• Edipresse Polska S.A.

Beata Kawka

– Jest Pani pogodną optymistką pogodzoną ze światem. Kiedy nastąpił przełom w myśleniu o sobie i życiu?


Nie umiem określić cezury, ale chyba kiedy zachorowałam. Do operacji piersi wydawałam się sobie niezniszczalna. Noszę w sobie nadmiar energii, nie umiem chorować, leżeć bezczynnie w łóżku. Żyję dynamicznie, nie żałuję, kiedy się coś kończy, bo wierzę, że otworzy się inna przestrzeń. Wie Pani, czego najbardziej się bałam, gdy dowiedziałam się, że jestem chora? Że moje dziecko może stracić matkę.  A wiem, że Zuzia, moja córka, cały czas bardzo mnie potrzebuje.

– W czasie choroby zamknęła się Pani w sobie, czy wyszła do ludzi?


Uważałam, że nikt mi nie jest w stanie pomóc, że z tym kłopotem muszę uporać się sama. Nie kontaktowałam się ze światem jakiś czas. Żeby innych nie martwić i nie obarczać. Dziś wiem, że to była po prostu depresja. Całymi dniami leżałam w łóżku, podnosiłam się tylko wtedy, gdy Zuzia wracała ze szkoły, nie chciałam, żeby zobaczyła mnie bezwolną, bez życia. Choroba najwięcej zmienia w naszych głowach. Bo z nią niezależnie od tego, ile dostaniemy wsparcia i miłości, zawsze pozostajemy sami. Pamiętam, że rozmawiałam wtedy dużo z córeczką, starałam się jej uświadomić, że ludzie czasem odchodzą. Wszystko to trwało pół roku. A gdy w końcu byłam gotowa przyjąć pomoc, dostałam nieprawdopodobne wsparcie od  przyjaciół. Warto było. Zamknijmy ten temat stwierdzeniem, że wierzę, że o chorobie już nigdy nie będę musiała mówić.

– Mąż wtedy zdał egzamin?


 Życie to nieustanny ciąg egzaminów, często nieprzewidzianych w indeksie. Marcin jest moim przyjacielem, wspiera mnie niezależnie od tego, co dzieje się w naszym życiu. To jest taki rodzaj związku, który oparty jest na fundamentach nie do ruszenia. Jakkolwiek by się w życiu nie zachował, wybaczę, będzie zawsze najważniejszym mężczyzną w moim życiu, bo jest tatą Zuzki, bo dla niej też będzie najważniejszy. Najtrudniejszy egzamin zdaliśmy oboje, kiedy rok temu postanowiliśmy zamieszkać osobno. Obserwując ludzi, którzy rozstają się z hukiem, a często do swoich emocji włączają dzieci, jestem mu wdzięczna, że potrafimy znaleźć w tej trudnej sytuacji równowagę. Bo bycia rodzicami  czasami nie udaje się pogodzić z byciem małżeństwem, które zwykle po latach zamienia się w „grupę zadaniową”. Czasem mimo starań nie udaje się uratować miłości, ale jestem pewna, że warto się wykazać ogromną dojrzałością, żeby umieć nie oskarżać, ale skupić się na wykazaniu dobrej woli i ułożeniu innych relacji. Na poziomie serca najtrudniej, ale też najpiękniej jest umieć zachować do siebie szacunek.

– Wyrzuciła już Pani chorobę z głowy?


To nie znika. Kilka miesięcy po swoich przeżyciach rozpoczęłam pracę na planie filmu „Jasne błękitne okna”, który też porusza temat choroby nowotworowej. Pamiętam, że zadręczałam Joasię Brodzik (która zagrała w nim razem ze mną) wątpliwościami. Pytałam, dlaczego właśnie mnie Bóg to robi dokładnie w tym momencie, po co dał mi takie cierpienie i w takiej postaci. Bo jeśli chciał mnie doświadczyć, zatrzymać w biegu, to dlaczego nie sprawił, żebym złamała nogę? Pamiętam, jak Joasia z właściwym sobie spokojem odpowiedziała: „Myślę, że On musiał właśnie tak, bo w innej formie pewnie byś nie zauważyła…”

– Dziś patrzę na Panią i widzę kobietę, która się cały czas uśmiecha.


