czytasz teraz: Agnieszka i Piotr Woźniakowie -Starakowie w podróży poślubnej...

następny artykuł Rolnik szuka żony: Grzesiek każe ciężko...

Ewa Minge: "W autobiografii pokazałam swoją duszę"

Ewa Minge na okładce Vivy
Fot. Viva!

Jeśli komuś się powodzi, to najczęściej wbija mu się szpilki pełne jadu i złośliwości. Sukcesy Polaków często nie są traktowane jako narodowa duma. Dlaczego? Ewa Minge właśnie wydała autobiografię, w której chce pokazać, że na swój sukces pracowała wiele lat. Rozprawia się z hejtem i zarzutami dotyczącymi operacji plastycznych.

– No i rozprawiłaś się z tym hejtem. Ja bym była na Twoim miejscu z niego dumna, bo sama piszesz, że wzięłaś sobie do serca słowa Niny Terentiew, która wbijała Ci do głowy, że im większy sukces, tym więcej wrogów.

Ewa Minge: Ja dzisiaj też inaczej na to patrzę. Nawet nie robię przeglądu mediów, od czego kiedyś zaczynałam dzień.

– To dlaczego potrzebowałeś terapii, wzmocnienia?

Ewa Minge: Może dlatego, że czuję się, jakbym miała rozdwojenie jaźni, jakbym żyła w dwóch światach. Jeden to mój prawdziwy, realny, który znają moi synowie, rodzina. I drugi, w którym jestem odbierana jak kosmitka, ktoś z innej planety. Trudno stanąć na ulicy i każdemu powtarzać: "Posłuchaj, ty mnie wcale nie znasz!". I że odniosłam sukces nie dlatego, że poznałam bogatego faceta z niewyobrażalnymi pieniędzmi, że nie zrobiłam kariery przez łóżko, tylko dlatego, że ciężko pracuję.

– Zawsze będziesz atakowana, bo jesteś inna. Wygląd, sposób bycia, kariera.

Ewa Minge: Ja nigdy nie patrzyłam na siebie jak na kogoś innego.

– Nawet w dzieciństwie, kiedy byłaś ruda, piegowata, z nadwagą i skośnymi oczami? Musiałaś się wyróżniać.

Ewa Minge: Pewnie tak, ale wtedy nikt nie dawał mi do zrozumienia, że różnię się od moich koleżanek. To tylko mama opowiadała mi ze śmiechem, że kiedy się urodziłam, byłam potwornie brzydka. W dzieciństwie biegałam z chłopakami, wspinałam się na drzewa. Miałam dużo energii i wyobraźnię, w której nikt nie mógł mnie przegonić. A teraz tłumaczę wszystkim, że każdy projektant powinien być niepowtarzalny, oryginalny i tylko taki ma szansę na światowy sukces.  

– Obnażyłaś się. Wiwisekcja zawsze jest ryzykowna.

Ewa Minge: Pokazałam swoją duszę, ale daleko mi do całkowitego obnażenia się. Chciałam tylko powiedzieć, że nie wszystko jest takie piękne, kolorowe i lukrowane, jak czytam w różnych wywiadach. Jeżeli ktoś mówi, że nigdy nie był nieszczęśliwy, nigdy w siebie nie zwątpił, nigdy nie myślał, żeby z tego życia się ewakuować, to albo kłamie, albo nie jest zbyt mądry.

– Siedziałaś u Doroty – żony Twojego kierowcy w twojej firmie – i mówiłaś, że nie chcesz żyć. Miałaś pełne konto, dwa najlepsze samochody i kolekcję butów od światowych projektantów. I chciałaś się zabić. Nie rozumiem tego.

