilkach ani w obcisłych spodniach. Nie będę tą posągową dziewczyną z okładek. Ale też mentalnie jest mi już do tej dziewczyny bardzo daleko.

– Tęsknisz za szpilkami?


Monika Kuszyńska: No pewnie.

– Śnią Ci się?


Monika Kuszyńska: W snach widzę siebie chodzącą, biegającą, choć niekoniecznie w szpilkach. Wracając jednak do tematu, po wypadku czekała mnie poważna próba, czy znajdę w sobie inną wartość, która wypełni moje życie, kiedy to, czym wcześniej żyłam, zostało mi odebrane.

– Kiedy zaczęłaś się nad tym zastanawiać?


Monika Kuszyńska: Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że wygląd przestał być moim atutem numer jeden. Przez rok bałam się spojrzeć w lustro, więc nie patrzyłam w nie wcale. To, jak wyglądam, kompletnie przestało mnie interesować.

– Przekreśliłaś swoją kobiecość?


Monika Kuszyńska: Moja kobiecość została odcięta w jednej sekundzie, gdy trzasnął mój kręgosłup. Nie akceptowałam swojego ciała. Nagle stało się obce, nie moje, nie miałam nad nim kontroli. Wykonałam jednak nad sobą ogromną pracę, by nie poddać się depresji i rozpaczy. Sama sobie zaimponowałam, że depresja całkiem mną nie zawładnęła. Trzeba pozwolić sobie na żal, na płacz, nie należy trzymać w sobie tak wielkich emocji. Ale też trzeba uważać, by nie zatopić się w rozpaczy na zbyt długo. Mnie udało się w porę powiedzieć „dość”. A był przecież taki czas, gdy nie chciałam żyć.

– Ale żyjesz!


Monika Kuszyńska: Żyję i obserwuję rozwój medycyny. Znam ludzi, którzy mieli nie chodzić, a chodzą. Nie można wydawać wyroków na wyrost. I co najważniejsze, nie można zabierać nadziei. Ja swojej nigdy nie porzuciłam, choć nie wywieram już na sobie takiej presji. Jestem cierpliwa. Od chwili, gdy stworzyłam swój świat na nowo i umiem w nim funkcjonować, zaczęłam skupiać się na czymś więcej niż tylko nogi. Choć oczywiście cały czas poddaję się rehabilitacji. Znalazłam bardzo mądrego rehabilitanta, niesamowitego człowieka. To on miał wielki wpływ na moje nowe życie, na mój nowy sposób myślenia. Wojtek mieszka w Bielsku. To piękne miasto stało się moją oazą na trzy lata. Przeniosłam się tam dla Wojtka właśnie. To on ugruntował moją podupadającą wówczas nadzieję.

– Jak go znalazłaś?


Monika Kuszyńska: Powiedziała mi o nim Madzia, dziewczynka po wylewie, którą poznałam w klinice w Bydgoszczy. Pocieszała mnie: „Monika, popatrz, ja miałam być warzywem. Ty też wyzdrowiejesz”. Dziś myślę, że ten wypadek zdarzył mi się również po to, bym dostrzegła cierpienie innych ludzi. Przeczytałam u was w VIVIE! reportaż o Jaśku Meli. Wzruszył mnie. Płakałam całą noc. Mądrość i dojrzałość tego młodego chłopaka napełniły mnie siłą. Pomyślałam, że i ja mogę wszystko.

– Jak się powraca do życia?


Monika Kuszyńska: Powrotów jest kilka. Najpierw ze szpitala. Po pół roku zostałam wypisana do domu. Tylko okazało się, że ja... domu nie mam. Nikt nie zastanawia się nad niepełnosprawnymi, czym dla nich jest „normalne” życie. To wielki, okrutny, obcy świat, pełen schodów bez windy. Rodzice mieszkają na czwartym piętrze. Ja miałam mieszkanie na drugim. Zatrzymałam się u znajomych, którzy mieszkali najniżej. Schody jednak nie były jedyną barierą. Zawsze gdzieś były za wąskie drzwi, niedostępna łazienka, w kuchni za wysokie blaty. Nagle okazało się, że jestem więźniem zależnym od innych, nie mogę żyć samodzielnie, nawet umyć się sama. Najpierw musiałam nauczyć się prosić o pomoc. Nauczyć się też tę pomoc przyjmować. Zrozumieć, że ludźmi nie kieruje litość, tylko zwykła życzliwość. To bardzo trudna lekcja dla kogoś, kto zawsze był samodzielny i niezależny.

– Bałaś się współczucia?


Monika Kuszyńska: Myślałam, że człowiek na wózku wzbudza jedynie litość. Jeżeli więc tak ma wyglądać moje życie, to... Teraz, gdy obserwuję ludzi po podobnych przejściach, wiem, że każdy ma chwile kompletnej bezradności, załamania. Częściej jednak wzbudzają oni nie litość, lecz podziw.

– I właśnie wtedy pojechałaś do Bielska? Sama?