 Mam zdrowe, mądre dziecko, gram, jestem w stanie się z tego utrzymać, stworzyłam studio dźwiękowe, które zaczyna odnosić sukcesy, a po ośmiu latach wróciłam na deski teatru, na co długo czekałam. Od jakiegoś czasu mój telefon dzwoni bez przerwy. Z wielu komercyjnych propozycji zrezygnowałam, by zagrać w teatrze u profesora Zbigniewa Zapasiewicza. W kameralnej sztuce „Stolik na pięć osób” Rona Howarda z Joanną Żółkowską, Olgą Sawicką i Beatą Chorążykiewicz. Kobiece emocje, świetny tekst, w którym na pytanie, z czego się śmiejecie, widz odpowie sobie: z samych siebie się śmiejecie… Spektakl będziemy od września grać w całej Polsce. Wiele dzieje się w moim życiu, i to na wielu przestrzeniach. Urządzam nowe mieszkanie, mam w głowie dziesiątki projektów i czuję, że wszystko może się zdarzyć...

– Pani cały czas próbuje się dowiedzieć, kim jest, czy już ma Pani to za sobą?


Na każdym etapie życia czegoś nowego się o sobie dowiaduję.  Próbuję uchwycić momenty, w których bywam „w niebie”, ale też zdiagnozować chwile rozpaczy, od których  próbuję uciec. Nauczyłam się myśleć pozytywnie, cie-szyć się z drobiazgów, bo codzienność bywa potwornie monotonna i smutna. Polubiłam swoją dojrzałość, bo ona pozwala na spokój.

– Pierwszy moment zrozumienia świata: decyzja o zdawaniu do szkoły filmowej. Mam wrażenie, że od dzieciństwa chowana była Pani na gwiazdę. Rodzice posłali Panią w rodzinnym Inowrocławiu do szkoły muzycznej, grała Pani na wiolonczeli…


Byłam kompletnie nieświadoma, na co się ważę. Zanim zdecydowałam się zdawać do szkoły aktorskiej, byłam w teatrze może dwa, trzy razy w życiu. Na studia przyjechałam z przekonaniem, że jestem najładniejsza i najzdolniejsza, a na miejscu okazało się, że są i ładniejsze, i zdolniejsze ode mnie, i to one dostają etaty w teatrach.  Gdy dostałam się do warszawskiej szkoły aktorskiej, profesorowie uświadomili mi, że nie wolno mi oceniać innych, bo teatr to sztuka, a nie fabryka ołówków. Teraz dopiero rozumiem, co do mnie mówili. 20 lat temu byłam harda,  uważałam, że to ja będę rozdawać karty, przebierać w rolach.

– Rozpędzona, szczęśliwa, pełna energii zderzyła się Pani ze ścianą?


Tak, ale zamiast rozdrapywać rany, zaraz po studiach wyjechałam z mężem do USA. Opiekowałam się sześciorgiem dzieci w żydowskiej, ortodoksyjnej rodzinie, byłam kelnerką, fotomodelką, mąż pracował na budowie. Byliśmy tam kilka miesięcy. Początkowo chcieliśmy zarobić na kupno mieszkania, ale wszystko przepuściliśmy na podróże.

– Stany zahartowały Panią?


Zmieniły. Tam nietaktem jest epatować swoimi kłopotami. Pamiętam, że w pierwszych tygodniach na pytanie: How are you? bezceremonialnie, z polska, mówiłam prawdę, że niefajnie, że boli mnie głowa, ale szybko nauczyłam się zmuszać mięśnie twarzy do uśmiechu. Takie podejście przydaje mi się do tej pory.

– Wróciła Pani ze Stanów, trafiła do Teatru Nowego, dostała się do grupy Adama Hanuszkiewicza i…


Przez kilka lat sporo grałam, dużo się uczyłam, ale zaraz po urlopie wychowawczym pan Adam wręczył mi wymówienie. Najpierw zaproponował mi rolę Racheli w „Weselu”, potem się z tego wycofał. Wtedy to było dla mnie niesamowicie upokarzające, przez rok nie mogłam nawet przejeżdżać koło Teatru Nowego, tak przeżywałam to „wyrzucenie”. Dziś to rozumiem. Każdy reżyser ma prawo   budować własną wizję spektaklu czy filmu.  