Ewa Minge: Nie rozumiesz, że nie ma takich pieniędzy na świecie, które by przyniosły człowiekowi szczęście i radość życia? Kilkanaście lat temu ja pojęłam to dokładnie. Oczywiście pieniądze są pożyteczne, o czym przekonałam się wielokrotnie, kiedy moi przyjaciele czy rodzina chorowali i trzeba było im udzielić pomocy. Ale źródło szczęścia leży naprawdę gdzie indziej. A ja wtedy doszłam do takiego momentu, że widziałam ścianę nie do przejścia, nie wiedziałam, jak postąpić, żeby nikogo nie skrzywdzić i jednocześnie siebie też nie. Byłam rozdarta.

 

– Wtedy podjęłaś decyzję o rozwodzie?

Ewa Minge: Tak, i jeden jedyny raz w życiu nie chciałam żyć. Bałam się, jak on sobie poradzi, bałam się odpowiedzialności. Wiedziałam, że dłużej już w tym małżeństwie tkwić nie mogę, ponieważ cierpią na tym dzieci. A rozstanie być może skrzywdzi mojego męża. A ja w każdej sytuacji zostanę z poczuciem winy.

– Dlaczego w ogóle wyszłaś za mąż, i to za marynarza? Ile miałaś wtedy lat?

Ewa Minge: Dwadzieścia jeden. Wiesz, to jest tak, że poznajesz kogoś i wydaje ci się, że spotkałeś Chrystusa i że los daje ci niesamowitą szansę na miłość, jaka się nie zdarza. Krótko go znałam, ale listy, które do mnie pisał, były niezwykłe, słowa oplatały mnie jak sieć. To nie były czasy portali randkowych, telefonów komórkowych. Nie miałam żadnego doświadczenia w miłości, wydawało mi się, że spotkałam człowieka, który ma mądrość życiową większą niż  moja, który ma siłę. Zaimponował mi spojrzeniem na świat. Chciałam z nim być, ale nie mogłam zamieszkać z nim bez ślubu. Przecież wychowałam się w małym mieście, w surowej obyczajowości. Nawet przed ślubem nie poszliśmy do łóżka. Dzisiaj uważam, że dla młodych to wręcz konieczność, zanim podejmą jakieś poważne decyzje.

– Twój starszy syn, Oskar, powiedział Ci: "Rozwiedź się".

Ewa Minge: Tak i jego słowa zbiegły się z tą moja ścianą. Powiedziałam sobie: "Jak bym nie postąpiła, kogoś skrzywdzę". Ale zostanie z mężem byłoby tchórzostwem i krzywdą dla moich synów.

– A jednak ten rozwód Cię do dzisiaj boli. W wielu miejscach w swojej książce wracasz do niego, odwołujesz się do Twojego małżeństwa. Wywarło takie piętno na Twoim życiu?  

Ewa Minge: Masz rację, to małżeństwo spowodowało, że trudno mi zaufać do końca jakiemuś mężczyźnie, że jestem ciągle uciekającą panną młodą. Okazuje się, że nie trzeba zdradzać, żeby nie móc z kimś być. Mnie wystarczyło bardzo trudnych 12 lat, żeby zmienić swoją życiową filozofię.

– Nie wyszłaś za mąż drugi raz, chociaż mężczyźni klęczeli przed Tobą, oświadczali się, chcieli obrzucać złotem.

Ewa Minge: Nie chciałam nikogo wprowadzać do domu, uważałam, że związki na odległość świetnie funkcjonują, wspólne wakacje, święta, weekendy. A dom jest dla moich synów, którzy mają w nim swoją mamę i swój świat. Nikt ich nie próbuje ustawiać. Nikt nimi nie dyryguje. I może dlatego moi synowie utrzymują z moimi partnerami kontakt do dzisiaj. Lubią ich, przyjaźnią się z nimi. (...)

– Ciągle potrzebujesz akceptacji. Masz za sobą trudne dzieciństwo?

Ewa Minge: Ależ ja dzieciństwo miałam cudowne, byłam obłędnie przez rodziców akceptowana i przez całą dalszą rodzinę. Nasz dom był fantastyczny – malowaliśmy, czytaliśmy, tworzyliśmy.