Monika Kuszyńska: Pojechałam z siostrą, która wzięła urlop dziekański, by się mną opiekować. Pomyślałam sobie, że jeśli mam i tak wynajmować mieszkanie, to wynajmę je tam, gdzie pracuje Wojtek, w którym wyczułam pasję, wiarę i wielką chęć pomocy. Pojawił się w odpowiednim momencie mojego życia, zupełnie jak anioł. Pierwsze spotkanie z nim i już wiedziałam, że w Bielsku zostaję. Teraz kursuję między dwoma miastami – Łodzią i Bielskiem.

– Ktoś Cię wozi?


Monika Kuszyńska: Zadziwię cię, ale sama jeżdżę samochodem. Prawo jazdy miałam od dawna, lecz bałam się usiąść za kierownicą. Namówili mnie inni niepełnosprawni: „Monika, musisz jeździć. Będzie ci o wiele łatwiej, staniesz się samodzielna”. To wielkie wyzwanie, na jakie się zdobyłam. Ja, osoba, która nie mogła się sama przekręcić na drugi bok bez pomocy siostry, wsiadam do auta i jadę do drugiego miasta.

– Odzyskałaś więc wolność?


Monika Kuszyńska: W dużym stopniu tak. Musiałam. Nie chciałam z niczego rezygnować. W Łodzi mam rodzinę, a Bielsko stało się moim drugim domem. To właśnie tam poznałam cudownych przyjaciół, aniołów, którzy się o mnie troszczą. Poza Wojtkiem, który dokonywał cudów z moim kręgosłupem, zaprzyjaźniłam się z Beatą Bednarz i jej mężem Mirkiem. To ona namówiła mnie, żebym zaśpiewała z nią na jej płycie. Żebym się odważyła. Sama jest świetną wokalistką. Jestem szczęśliwa, że udało jej się mnie przekonać.

– Pokonałaś kolejną przeszkodę.


Monika Kuszyńska: Tak. A myślałam już, że nie będę śpiewać, bo pozycja siedząca znacznie to utrudnia, przepona źle pracuje. Ale zaśpiewałam. Po drugie – nie wyobrażałam sobie, że wyjadę na scenę na wózku. Myślałam, że będzie to dla mnie strasznie krępujące. Beatka pomogła mi zwalczyć wiele lęków. Dzięki niej i Piotrkowi Kominkowi, kompozytorowi jej piosenek, odzyskałam wiarę w swoje możliwości.

– Podobasz się już sobie?


Monika Kuszyńska: Polubiłam na nowo swoje ciało. Nie wiem, kiedy to się stało. Może rok temu? Może troszkę wcześniej? Zaczęłam wierzyć, że kobieta na wózku może być atrakcyjna.

– Dla mężczyzny?


Monika Kuszyńska: Dla mężczyzny też. Ale wiesz co? Spodobałam się sobie przede wszystkim jako człowiek. Przeszłam bardzo długą, żmudną drogę, żeby siebie zaakceptować, żeby dokopać się do tego, co się we mnie kryje. I polubić siebie mimo bezwładnych nóg. Zdumiewające odkrycie  – zrozumiałam, że to, co widzę na zewnątrz, w lustrze jest tylko małą częścią mnie.

– Co w sobie zobaczyłaś?


Monika Kuszyńska: Siłę, wrażliwość, empatię. Moje relacje z ludźmi stały się całkiem inne niż cztery lata wcześniej. Dla nich ważna jestem jako ja, jako człowiek, a nie piosenkarka ze znanym nazwiskiem. I wtedy pomyślałam: Monika, jesteś całkiem fajna! I nagle wszystko stało się spójne. Bo najpierw pokochałam swoją duszę. A dopiero potem swoje ciało. Moje życie nabrało innego tempa, bo na początku, po wypadku, zwolniło do zera, a czas przestał się liczyć. I nagle nabrało przyspieszenia.

– Teraz czas liczy się znowu?


Monika Kuszyńska: Czas jest bardzo ważny, ale inaczej. Wyłapuję chwile. Skupiam się na tym, co dzieje się tu i teraz, obserwuję świat, delektuję się drobnymi przyjemnościami. Taką pełnią jeszcze nie żyłam.

– Pokochałaś siebie również dlatego, że znalazłaś miłość? Że masz chłopaka?


Monika Kuszyńska: Skąd wiesz?

– Nie da się ukryć uczuć, jakie Was łączą. To przecież Kuba przywiózł Cię tutaj, do mnie?


Monika Kuszyńska: Nasza historia jest bardzo ciekawa, a może banalna. Znamy się już długo. Jeszcze sprzed wypadku. Przyjaźniliśmy się. Całkiem niedawno – może rok temu – odkryliśmy, że łączy nas coś więcej niż przyjaźń. On widzi we mnie kobietę i ja czuję się przy nim jak kobieta. Cały czas jest przy mnie, pomaga mi, wspiera. Stał się częścią mojego życia. Jest świetnym muzykiem. Może będziemy razem grać? Wiesz, czuję, że dziś mogę wszystko. Mogę żyć, mogę znów cieszyć się swoją kobiecością. Mogę kochać, mogę być kochana... Może... mogę być matką.