– Mąż powiedział: wstań i walcz?


Mąż zawsze we mnie wierzył, a ja dzięki takim doświadczeniom pojęłam, że nie da się być w życiu permanentnie zadowolonym i permanentnie spełnionym. Zawsze jest tunel i to światełko na końcu, do którego warto dążyć.

– Światełkiem okazała się praca w studiu dubbingowym?


W jakimś sensie tak. Niewielu wie, że to ja organizowałam produkcyjnie i kreatywnie polskie wersje filmów takich jak „Epoka lodowcowa” czy „Garfield”…

– A dlaczego odeszła Pani ze studia?


Bo postanowiłam inaczej rozłożyć akcenty w moim życiu. Wie pani, mam 40 lat, a dopiero trzy lata temu pierwszy raz świadomie powiedziałam „nie”, chociaż wiedziałam, że za chwilę być może nie będę miała co jeść. Zadałam sobie proste pytanie: być czy mieć? Kiedy sobie uczciwie odpowiedziałam, okazało się, że nie ma tego złego… Dzięki temu mogłam więcej czasu poświęcić Zuzce, mogłam wreszcie odrabiać z nią lekcje, rozmawiać do woli, ba, mogłam nawet kupić psa! (śmiech)

– Dziecku otworzyło się niebo?


Moja córka ocenia mnie bardzo surowo, ale jesteśmy dla siebie całym światem. Zuzia uważa, że mama jest za chuda, za ruda i za dużo pali (śmiech). Jest bystra i myślę, że już jest fajnym człowiekiem, czasem bardzo mi imponuje. Ma dopiero 11 lat, a już wie, że w życiu lepiej jest najpierw wywiązać się z obowiązków, bo wtedy dużo czasu pozostaje na przyjemności.

– Fajnie być mamą?


Najcudniej na świecie.

– Było świetnie od początku?


Szczerze? Nie marzyłam o macierzyństwie. Ciążę znosiłam fatalnie. Rodziłam przez cesarskie cięcie, czułam się niedobrze, nie było jak kontemplować cudu narodzin. Stworzenie chciało jeść, a ja, kretynka, tylko spać. I w tę pierwszą noc położne zabrały Zuzię na oddział noworodków. Nawet dobrze jej się nie przyjrzałam… Rano zrobiła to moja mama i zdiagnozowała, że z malutką jest coś nie tak. Zmusiła lekarkę, żeby zbadała Zuzię i okazało się, że mała ma zapalenie płuc. Kazali mi ją cały czas trzymać na siedząco, w pozycji pionowej, każda mama zna tę pozycję „na kangurka”. To trwało kilka dni. Ta bliskość sprawiła, że kompletnie obezwładniło mnie uczucie, które zna tylko matka. I mój świat wywrócił się do góry nogami. Chciałabym,  żeby moja córka zawsze wiedziała, że dla mnie jest najważniejsza, że cokolwiek by się działo, zawsze będę obok.

– Mówi Pani: człowiek czasami bywa szczęśliwy. A kiedy była Pani ostatnio szczęśliwa?


Niedawno, kiedy Zuzia i Marcin lecieli razem na wakacje. Pierwszy raz we dwoje. Odwiozłam ich na lotnisko i patrzyłam, jak znikają  za kontuarem. Ojciec i jego córka. Dadaś i Zuzik, jak siebie nazywają. I jeszcze następnego dnia, kiedy jadąc na próbę do teatru, otrzymałam SMS-a: „Jest wspaniale. Dziecko żyje. Odpoczywamy, a ty, matka, spokojnie próbuj”.

Rozmawiała: Monika Stukonis
Zdjęcia Iza Grzybowska/Makata
Stylizacja Michał Kuś
Makijaż Paweł Bik/Art Deco
Fryzury Freeq

Polub nas na FB
Może Cię również zainteresować:

Beata Tadla zaliczyła wpadkę podczas wywiadu! Nie mogła się powstrzymać od śmiechu! WIDEO

Najczęściej czytane

Konkursy

Polecamy

Top Video

Top Galerie

Najczęściej czytane porady