 

– A potem?

Ewa Minge: Potem to ja nawet domu nie miałam. Dopiero po rozwodzie zaczęłam go budować. Wszystko zostawiłam byłemu mężowi, dzisiaj myślę, że nie byłam zbyt mądra. Chciałam, żeby on się przekonał, że nie zależy mi na pieniądzach. Przez całą separację i przez pierwsze miesiące po rozwodzie dokładałam jeszcze do niego. Chociaż to ja potrzebowałam środków, żeby stanąć na nogi. I chociaż miałam obietnicę, że w domu w Pszczewie, który mąż dostał w stanie surowym od swoich rodziców, a kończyliśmy go razem, będę mogła mieszkać z dziećmi, jak długo będę chciała. Po pół roku musieliśmy się wyprowadzić. Rozwodząc się, myślałam, że może przejrzy na oczy, że się coś zmieni, że wszystko zaczniemy jeszcze raz, ale...   

– Mężczyźni tak łatwo się nie zmieniają.

Ewa Minge: Kilka lat po rozwodzie zrozumiałam, że on po prostu nie umiał inaczej, ponieważ jego dzieciństwo wyglądało dokładnie tak samo jak dzieciństwo naszych synów. I wtedy mu autentycznie wybaczyłam. Nie mam do niego żalu.  

– Rozwodowy stres spowodował, że ujawniła się Twoja choroba?  

Ewa Minge: Ja tę chorobę musiałam długo w sobie nosić, ale nie było żadnej diagnozy. Po prostu często bardzo się źle czułam. Do badań zmusiła mnie babcia, kiedy zobaczyła, że mam zawroty głowy, cały czas jestem zmęczona i chudnę.   

– I wtedy okazało się, że cierpisz na zespół Gilberta?

Ewa Minge: Okazało się, że jestem poważnie chora. Dość drastyczna diagnoza i długie leczenie. Dodatkowo z powodu zespołu Gilberta bardzo uciążliwe, bo każdy lek wywoływał uaktywnienie się ataków wątroby. Cały czas biorę leki, ale nauczyłam się z tym żyć. Czasem jednak podrażnienie wątroby powoduje uporczywe wymioty, obrzęk twarzy, podkrążone, zwężone oczy, wyglądam jak mongoł, po libacji alkoholowej w dodatku.   

– I dlatego piszą, że robisz operacje plastyczne i ostrzykujesz się botoksem?

Ewa Minge: A ja wszędzie i głośno powtarzam, że botoks to nie dla mnie. Raz go zrobiłam i brwi, które i tak mam bardzo wysoko, jeszcze się podniosły. Musiałam obciąć grzywkę. No i cierpiałam, bo nie miałam mimiki twarzy. Natomiast jestem za tym, żeby we właściwym momencie zdecydować się na ingerencję skalpelem. Dotąd jednak nie widziałam takiej potrzeby.

– Ale piersi poprawiałaś?

Ewa Minge: Wykarmiłam dwoje dzieci, Oskara przez dwa lata, Gaspara trochę krócej. Wiadomo, że kobieta, która karmi, nie ma potem już piersi jak nastolatka. Skoro więc mogłam je poprawić, zrobiłam to po prostu. Jesteś jednak pierwszą osobą, która mnie o to zapytała. Dotąd pytano mnie tylko o twarz. Ciekawe, że ludzi gównie interesują takie zewnętrzne sprawy, natomiast dużo mniej chcą wiedzieć o przeżyciach innych, o tym, jak radzić sobie ze stratą, jak przeżyć żałobę. A dla mnie to przecież było bardzo ważne.

 

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska

 

Polub nas na FB
Może Cię również zainteresować:

Patrycja Kazadi i Ewa Minge nawiązały wpółpracę. Zadecydowała o tym... fryzura Patrycji!

Najczęściej czytane

Polecamy

Top Video

Top Galerie

Najczęściej czytane porady