– Bałam się o to spytać.


Monika Kuszyńska: W dniu wypadku miałam 26 lat. Dla mnie za wcześnie było myśleć o dziecku. Kiedy jednak leżałam jeszcze we wraku samochodu, dusząc się własną krwią, łapiąc z trudem każdy oddech, nawiedził mnie wielki spokój. Wiedziałam, że muszę walczyć o życie, a jednocześnie czułam, że nie umrę. Dotknęłam swoich nóg – nie czułam ich. Nie miałam pojęcia, jak dalej będę żyła. Ale w mojej głowie uparcie powracało pytanie: Czy będę kiedyś matką. „Panie Boże, nie odbieraj mi tego, spraw, żebym mogła być matką”, błagałam aż do przyjazdu karetki. Nie wiem, skąd mi się to wzięło.

– Gdy jesteśmy zdrowe, wiemy, że kiedyś zaznamy macierzyństwa. Ale odkładamy je na później. Natomiast wypadek może przekreślić tę szansę. I dlatego prosiłaś Boga, by Ci ją podarował.


Monika Kuszyńska: Możliwe. Mam nadzieję, że sobie ją wymodliłam. Że wymodliłam sobie wiele szans.

– Myślisz o płycie?


Monika Kuszyńska: Tak, zbieram na nią teksty piosenek.

– Do Varius Manx jednak nie chciałaś wrócić?


Monika Kuszyńska: Nie to, że nie chciałam. Ja tylko nie czułam się gotowa. A potem dowiedziałam się, że zaczynają grać znowu. Teraz, gdy to analizuję, myślę, że nasze drogi już dawno się rozeszły. Relacje, które nas łączyły, ograniczały się jedynie do pracy. To chyba za mało, by zebrać siły na nowo. Poza tym pewnie ciążyłoby na nas widmo tego wypadku. A ja mam potrzebę otrzepania się z tego, pójścia do przodu. Nie chcę rozpamiętywać tego, co się stało, wracać do przeszłości. Ja z tamtym światem zerwałam bezpowrotnie.

– Zerwałaś z nimi kontakt, bo miałaś żal do Roberta? Poczucie krzywdy?


Monika Kuszyńska: Nie. Jeśli miałam trochę żalu, to o formę, w jakiej dowiedziałam się, że zastąpili mnie nową wokalistką. Nikt mnie o tym nie uprzedził. Nigdy natomiast nie miałam do Roberta żalu o wypadek, nawet stawałam w jego obronie. Wiedziałam, w jak trudnej jest sytuacji. Nie chciałabym się z nim zamienić, wziąć na siebie jego poczucia winy.

– Łatwiej być ofiarą niż katem?


Monika Kuszyńska: Pewnie tak, chociaż nie rozpatruję tego w takich kategoriach. To był nieszczęśliwy wypadek, a że role tak właśnie się rozłożyły... Posłuchaj, chcę już zamknąć ten rozdział. Do mojego życia powrócił spokój, zaczynam wszystko na nowo, jestem podekscytowana i szczęśliwa. Choć, jak to w życiu, miewam też momenty wielkiego przygnębienia. Wciąż zdarza mi się płakać.

– Bo?


Monika Kuszyńska: Bo nie mogę poczuć piasku pod stopami. Bo nie mogę zatańczyć. Ale za chwilę próbuję nie myśleć o tym, czego nie mogę, tylko – co mogę. A mogę dużo. Czas na żałobę się skończył. Mam 30 lat. Powinnam teraz właśnie coś zrobić ze swoim życiem. Świat nam sprzyja, o ile chcemy z niego czerpać.

– A gdybyś nie odzyskała władzy w nogach? To co?


Monika Kuszyńska: To nic. To naprawdę nic. Nie mogę chodzić, ale przecież żyję. Pragnę wyjść na scenę, wrócić do śpiewania, pokonać swój lęk. A ludzie? Ufam, że mnie zaakceptują taką, jaka jestem.

 


Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Mateusz Stankiewicz/AF Photo
Stylizacja Andrzej Sobolewski/www.divisionart.pl
Makijaż Gonia Wielocha/Helena Rubinstein
kosmetykami Prodigy Foundation nr 20, Magic Concealer nr 01, Wanted Eyes Palette nr 05, Feline Blacks Liner nr 01, Lash Queen Mascara Feline Extrawaganza nr 01, Wanted Cheeks nr 01, Wanted Stellars Gloss nr 48
Fryzury Sylwia Kiliś/Metaluna
Produkcja sesji Ewa Kwiatkowska

Może Cię również zainteresować:

Okupnik trzyma kciuki za Kuszyńską: Monika jest artystką kompletną [WIDEO]


96
Reakcji

Najczęściej czytane

Konkursy

Top Video

Top Galerie

Najnowsze porady